fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Ekonomia

Leszek Balcerowicz nie ma racji

Andrzej Wojtyna
Fotorzepa, Dominik Pisarek Dominik Pisarek
- Obecny kryzys jest dużo bardziej złożony niż skłonny jest to przyjąć były wicepremier i szef Narodowego Banku Polskiego - uważa Andrzej Wojtyna, profesor Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie i były członek Rady Polityki Pieniężnej
Kierując się dobrymi intencjami wynikającymi z uzasadnionej obawy przed nasilającym się etatyzmem, prof. Leszek Balcerowicz napisał potrzebny tekst ([link=http://www.rp.pl/artykul/538562.html]„Kryzys finansowy czy kryzys myślenia?”, „Rz” z 21.09.2010 r.[/link]).
Ale argumenty są w nim dobrane selektywnie, a wnioski mające charakter manifestu prorynkowego nie odzwierciedlają dobrze dyskusji toczącej się w świecie. Dlatego ten tekst w niewielkim stopniu przyczyni się do podniesienia jakości publicznej dyskusji oraz edukacji ekonomicznej w Polsce.
Jak rozumiem, ogólnym celem artykułu jest ostrzeżenie czytelników przed ryzykiem, jakie wynika dla nich z zetknięcia się z niewłaściwymi poglądami o charakterze obecnego kryzysu. Autor nie określa jednak, z czyjej strony grozi to ryzyko.
Na podstawie zawartych w tekście określeń można się zorientować, że chodzi o osoby o odmiennych poglądach, które: 1) próbują moralizatorstwem zastąpić prawdziwą analizę; 2) są autorami bałamutnych i powierzchownych opinii; 3) używają wyzwisk w rodzaju „neoliberał”; 4) są częścią antykapitalistycznej ortodoksji i 5) w dyskusji posługują się karykaturą kapitalizmu. Gdyby uwzględnić inne teksty byłego szefa NBP, należałoby dodać: 6) formułują pseudoargumenty.
Ryzykując, że zostanę zaliczony do jednej z tych grup, a może nawet do wszystkich, spróbuję pokazać, że interpretacja obecnego kryzysu jest dużo bardziej niejednoznaczna, niż skłonny jest to zaakceptować Balcerowicz.
[srodtytul]Kryzys kapitalizmu[/srodtytul]
Czy chodzi o kryzys kapitalizmu czy – jak twierdzi autor – o kryzys w kapitalizmie? Skłaniam się ku poglądom tych ekonomistów, którzy są w zdecydowanej większości i uważają, że jest to kryzys kapitalizmu, a ściślej – kapitalizmu w określonym stadium rozwoju.
Kryzys dotyczy całego systemu, co nie oznacza, że poszczególne jego modele (anglosaski, azjatycki, europejski – kontynentalny, skandynawski, śródziemnomorski etc.) czy grupy krajów o różnym poziomie rozwoju nie różnią się pod względem jego przebiegu. Z tego nie wynika, że chodzi o nieodwracalny i ostateczny kryzys systemu.
Jak pokazuje to A. Kaletsky w książce „Capitalism 4.0”, historia potwierdza wielką adaptacyjność kapitalizmu do wyzwań, jakie przynosiły ze sobą wcześniejsze trzy kryzysy, które – jak obecny – określa jako systemowe. Przechodzenie do kolejnych stadiów oznaczało zmiany relacji między państwem i prywatną przedsiębiorczością oraz między siłami politycznymi i gospodarczymi. Jego zdaniem i tym razem kapitalizm ma wszelkie szanse, by wyjść z obecnego kryzysu wzmocniony.
Prof. Balcerowicz widzi to całkiem inaczej: nie akceptując tezy, że chodzi o kryzys kapitalizmu, stosuje zabieg, w wyniku którego nie jest łatwo ocenić, jak rozumie istotę obecnego kryzysu. Zabieg polega na używaniu określenia „kryzys” w różnym znaczeniu, przy czym niektóre pojęcia są całkiem nowe i zaskakujące.
Chodzi głównie o określenie „kryzys w enklawach socjalizmu”. Wydawałoby się, że dla ekonomistów kryzysy są zjawiskiem makroekonomicznym i nie można ograniczać ich tylko do enklaw czy sektorów. Co ważniejsze, Balcerowicz ubolewa nad tym, że kryzysy w enklawach socjalizmu „idą często na konto kapitalizmu”.
Ale te „enklawy” są częścią realnych modeli kapitalizmu różniących się relatywnym znaczeniem roli państwa, która rozwinęła się w przeszłości w reakcji na niedoskonałości mechanizmów rynkowych. Wyróżnianie takiego rodzaju kryzysu jest do obronienia, tylko jeśli kapitalizm traktuje się jako pewien teoretyczny lub ideologiczny model systemu wolnorynkowego. Wówczas pojawia się ryzyko, że dyskusja nad obecnym kryzysem musiałaby się toczyć w myśl schematu: „kapitalizm tak, wypaczenia nie”, przy czym „wypaczeniem” jest tu każda ingerencja państwa stanowiąca odstępstwo od modelu wolnokonkurencyjnego. Takie podejście nie wydaje się szczególnie obiecujące.
[srodtytul]Zabrakło precyzji[/srodtytul]
Ahistoryczne widzenie istoty kapitalizmu i kryzysów zostaje przeniesione przez prof. Balcerowicza na interpretację jego przyczyn. Znajduje to wyraz w stwierdzeniach, jak: „w krajach OECD poważne kryzysy i załamania nie są wywoływane przez wolny rynek, lecz mają źródła polityczne”.
W tych krajach kryzysy nie mogą być wywoływane przez wolny rynek, bo po prostu nie są to gospodarki wolnorynkowe. Przestały też być gospodarkami wolnorynkowymi ze względu na wcześniejsze kryzysy, szczególnie wielki kryzys.
Szkoda, że autor nie sprecyzował bliżej, jak należy rozumieć jako przyczynę „rozległą, nieograniczoną lub słabo ograniczoną władzę polityczną”.
Czy chodzi o umiejscowienie na osi dyktatura – demokracja, o charakter i efektywność instytucji państwowych czy o czynniki ekonomii politycznej (ilość partii, cykl wyborczy itp.)? Z każdym z tych sposobów rozumienia władzy wiążą się inne wyniki badań empirycznych. Nie każda władza polityczna osłabia „systematyczne siły rozwoju”, gdyż skuteczna rola państwa nie musi być powiązana z wysoką relacją długu do PKB.
[srodtytul]Wina tylko państwa?[/srodtytul]
Biorąc pod uwagę skomplikowaną konfigurację przyczyn obecnego kryzysu, w artykule najbardziej zaskakuje bardzo jednostronna teza, że w zasadzie wszystkiemu winne jest państwo ingerujące w prywatną własność bądź w wolny rynek.
Znamienne, że prof. Balcerowicz niechętnie odnosi się do trzeciego głównego kryterium wyróżniania systemów ekonomicznych – celu i motywu działania podmiotów. Omija to w wygodny sposób, pisząc, że chciwość nie jest jednoznacznym określeniem. W dyskusji rzeczywiście lepiej nie używać tego pojęcia, ale dlatego, że ma silnie pejoratywne zabarwienie.
W dyskusji nad obecnym kryzysem nie sposób jednak pominąć roli, jaką odegrał w nim motyw zysku i bodźce wynikające z rozwiązań w nadzorze właścicielskim, które silnie ukierunkowywały zachowania instytucji finansowych na cele krótkookresowe.
Tu dochodzimy do kluczowej kwestii – czy w naukowej interpretacji obecnego kryzysu można w ogóle pomijać zjawiska w sektorze prywatnym jako odrębną grupę przyczyn i traktować je wyłącznie jako wtórne skutki błędnych działań państwa. Po przeczytaniu wcześniejszych prac na ten temat wydawało mi się, że nie można.
Martin Baily w dyskusji nad świetnym artykułem Alana Greenspana („The Crisis”, „Brookings Papers on Economic Activity”) wskazuje, że w dyskusji nie ekonomistów występują dwa szeroko rozpowszechnione stanowiska dotyczące przyczyn obecnego kryzysu: 1) „to wszystko wina chciwych bankierów, których działania wywołały niesprawność rynku”, 2) „była to niesprawność państwa – albo regulatora, albo polityki mieszkaniowej”.
Dla pierwszych odpowiedzią jest wzmocnienie regulacji, dla drugich – wyeliminowanie działań państwa i pozwolenie, aby działał sam rynek. Zdaniem Baily’ego wystąpiły obydwa rodzaje niesprawności i potrzebne jest trochę mniej państwa w pewnych obszarach i trochę więcej w innych.
Taki pogląd zdecydowanie dominuje wśród ekonomistów i podobnego zdania jest sam Greenspan, którego trudno byłoby uznać za przedstawiciela „antykapitalistycznej ortodoksji”.
Według niego kryzys pokazał, że rynki nie radzą sobie z ryzykiem systemowym, czyli z efektami zewnętrznymi nadmiernego ryzyka podejmowanego przez niektóre największe instytucje. Uważa on, że zawiódł zarówno prywatny system zarządzania ryzykiem (w tym agencje ratingowe), jak i instytucje regulacyjne.
Greenspan pokazuje też przekonująco, że błędem jest traktowanie niskich stóp procentowych Fedu jako głębszej przyczyny bańki na rynku nieruchomości w USA, co często akcentował też prof. Balcerowicz. Greenspan twierdzi, że rynek ten pozostaje pod wpływem stóp długookresowych, na które Fed miał w minionych latach ograniczony wpływ, bo stały się one przedmiotem arbitrażu w skali globalnej.
[srodtytul]Błędne interpretacje[/srodtytul]
Prowadzi to do interesującej kwestii, dlaczego Leszek Balcerowicz prawie pomija globalne przyczyny kryzysu (globalne stany nierównowagi), mimo że traktuje obecny kryzys jako jeden z dwóch o takim charakterze.
Jednym z wyjaśnień może być to, że akcentuje on jako przyczynę kryzysów „enklawy socjalizmu”, a bardzo trudno przyjąć, że taką enklawą są globalne rynki finansowe. Rola globalnych stanów nierównowagi (niezależnie czy w wersji nadmiaru oszczędności czy niedoboru atrakcyjnych możliwości inwestycyjnych) nie bardzo pasuje do tezy o interwencji państwa jako głównej przyczynie kryzysu, w tym o nadrzędnej roli polityki Fedu.
Istotna niespójność argumentacji dotyczy związku między charakterem kryzysu (jeden z dwóch globalnych kryzysów „w kapitalizmie”) a przytaczanymi wynikami badań dotyczących długiego okresu i dużej liczby przypadków, dzięki czemu z powodzeniem mogły zostać wykorzystane narzędzia analizy ekonometrycznej.
Badania te odnoszą się do próbki statystycznej, w której zdecydowana większość przypadków nie jest porównywalna z wielkim kryzysem i obecnym nie tylko pod względem zasięgu geograficznego, ale głównie złożoności przyczyn. Dlatego nieuprawnione staje się bezpośrednie przenoszenie wniosków z tych badań na obecny kryzys, szczególnie w odniesieniu do jego wymiaru fiskalnego.
Skokowy wzrost deficytu budżetowego i długu publicznego był wynikiem uruchomienia programów ratunkowych koniecznych do odblokowania rynków finansowych po tym, jak – zdaniem Greenspana
– doszło w gospodarce do wyschnięcia krótkookresowego kredytu w nie notowanej w historii skali. Ekonomiści są zgodni, że bez tego recesja byłaby silniejsza.
Szkoda, że odnosząc się do przyczyn kryzysu, autor nie skomentował przypadku Irlandii. Trudno przyjąć, że analiza jej doświadczeń wspierałaby tezę o roli państwa jako jedynej w zasadzie jego przyczynie. Zwraca się co prawda ex post uwagę na pewne kanały, poprzez które zachowania klasy politycznej sprzyjały narastaniu bańki kredytowej, ale mało obiecujące jest na pewno pominięcie niezależnych przyczyn tkwiących w sektorze prywatnym.
Tytułowy „kryzys myślenia” jest postawiony w opozycji do „kryzysu finansowego” i jak można wnioskować z lektury, wynika z błędnych interpretacji lub z niechęci do kapitalizmu. Prof. Balcerowicz nie odnosi się prawie wcale do problemu, czy i w jakim stopniu „kryzys myślenia” należy rozumieć jako kryzys ekonomii, na co powszechnie w dyskusji się wskazuje.
Nie chodzi o popularny, ale niepoważny zarzut, że nie potrafiła ona przewidzieć kryzysu, ale o to, że ekonomiści nie potrafili zaproponować wyjaśnienia, gdy już wystąpił. Jak interesująco pokazuje to prof. Ricardo Caballero, wiele aspektów kryzysu było trafnie interpretowanych w publikacjach powstających na obrzeżach makroekonomii (głównie na styku z finansami firm).
W przypadku rdzenia dominujące podejście stało się według tego autora „tak zahipnotyzowane swoją wewnętrzną logiką, że zaczęło mylić precyzję sądów, jaką udało mu się osiągnąć w odniesieniu do własnego świata, z precyzją na temat świata rzeczywistego”.
Stan, w jakim znalazła się nasza dyscyplina naukowa, przemawia za dużą powściągliwością. Jeśli będzie nam się wydawać, że tylko nasze oceny nie są powierzchowne i bałamutne oraz że osoby o innych poglądach posługują się pseudoargumentami, to ekonomia będzie stawała się coraz bardziej ideologią, a dyskusja publiczna ekonomistów będzie coraz bardziej przypominać spory polityków.
Wtedy rzeczywiście pozostanie nam uznać, że edukację ekonomiczną być może lepiej sprowadzić do instalowania zegarów mierzących narastanie długu publicznego lub do mierzenia go w „gierkach”.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA