fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Zakład, który chciałbym przegrać

Krzysztof Pawłowski
Fotorzepa, Bartosz Siedlik
Pomysł na polski uniwersytet, który natychmiast skoczy w rankingach w górę, to włączenie do UW najlepszych wydziałów z innych uczelni – pisze prezydent Wyższej Szkoły Biznesu – National-Louis University w Nowym Sączu
Pani minister Barbara Kudrycka opublikowała w listopadzie 2009 roku w czołowych polskich dziennikach serię artykułów promujących przygotowaną przez ministerstwo nowelizację ustawy o szkolnictwie wyższym, przedstawiając ją jako reformę szkolnictwa wyższego. Artykuły były zgrabnie napisane, optymistyczne i praktycznie nie spotkały się z reakcją środowiska akademickiego.
[srodtytul]Poza pięćdziesiątką[/srodtytul]
Szczególnie moim zdaniem ciekawy był artykuł zamieszczony 18 listopada 2009 roku w „Rzeczpospolitej” zatytułowany „Uwolnić ducha konkurencji”, w którym minister Kudrycka, chcąc wzmocnić swoją argumentację, chce założyć się ze swoimi oponentami politycznymi, że w 2020 roku (a więc już za dziesięć lat) pierwsze polskie uczelnie znajdą się wśród pięćdziesięciu najlepszych uczelni w Europie.
Czekałem dwa miesiące, aż ktoś z polityków opozycji podejmie zakład. Widać, że sprawy nauki i szkolnictwa wyższego dla polityków są tak marginalne, że nawet nie zauważyli złożonej przez panią minister propozycji. Ja nie jestem politycznym oponentem pani minister, ale chętnie się założę, oczywiście doprecyzowując, co oznacza lista 50 najlepszych uczelni europejskich, według jakich kryteriów, z którego rankingu.
[wyimek]2 stycznia 2021 roku ze smutkiem będę odbierał niebieskiego Jasia Wędrowniczka od pani minister Barbary Kudryckiej[/wyimek]
Stawiam twardą tezę – jeżeli do sektora nauki i szkolnictwa wyższego nie wprowadzimy konkurencji, a państwo polskie nie zacznie zarządzać swoimi uczelniami w sposób świadomy, to nie tylko żadna polska uczelnia nie znajdzie się w czołowej europejskiej pięćdziesiątce, ale Polska przegra szansę zdobycia możliwości konkurowania we współczesnym świecie z najlepszymi i pozostanie nam w przyszłości życie na peryferiach. Artykuł minister Barbary Kudryckiej stawia słuszne tezy, w zasadzie niemal ze wszystkim się z nią zgadzam.
Niestety, pomija całkowicie, nawet nie dotyka najbardziej istotnych problemów istniejących wewnątrz polskiej nauki i szkolnictwa wyższego, które spowodowały, ze w najbardziej popularnym rankingu szanghajskim UJ i UW znajdują się dopiero w czwartej setce. W piątej nie ma żadnej z polskich uczelni (w skali europejskiej – na miejscach 126 – 170; wyprzedzają je uczelnie z Czech, Austrii, Grecji, Irlandii), a gdyby użyć kategorii narodowej, to Polskę w tym rankingu wyprzedza 17 państw europejskich.
Objętość artykułu prasowego nie pozwala na przedstawienie pełnej argumentacji, dlaczego polskie uczelnie nie mają szans w konkurencji międzynarodowej, więc koncentruję się obecnie na trzech najbardziej istotnych problemach:
[srodtytul]1. Konkurencja. [/srodtytul]
Wprowadzenie konkurencji do polskiego szkolnictwa wyższego zdaniem pani minister ma zapewnić wycofanie dyplomu państwowego i wprowadzenie w to miejsce dyplomów uczelnianych oraz umożliwienie wybranym uczelniom (tym, które posiadają uprawnienia habilitacyjne) swobodnego formowania programów studiów. To są kroki w dobrym kierunku, ale niewystarczające.
Pani minister ani nie wspomniała w całym artykule o najważniejszym czynniku uruchamiającym pełną konkurencję pomiędzy uczelniami – wprowadzeniu równego dostępu (dla wszystkich podmiotów) do pieniędzy publicznych przeznaczonych na dydaktykę w szkolnictwie wyższym – czy to w formie sfinansowania studiów stacjonarnych w uczelniach niepublicznych, które przejdą przez proces akredytacji, czy to wprowadzenia zasady bonu edukacyjnego (pieniądz idzie za studentem) i częściowej odpłatności za studia stacjonarne w uczelniach publicznych.
Dopiero konkurencja o pieniądze uruchomi wzrost jakości oferty dydaktycznej, żaden monopol nie służy wysokiej jakości – to sprawa oczywista i doświadczenia ostatnich 20 lat to tylko potwierdzają.
[srodtytul]2. Uprawnienia habilitacyjne[/srodtytul]
Od przynajmniej 12 lat wielokrotnie publicznie zwracałem się z apelem, aby ktoś ze środowiska akademickiego przekonał mnie, niedouczonego prowincjonalnego założyciela dwóch uczelni, że posiadanie przez dany wydział czy instytut uprawnień habilitacyjnych przekłada się na wysoką jakość oferowanych programów studiów licencjackich czy magisterskich. I – co jeszcze ważniejsze – że przekłada się na wyższą jakość wykształcenia absolwentów studiów na tym wydziale w porównaniu z absolwentami wydziału nieposiadającego uprawnień habilitacyjnych ani nawet doktorskich, ale oferującego porządne programy studiów i w sposób odpowiedzialny kształcącego swoich studentów.
Uprawnienia habilitacyjne (także doktorskie) związane są z dorobkiem naukowym wąskiej grupy (zwykle mniejszej niż dziesięć osób) samodzielnych pracowników naukowych, których kontakt ze zwykłymi studentami na studiach I czy II stopnia jest bardzo ograniczony i sprowadza się najwyżej do jednego lub dwóch kilkudziesięciogodzinnych wykładów w czasie studiów i do prowadzenia seminariów magisterskich dla kilku wybrańców (szczęśliwców). Program pięcioletnich studiów liczy zwykle około 3000 godzin zajęć, więc o klasie absolwentów decyduje głównie ciężka praca kilkudziesięcioosobowej grupy adiunktów i asystentów, kultura organizacyjna instytucji i jeszcze wiele innych czynników.
Tak więc uwolnienie z gorsetu standardów tylko części wydziałów (w 99 proc. z uczelni publicznych, bo one mają uprawnienia habilitacyjne) i pozostawienie gorsetu na pozostałych uczelniach (głównie niepublicznych) to nic innego jak sprytny sposób (bo pod pozorami podwyższenia jakości) zwiększenia przewagi systemowej uczelni publicznych.
I jeszcze jeden aspekt – uczynienie z uprawnień habilitacyjnych progu otwierającego możliwość tworzenia programów autorskich blokuje system – zamyka rynek. Stwarza tak wysokie bariery wejścia, że nowe, nawet najlepiej rokujące wydziały i kierunki nie będą miały szans zaprezentować swoich autorskich programów.
[srodtytul]3. Autonomia uczelni[/srodtytul]
Od lat obserwuję swoistą grę wokół autonomii akademickiej. Dla mnie autonomia to prawo prowadzącego wykład dla studentów czy doktorantów do dowolnego doboru treści w nim zawartych, to prawo organu kolegialnego, np. rady wydziału, do określenia listy przedmiotów, doboru propozycji wykładów, ćwiczeń, laboratoriów, seminariów itp. dla danego kierunku studiów czy też suwerenna decyzja uczonego o wyborze tematyki badań naukowych, które on chce prowadzić. Ale to wszystko.
Autonomia akademicka nie oznacza jednak, że w uczelni publicznej każdy pracownik dydaktyczny czy badawczy może robić, co zechce, a każdy organ kolegialny może uchwalić dowolny program studiów czy też dziedzinę badań, którymi dana jednostka ma się zająć, a państwo ma obowiązek te wykłady, programy studiów czy badania w pełni sfinansować.
A u nas w Polsce od 20 lat jest tak – każda uczelnia publiczna robi wewnątrz, co zechce (dokładnie co uchwalą jej odpowiednie organy kolegialne), a decyzje organów państwowych (głównie ministerstwa) ograniczają się do wysokości dotacji. I tak się dzieje w czasach, gdy rozwija się gospodarka oparta na wiedzy, gdy coraz wyraźniej widać, że największe zyski uzyskuje się w tych obszarach gospodarki, w których jest największy udział B+R (badań i rozwoju).
Jest rzeczą naturalną, że pracownicy uczelni pozostawieni sami sobie myślą głównie o swoich interesach, a myśląc o przyszłości, myślę w perspektywie swojej kariery zawodowej i co oczywiste własnego, prowadzonego już obszaru badań. Oczywiście trafiają się od czasu do czasu wizjonerzy, osoby wyprzedzające swój czas, ale nie jest im zwykle łatwo i nie są to częste przypadki.
Trudno się więc dziwić, że wpływ polskiego szkolnictwa wyższego i sektora badań naukowych na rozwój polskiej gospodarki był i jest marginalny. Będzie także marginalny w przyszłości, jeżeli polscy politycy nadal uważać będą, że ich jedynym zadaniem jest dostarczanie pieniędzy. I to się dzieje w sytuacji, gdy tuż obok, w państwach skandynawskich podejmowane są działania konsolidacyjne w sektorze uczelni publicznych z wyraźnym celem lepszego wykorzystania potencjału badawczego dla rozwoju państwa, a przy okazji zwiększenia ich potencjału konkurowania w rankingach.
Jak myślą o szkolnictwie wyższym inni, to przytoczę jedno zdanie z wystąpienia premiera Malezji Abdullaha bin Ahmad Badawiego z 2006 roku otwierającego doroczną konferencję Stowarzyszenia Uniwersytetów Commonwealthu, które było reakcją na obsunięcie się dwóch najlepszych malezyjskich uniwersytetów w rankingu Times Higher Education Supplement o blisko 100 miejsc w dół: [...] „Uważam, iż należy podkreślić, że dla większości krajów w dzisiejszych czasach rozwój zasobów ludzkich, jak i formowanie kapitału ludzkiego, jest sprawą albo wyjątkowo ważną i absolutnie kluczową, albo traktowaną w kategoriach życia i śmierci. W przypadku Malezji sądzimy, że jest to sprawa życia lub śmierci”.
Tak na marginesie, w rankingu „Timesa” z 2007 roku wśród 200 czołowych uniwersytetów świata dla przykładu nie było żadnego polskiego, były za to uniwersytet irlandzki, duński, fiński, brazylijski, norweski, meksykański (w sumie były uniwersytety z 29 państw).
[srodtytul]Pomysł głupi i nieodpowiedzialny[/srodtytul]
Podsumowując – odziedziczyliśmy po komunizmie rozdrobnioną, branżową strukturę uczelni publicznych. Wiele uczelni poszerzyło swoją ofertę dydaktyczną, ale tylko nieliczne rozszerzyły obszary badań naukowych. A w rankingach obok koncentracji talentów (wśród studentów i uczonych) najlepiej punktuje się publikacje w najwyżej ocenianych czasopismach światowych (nie krajowych), liczbę patentów, wdrożeń. Niska pozycja UJ czy UW w rankingach nie jest powodowana brakiem wybitnych naukowców w nich pracujących, to głównie powód zbyt wąskiego obszaru prowadzonych w nich badań. Tak więc dopóki Uniwersytet Jagielloński czy Warszawski nie będzie miał rozbudowanego obszaru badań technicznych, biomedycznych (UW), nie będą miały żadnych szans awansowania do czołowej setki w świecie czy pięćdziesiątki w Europie. Pani minister ma prosty sposób, aby wygrać ze mną zakład – zamówić najpierw odpowiednie badania we właściwym departamencie ministerstwa, który kierując się kryteriami rankingu szanghajskiego, czy „The Times” wytypuje np. najlepszych 20 zespołów badawczych działających wewnątrz PAN, wybierze też najlepszych dziesięć wydziałów obu politechnik w Krakowie i Warszawie.
Pomysł na polski uniwersytet, który natychmiast skoczy w rankingach w górę, to konsolidacja (a więc koncentracja najlepszych) – włączenie do Uniwersytetu Warszawskiego najlepszych wydziałów, a może tylko zespołów badawczych działających w obszarze nauk technicznych w innych uczelniach, dokonanie takiego samego kroku z najlepszymi ośrodkami badawczymi PAN działającymi w Warszawie, wreszcie połączenie warszawskiego Uniwersytetu Medycznego z UW.
Powstaje w ten sposób uniwersytet o szerokim spektrum badań porównywalnym do obszarów badań, jakie reprezentują czołowe światowe uniwersytety. Taki sam proces minister mógłby wykonać w Krakowie, poszerzając spektrum działania drugiego uniwersytetu narodowego. Jeżeli temu towarzyszyłoby zwiększenie corocznego budżetu przejmowanych przez UW i UJ jednostek o minimum 25 proc., to podejrzewam, że takich uczonych, którzy rezygnowaliby z pracy w UW i UJ, byłoby niewielu. Przy okazji rektorzy UJ i UW, korzystając ze „stanu wyjątkowego”, mogliby się pozbyć najgorszych własnych pracowników i najsłabszych jednostek organizacyjnych. Tak to zaczynają robić inni – np. Skandynawowie. U nas sam pomysł zostanie uznany za głupi i nieodpowiedzialny. Więc skończy się na tym, że ze smutkiem będę odbierał 2 stycznia 2021 roku niebieskiego Jasia Wędrowniczka od pani Barbary Kudryckiej. Bo naprawdę bardzo chciałbym zakład przegrać!
[i]Autor jest założycielem i prezydentem Wyższej Szkoły Biznesu – National-Louis University w Nowym Sączu. W latach 1997 – 2000 był przewodniczącym Konferencji Rektorów Uczelni Niepaństwowych. Był senatorem w I i II kadencji.[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA