Publicystyka

Innowiercy na cenzurowanym

Kazimierz Bem
Fotorzepa
Po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego w sprawie ocen z religii proponuję, by oficjalnie zerwać z fikcją Rzeczypospolitej Polskiej jako państwa neutralnego światopoglądowo – pisze publicysta protestancki
Trybunał Konstytucyjny rozpatrywał niedawno skargę na wydane w 2007 roku przez ministra Romana Giertycha rozporządzenie nakazujące wliczanie oceny z lekcji religii do średniej. W swoim wyroku stosunkiem głosów 12: 1 trybunał uznał je za zgodne z konstytucją. Choć jeszcze nie udostępniono pełnej treści uzasadnienia, to ustne uzasadnienie opisane przez prasę oraz jego synteza zawieszona na stronie internetowej trybunału pozwala na poczynienie kilku spostrzeżeń.
[srodtytul]Bach tylko dla katolików?[/srodtytul] Logikę tego wyroku ilustruje wypowiedź sędzi Teresy Liszcz, która miała stwierdzić, że „ktoś, kto nie zna religii katolickiej, nie może w pełni docenić muzyki Bacha”. To, dlaczego trzeba akurat wyznawać katolicyzm, by móc zrozumieć muzykę napisaną przez gorliwego luteranina (jakim był Bach), pozostanie jej tajemnicą. Ale przejdźmy do meritum.
Po pierwsze, Trybunał uznał, że prawo do nauczania religii jest „logiczną konsekwencją” zasady wolności sumienia i wyznania. To prawda, ale z tej zasady w żaden sposób logicznie nie wynika, że nauka religii musi być prowadzona w państwowej szkole, a ocena z niej musi być wliczana do średniej. Tym bardziej trudno zrozumieć taki obowiązek w państwie, które mieni się neutralnym wyznaniowo. Z zasad wolności sumienia i wyznania oraz państwa neutralnego światopoglądowo najwyżej można wywieść to, że należy unikać stwarzania takich sytuacji, kiedy jedno z wyznań jest faworyzowane kosztem innych. Na poparcie swojego orzeczenia trybunał przytoczył zasadę współdziałania państwa z Kościołami. Ale w myśl tej zasady najwyżej można pozwolić na to, aby pomieszczenia państwowej szkoły były udostępniane na naukę religii. Potrzeba natomiast dużej prawniczej wyobraźni, aby z niej wywieść obowiązek wliczania do średniej oceny z religii. Przyjęcie, że przeciwne rozwiązanie (religia nie jest nauczana w szkole, a ocena nie jest wliczana do średniej) jest pogwałceniem prawa do wolności sumienia i wyznania, jest zwyczajnie śmieszne. Oznaczałoby to mniej więcej, że kraje, takie jak USA, Kanada, Holandia, Szkocja, Francja i niektóre niemieckie landy, notorycznie łamią wolność sumienia i wyznania. [srodtytul]Jawna dyskryminacja[/srodtytul] Po drugie, jeśli trybunał postanowił, że ocena z religii będzie wliczana do średniej to potwierdził w ten sposób, że nadal obowiązywać będzie jej wpisywanie na państwowym świadectwie, które starający się o pracę czy też o przyjęcie na studia pokazują potem obcym sobie osobom. Tym samym trybunał zgodził się na przymuszanie przez państwo swoich obywateli do ujawnienia ich poglądów religijnych. Takie podejście jest zdecydowanie większym naruszeniem swobody sumienia i wyznania niż niewliczanie oceny z religii do średniej, na co zwróciła uwagę w zdaniu odrębnym prof. Ewa Łętowska. Być może zdaniem trybunału jest to zgodne z polską konstytucją, ale nie jest już zgodne z Europejską Konwencją Praw Człowieka. Po trzecie, swoim orzeczeniem polski Trybunał Konstytucyjny świadomie zignorował fakt, że rozporządzenie ministra Giertycha może dyskryminować w sposób pośredni osoby niewierzące albo osoby innego wyznania niż rzymskokatolickie. Dyskryminacja pośrednia (znana w prawie amerykańskim i unijnym) polega na tym, że ustawodawca tworzy prawo na pierwszy rzut oka dający takie same przywileje wszystkim, którzy spełnią „obiektywne” przesłanki zawarte w ustawie czy rozporządzeniu. Jednak po bliższym przyjrzeniu okazuje się, że owe obiektywne przesłanki spełnia tylko określona grupa rasowa, narodowa lub religijna. Rozporządzenie ministra Giertycha jest tego podręcznikowym wręcz przykładem. Z jednej strony bowiem do średniej można wliczać nie tylko oceny z religii katolickiej, lecz także z innych religii lub z etyki. Z drugiej zaś strony jest to często fikcja, jak pokazuje znany mi osobiście przypadek. W dużym mieście wojewódzkim moi współwyznawcy posyłali córkę na religię do punktu katechetycznego, gdzie wystawiono jej stosowną ocenę. Jednak dyrektor liceum, do którego uczęszczała dziewczyna, odmówił wpisania tej oceny do świadectwa. Czy powodowała nim niechęć konkretnie do naszego wyznania czy do innowierców w ogóle, jest sprawą drugorzędną. Dyrektor jest osobą popularną wśród nauczycieli liceum i przy okazji uczy to dziecko, więc rodzice woleli nie składać skargi w kuratorium, gdyż zysk z dopisanej piątki z religii mógł szybko być zniwelowany niższą oceną z innego przedmiotu. Władze kuratorium (choć życzliwe) stwierdziły, że dopóki nie ma formalnej skargi, nic nie mogą zrobić. I tak oto, w majestacie prawa, dzieci uczęszczające na religię inną niż rzymskokatolicka, choćby nawet chciały, nie mogą podwyższyć sobie średniej. Problem ten dotyczy nie tylko dzieci innowierców, ale także osób niewierzących, które choćby chciały posyłać swoje pociechy na etykę, nie mogą, bo oferuje ją zaledwie kilka procent polskich szkół. Pozostaje albo pogodzić się z niższą średnią i dyskryminacją, albo zapisać dziecko na lekcję religii w szkole. [srodtytul]Krokodyle łzy[/srodtytul] Tak naprawdę więc to rozporządzenie nie jest wcale „bezstronne” wyznaniowo, ale wyraźnie dyskryminujące niekatolików, o czym świetnie wiedział minister Giertych. Potrzeba było ze strony Trybunału Konstytucyjnego sporego wysiłku intelektualnego i ekwilibrystyki prawnej, żeby tego nie dostrzec. W większości innych, demokratycznych państw neutralnych wyznaniowo takie rozporządzenie byłoby natychmiast uchylone jako stosujące dyskryminację pośrednią. Słusznie zauważyła prof. Łętowska w swoim samotnym zdaniu odrębnym: „Państwo nie ma wpływu na to, że jakiś Kościół ma dominującą pozycję ze względu na liczbę wyznawców. Ale z zasady równouprawnienia wyznań i bezstronności państwa wynika dla państwa zakaz wzmacniania tej dominującej pozycji. A przepis o włączaniu oceny z religii do średniej w naszych warunkach zakaz ten narusza”. Ale, jak pokazał wyrok trybunału, prof. Łętowska należy niestety do zdecydowanej mniejszości jego sędziów. Polski Trybunał Konstytucyjny bowiem nie tylko owego rozporządzenia nie uchylił, ale sędzia sprawozdawca Adam Jamróz pozwolił sobie na uwagę, która w ustach sędziego trybunału jest wręcz szokująca. Miał on powiedzieć, że „bezstronność państwa w sprawach religii nie może oznaczać obowiązku państwa tworzenia faktycznej równości”, po czym z rozbrajającą szczerością przyznał, że skutkiem owego rozporządzenia może być nacisk na rodziców, by zapisywali dzieci na religię. Na otarcie łez wyraził „zaniepokojenie” takimi praktykami... Zostawmy na boku krokodyle łzy sędziego nad losem osób pokrzywdzonych rozporządzeniem, gdyż i on, i cały skład orzekający, i my wszyscy wiemy, że w przeciwieństwie do tego orzeczenia owo „zaniepokojenie” sędziów nie ma żadnych skutków ani faktycznych, ani prawnych. [srodtytul]To nie anomalia[/srodtytul] Zadajmy sobie za to pytanie, co powinniśmy sądzić o państwie, w którym z pobudek ewidentnie religijnych można wydać orzeczenie dyskryminujące część jego obywateli? Co można sądzić o państwie, którego sędziowie Trybunału Konstytucyjnego uważają, że do jego zadań nie należy ochrona faktycznej równości wobec prawa? Chciałbym móc napisać, że wspomniane orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego jest anomalią w historii jego orzecznictwa. Niestety nie mogę. Anomalią jest, niestety, zdanie odrębne sędzi Łętowskiej. Od samego początku III Rzeczypospolitej polski Trybunał Konstytucyjny systematycznie i metodycznie swoim orzecznictwem podkopuje zasadę neutralności światopoglądowej państwa. Co więcej, jego orzeczenia mają skutki dużo głębsze i bardziej długotrwałe niż nie najmądrzejsze inicjatywy naszych koniunkturalnych polityków. Niedawno premier Donald Tusk zaproponował zmiany w Konstytucji RP. Po ostatnim orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego proponuję, by przy okazji oficjalnie zerwać z fikcją Rzeczypospolitej Polskiej jako państwa neutralnego i bezstronnego światopoglądowo. Nie wierzą w nie bowiem nie tylko politycy, ale, jak pokazuje ostatnie orzeczenie, nie wierzą w nie nawet sędziowie trybunału. Co ważniejsze, po tym orzeczeniu nie powinniśmy w nie wierzyć my obywatele, i to niezależnie od naszej religii czy światopoglądu. [i]Autor jest doktorem prawa i publicystą protestanckim. Obecnie studiuje na Yale Divinity School i przygotowuje się do funkcji pastora w Zjednoczonym Kościele Chrystusa (ewangelicko-reformowanym)[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL