Warszawa

Jeszcze bardziej puste miejsca

Kasia i Sylwia Rosłaniec czekają na ojca, Krzysztofa Zaginął 13 lutego 2006 roku. Ma 51 lat, 175 cm wzrostu, oczy niebieskie. Brak znaków szczególnych
archiwum prywatne
Dodatkowe nakrycie na wigilijnym stole to zwyczaj praktykowany niemal w każdym domu. Są rodziny, dla których pusty talerz nabiera szczególnego znaczenia. A same święta, z założenia radosne, są wyjątkowo trudne
To będzie już czwarta Wigilia, odkąd Małgorzata Wrzołek zamiast jednego pustego talerza kładzie na stół dwa. Jeden dla niespodziewanego gościa, drugi dla tego najbardziej wyczekiwanego. Męża, który zaginął w 2006 roku.
– Dzień, w którym widziałam go po raz ostatni, pamiętam minuta po minucie. Upał straszny, bo to lipiec, 13 zresztą. Zwykle najpierw się myję i ubieram, a potem dopiero siadam do śniadania. Wtedy, jakby wiedziona jakimś przeczuciem, tylko coś na siebie narzuciłam, by zjeść razem z Wojciechem, zanim wyjdzie do pracy – wspomina kobieta. – Po śniadaniu poszedł do kuchni, stanął przy oknie i patrzył w dal. Nie chciałam mu przeszkadzać, w końcu mężczyźni nie znoszą pytań w stylu: „O czym myślisz?”. Przemknął bezszelestnie, wziął teczkę, pocałował mnie zdawkowo i wyszedł. To był ostatni dzień przed wyjazdem na urlop. Rano mieli wsiąść w samochód i pojechać do Austrii i Włoch. Do pracy nie pojechał, telefonu nie odbierał. Wieczorem syn znalazł na parkingu otwarte auto, z kluczykami, telefonem, teczką, kartami kredytowymi w środku. Zaczęła się gorączka poszukiwań.
    – Zawiadomiliśmy policję, Centrum Poszukiwań Ludzi Zaginionych Itaka, biegaliśmy po mieście i rozwieszaliśmy plakaty, koledzy syna założyli stronę internetową, szukali go koledzy z pracy, rodzina, znajomi, byliśmy u jasnowidza, w telewizji. Siostra wynajęła prywatnych detektywów. Jak dotąd wszystko na nic – wylicza pani Małgorzata. Prawdopodobnie mężczyzna miał tzw. fugę. Nagły zanik pamięci spowodowany depresją, silnymi przeżyciami, stresem. Dopiero z perspektywy czasu kobieta zaczyna dostrzegać u męża objawy choroby. Wcześniej zmęczenie, zły sen, podkrążone oczy tłumaczyła sobie pracą i panującymi wtedy upałami, których nie znosił. – Często żartował, że tak lubi jeździć, że mógłby zostać taksówkarzem, a potem nagle miał dość dojazdów do pracy – mówi. Zły humor miał wynikać z utarczek z szefem. Poszukiwania nie przynoszą rezultatów. I nagle w listopadzie dawna znajoma Wojciecha rozpoznaje go w autobusie. – Wojtek Wrzołek! – krzyczy podekscytowana, lecz mężczyzna zaprzecza. Zaczyna tłumaczyć mu, że jest uderzająco podobny do jej znajomego, którego wszyscy szukają, na co odpowiedział: „Tak bywa”. – Tych słów mój mąż często używał. Wysiadła jeszcze z nim przy rondzie ONZ, lecz on wsiadł do autobusu w stronę Pragi i przepadł – opowiada żona. – Czy to był on? Wierzę, że tak. Rozmawiamy w mieszkaniu na Służewie. Na półkach płyty, które zawsze on wybierał, książki, które pochłaniał. Wszystko wygląda prawie tak samo jak trzy lata temu. Przez cały czas pani Małgorzata ani razu nie powiedziała o mężu w czasie przeszłym. – Ja wierzę, że on żyje. Słyszę często, że mam gorzej niż wdowa, ale mam lepiej. Bo wciąż może wrócić. Wcześniej podróżowała bardzo dużo, teraz nie chce się ruszać z domu. Odbiera każdy telefon, bo zawsze to może być on. – Nie ma dnia, żebym o nim nie myślała – przyznaje. – Zastanawiam się, co by powiedział w danej sytuacji. Snuję domysły, co teraz robi. Może chodzi gdzieś po Europie z pielgrzymkami jak kiedyś syn Grechuty albo najął się gdzieś do pracy na wsi... Na balkonie stoi choinka. Znów ją ubierze, a potem jak co roku pojedzie do siostry męża na Wigilię. Tam oprócz tego symbolicznego pustego nakrycia będzie czekał jego talerzyk.Usłyszy te same życzenia jak co roku. – Może się spełnią. Może ktoś zobaczy w gazecie jego zdjęcie i go rozpozna. A wie pan, że w noc przed tym, jak zadzwonili do mnie z Itaki, że chce pan zrobić ze mną wywiad, śniło mi się, że Wojciech wrócił. A przecież ja nigdy nie pamiętam swoich snów...     Dokładnie pięć miesięcy wcześniej zaginął Krzysztof Rosłaniec. Od tamtego czasu pusty talerz na świątecznym stole w jego domu nabrał nowego znaczenia. Wiadomo, na kogo czeka. – W te pierwsze święta nie wiedziałyśmy, w co ręce włożyć. Wcześniej ojciec wszystko jakoś ogarniał. Zwłaszcza po śmierci mamy – mówi Sylwia, jego córka. Matka odeszła trzy lata wcześniej. Została ich piątka, wszyscy oprócz Kasi byli już pełnoletni. I to właśnie jej jest najbardziej Sylwii żal. – Bo co ona biedna miała tę mamę? Sześć lat? A ojciec strasznie był za nią. Miała wszystko, co chciała. Gdyby mógł, to gwiazdkę z nieba by jej ściągnął. Niestety to jego życie ściągało w dół. – Po świętach zaczął sobie dobrze dawać w palnik. Prawdę mówiąc, chlał już wtedy na maksa – opowiada Sylwia. – Przyjechali nawet do niego z pracy i dali mu miesiąc, żeby się ogarnął. Mniej więcej wtedy po raz pierwszy wyszedł z domu i nie wrócił. Rodzina szukała go przez cały dzień. – Przyszedł wieczorem cały pocięty, popalony, obszczany, bez butów. Okazało się, że był w piwnicy. Sam sobie nakupował setek i papierosów. Pił, ciął się i przypalał papierosami. Po tym dramacie wziął się w garść. Nie pił. Siostra załatwiła mu leczenie. Właśnie na terapię wyszedł 13 lutego. Już nie wrócił. – Myśleliśmy wtedy, że nam zafundował powtórkę z rozrywki, więc najpierw sprawdziliśmy piwnicę. Rozpytywaliśmy po znajomych, ale nikt go nie widział. Nie znamy tu żadnych melin, zresztą, gdy miał się nawalić, to robił to w domu. A gdy nie mógł sam iść, to prosił mnie lub brata, by przynieść mu stały zestaw. Małpkę i dwa piwa. Policja też rozkłada ręce. – Przecież już tyle razy woda się podnosiła, opadała, rzeka zamarzała, lód topniał i co? Nigdzie go nie było? Mówią, że jak kamfora się roztopił, ale przecież człowiek nie jest igłą – dziwi się córka. O ojcu żadnych wieści. Tylko dowód się znalazł. Na jakiejś stacji benzynowej trzeba go było za 150 zł wykupić. A w domu się nie przelewało. – Dziewczyny się uczyły. Ja skończyłam szkołę, ale nie miałam pracy. Teraz to ja jestem prawnym opiekunem Kasi – mówi Sylwia. Ona także wierzy, że ojciec żyje: – Myśleliśmy, że na Wszystkich Świętych na grób mamy przyjdzie. Potem, że na Gwiazdkę wróci. Może na Wielkanoc. Ale święta mijają jedne, drugie, a on nie wraca. Teraz na Wigilii będzie siostra Sylwii z malutkim dzieckiem. – Justynka jest jego pierwszą wnuczką. Gdyby wiedział, strasznie by się cieszył, bo ojciec kochał dzieci. Bardzo bym chciała, żeby wrócił. Nawet gdyby nie chciał wrócić, to żeby wpadł na chwilę, powiedział coś, wyjaśnił, wytłumaczył. Chcielibyśmy wiedzieć, dlaczego zniknął. Co takiego stało się w jego głowie, że nas zostawił. Czasem, gdy Sylwia idzie ulicą, wydaje jej się, że widzi ojca, ale to tylko ktoś podobny. Chwilami ma wrażenie, że obserwuje ich z boku: patrzy, jak sobie radzą. – Jakbym go tylko spotkała, zebrałby duży ochrzan za to wszystko – dodaje.     – Nawet nie chcę myśleć o tych świętach – mówi Diana Kanabus. 88-letnia babcia jej męża, Marianna Kabus, zaginęła trzy miesiące temu. Wyszła tak jak stała. W klapkach, sukience, żakiecie i z parasolem, którym się podpierała. Wcześniej nie miała problemów z pamięcią. – Nie wymagała stałej opieki medycznej, a lekarze powtarzali, że nie możemy babci ograniczać, bo jest rześka na umyśle. Gdybym teraz wiedziała, że coś takiego może się zdarzyć, to bym ją do kaloryfera przywiązała – mówi pani Diana. Wieszali plakaty, które zresztą ktoś ciągle zrywał. Nawet pani z rady domowej kazała zdjąć ogłoszenie powieszone w ich bloku, bo „przecież jest zakaz”. I gdy już powoli tracili nadzieję, nagle, tydzień temu, okazało się, że ktoś ją rozpoznał. – Teraz, gdy jest tak zimno, dowiadujemy się, że ona żyje. Widziała ją jakaś kobieta. Babcia powiedziała, że nic nie pamięta i poprosiła, żeby podprowadzić ją do jadłodajni przy Podchorążych. To kilometr od domu! Była tak blisko. Teraz bliscy pani Marianny odchodzą od zmysłów. – Zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy. Nie wiem, czy to za mało, czy to miasto jest za duże. Człowiek zniknie za rogiem i już rozpływa się w anonimowym tłumie. Nie wiem, dlaczego Bóg ją skazał na taką poniewierkę. Jak pomyślę, że ona chodzi gdzieś po śmietnikach, szuka jakichś odpadków. Przecież niczym sobie na to nie zasłużyła... – łamie jej się głos. Zamiast świątecznej atmosfery jest złość, poczucie winy, żal, miliony pytań, na które wciąż nie ma odpowiedzi: – Nawet nie muszą mówić, jaki byłby najlepszy prezent. Moja czteroletnia córka mówi, że babcia jest w niebie, tak jak dziadek jej koleżanki, który niedawno umarł. Ale ona jest gdzieś sama na mrozie, błąka się, być może rozżalona myśli, że ją porzuciliśmy, a tak przecież nie jest. To jest troszkę głupie, ale gdy widzę jakąś starszą osobę, to biegnę i się przyglądam – mówi Diana Co tydzień w Warszawie dziesięć osób znika bez śladu. Ponad pół tysiąca rocznie. Większość zaginionych umieszczona jest w bazie Itaki. W ciągu roku udaje się wyjaśnić losy tylko 70 z nich. A to oznacza ponad 400 pustych świątecznych nakryć, które czekają w Warszawie na oczekiwanych gości. Ktokolwiek widział zaginionych proszony jest o kontakt z fundacją Itaka: www.zaginieni.pl tel. 0 801 24 70 70 oraz 022 654 70 70 zdjęcia Magda Starowieyska    
Źródło: Życie Warszawy

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL