fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Ekonomia

Człowiek w roli królika

Fotorzepa, MW Michał Walczak
O testowaniu leków na ludziach mówi się w naszym kraju głośno głównie w kontekście afer. Ile prawdy kryje się w przekonaniu Polaków, że tego typu badania sprzyjają nadużyciom, natomiast ich uczestnicy ryzykują zdrowiem, a nawet życiem?
To były dwa największe skandale w historii badań klinicznych w Polsce. 
Lekarze z przychodni w Grudziądzu podawali zdrowym ochotnikom szczepionkę przeciwko ptasiej grypie. Ci myśleli, że testuje się na nich środek przeciwko zwykłej odmianie tej choroby. Za każdy zastrzyk dostawali parę złotych – jako zwrot kosztów dojazdu do przychodni. A że byli bezdomnymi, to prawdopodobnie z chęci zysku kilkakrotnie poddawali się szczepieniu, ukrywając przy tym swoje dane.
W szpitalu psychiatrycznym w Choroszczy pod Białymstokiem testowano lek na schizofrenię. Okazało się, że chorzy uczestnicy badania dostawali jednocześnie inne, zabronione w tej sytuacji farmaceutyki. 
W ten sposób narażone zostało zdrowie, a może nawet i ludzkie życie. Wyniki prowadzonych projektów straciły natomiast wiarygodność i wylądowały w koszu. Obie sprawy znalazły swój finał w sądzie. W obu przypadkach oskarżenie skierowano przeciwko lekarzom prowadzącym badanie. Procesy wznowiono w kwietniu. Jeszcze nie zapadły wyroki, a afery te już dawno żyją własnym życiem. Utrwalają mianowicie przekonanie, że badania na ludziach nierozłącznie wiążą się z nadużyciami.
O nie najlepszym zdaniu Polaków na temat tego zjawiska świadczy sondaż przeprowadzony przez TNS OBOP. Wynika z niego, że jedynie 4 proc. z nas byłoby zdecydowanych na udział w badaniach skuteczności nowego leku. Aż 80 proc. uważa, że ich skutkiem jest pogorszenie stanu zdrowia uczestników. Z kolei 81 proc. obawia się, że realizacja testów na ludziach stwarza firmom farmaceutycznym możliwości nadużyć. Sondaż został przeprowadzony cztery lata temu. Gdyby dzisiaj wykonać podobny, opinie respondentów byłyby prawdopodobnie jeszcze bardziej surowe.
Nic nie dzieje się w próżni. Negatywne nastawienie społeczeństwa odbija się na pracy lekarzy, którzy prowadzą badania kliniczne. – Nasilenie nagonki w prasie przysparza nam ogromnych trudności – narzeka prof. Cezary Szczylik kierujący stołeczną Kliniką Onkologii Centralnego Szpitala Klinicznego WUM. – Ubieranie przez dziennikarzy pacjentów w skórę królików sprawia, że tak też się czują. Są nieufni i niechętnie podejmują decyzję o uczestniczeniu w badaniach. Podobnie jak i szpitale. A przecież droga do rozwoju medycyny i powstawania nowych leków jest nierozerwalnie związana z prowadzeniem testów z udziałem ludzi.
Środowisko specjalistów zajmujących się tematem mówi jednym głosem: przypadki z Grudziądza i Choroszczy godne są potępienia. Ale nie można przez ich pryzmat oceniać tego, co dzieje się w naszych szpitalach i laboratoriach. – Nie docierały do nas do tej pory sygnały o tak poważnych nieprawidłowościach – mówi rzecznik prasowy Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych, przy którym mieści się Centralna Ewidencja Badań Klinicznych. Z kolei dr Wojciech Masełbas, prezes Stowarzyszenia na rzecz Dobrej Praktyki Badań Klinicznych w Polsce, tłumaczy, że jakość badań prowadzonych w naszym kraju nie odbiega znacząco od tego, co dzieje się w innych państwach Europy. Dowiodły tego kontrole przeprowadzone przez niezależne, międzynarodowe agencje.
[srodtytul]Byle nie do sądu[/srodtytul]
Jedna z głośniejszych spraw, która dotarła na wokandę przed wspomnianymi aferami, dotyczyła testowania leku na zapalenie wątroby. Mężczyzna biorący udział w badaniu domagał się przed sądem zadośćuczynienia z powodu odniesienia trwałego uszczerbku na zdrowiu. Chodziło o zaburzenia lękowe, które pojawiły się jako efekt uboczny terapii. Problem polegał na tym, że mężczyzna nie zgłosił tego faktu w trakcie trwania testów. Prawdopodobnie dlatego, że liczył na pozbycie się z wątroby wirusa. Tak się jednak nie stało. Jego pozew został oddalony.
– Firmom farmaceutycznym nie zależy na tym, by sprawa znalazła się w sądzie. Nawet kiedy ich wina jest wątpliwa, a wyrok może być korzystny – tłumaczy dr Wojciech Masełbas. Obawiają się rozgłosu i szargania swojego dobrego imienia. W praktyce często decydują się na polubowne rozwiązanie problemu. Może dlatego spraw sądowych dotyczących roszczeń osób biorących w badaniach nie ma wiele. Kiedy już do nich dojdzie, cena bywa ogromna. – Na prowadzenie badań klinicznych sponsorzy wykładają ogromne pieniądze – mówi dr Masełbas. – Tymczasem jeśli dane zostaną niewłaściwie zebrane, nie nadają się do użycia. Instytucja rejestrująca lek ich nie przyjmie. Szacuje się, że w wyniku nieprawidłowości w Grudziądzu straty inwestora sięgnęły 200 mln dolarów.
Sponsorowi badań nie chodzi o to, by otrzymać wynik pozytywny, ale wynik prawdziwy – tłumaczy prof. Andrzej Członkowski, krajowy konsultant w dziedzinie farmakologii klinicznej. – Bardziej opłacalna jest strata kilkuset milionów dolarów na poziomie testów niż wycofanie potem leku z rynku z powodu tego, że jest nieskuteczny albo powoduje szkody.
[srodtytul]Jedyna szansa chorych z rakiem nerki[/srodtytul]
Co z badań klinicznych mają ich uczestnicy? Rzadko pieniądze – wypłaca się je tylko zdrowym ochotnikom w badaniach, gdzie nie ma korzyści terapeutycznych. Czyli właściwie w początkowej ich fazie. To też potencjalnie najbardziej niebezpieczny moment testów, ponieważ substancja po raz pierwszy zostaje podana człowiekowi. W kolejnych fazach uczestniczą chorzy, którym zwraca się koszty podróży czy posiłków. W zamian otrzymują możliwość przyjmowania nowego, potencjalnie skutecznego leku.
– W przypadku pacjentów z nowotworem w badaniach klinicznych uczestniczą ci, u których wszelkie inne formy leczenia zawiodły – tłumaczy prof. Cezary Szczylik. W praktyce właściwie jedynym sposobem dotarcia przez polskich chorych z rakiem nerki do nowoczesnych terapii jest udział w badaniach klinicznych. – Są one dla naszych pacjentów błogosławieństwem. Są ludzie, którzy żyją dzięki temu kilka lat dłużej – mówi onkolog. Nowy preparat może ustabilizować stan chorego, a nawet wpłynąć na częściowe ustąpienie objawów choroby. Jak często występują pozytywne efekty leczenia? – Bardzo często – odpowiada prof. Szczylik.
Wpływa na to także niesłychany postęp, jaki zachodzi w medycynie. Pierwszym etapem szukania nowego leku jest dzisiaj wirtualna synteza potencjalnie terapeutycznych cząsteczek przy użyciu komputera. Analizuje się nawet 800 z nich, tyle że różniących się między sobą malutkim elementem. Kolejnym krokiem jest testowanie tej właściwej w laboratorium: w probówce na żywych komórkach i na zwierzętach. Dopiero wtedy, gdy wyniki są pozytywne, podaje się środek ludziom. O ile jeszcze 20 lat temu zaledwie 9 proc. chorych biorących udział w testowaniu na wczesnym etapie leku na raka odniosło z tego korzyści, o tyle obecnie już 40 proc.
Badania kliniczne leków onkologicznych prowadzi się w Polsce dość często. Ze względu na specyficzne skutki uboczne tych środków nawet w pierwszej fazie nie można ich podawać osobom zdrowym. – W związku ze słabą profilaktyką i diagnostyką mamy w naszym kraju wielu pacjentów z zaawansowanym stadium choroby – tłumaczy dr Masełbas. – Są oni bardziej zdeterminowani do udziału w badaniach niż ci z zachodniej Europy.
To o tyle istotne, że uczestnictwo w testowaniu leku nakłada na pacjentów cały szereg obowiązków. Nie tylko muszą regularnie przyjmować środek. Bywa, że nie mogą pić alkoholu, palić papierosów czy spożywać ulubionych potraw – zaburzyłoby to wynik badania. I oczywiście muszą częściej pojawiać się u lekarza, co ma o tyle swoje dobre strony, że ten zawsze musi znaleźć dla nich czas.
Czy to oznacza, że firmy farmaceutyczne walą do Polski drzwiami i oknami, by wykonywać u nas badania? Nieprawda. Po pierwsze dlatego, że w przeciwieństwie do wielu państw europejskich, w których tzw. prace badawczo-rozwojowe nie są opodatkowane, u nas nałożony jest na nie 22-proc. VAT. Poza tym, jak mówi dr Masełbas, wymagania administracyjne są u nas większe niż na Zachodzie, a ponadto urzędnicy po macoszemu traktują petentów, którzy ubiegają się o zgodę na ich prowadzenie. I choć mówi się ostatnio o zjawisku przenoszenia badań klinicznych z bogatych państw zachodnich do Europy Wschodniej, to nie chodzi tu o Polskę. Przyrost wykonywanych badań jest znacznie większy u naszych wschodnich sąsiadów, tj. na Ukrainie czy w Rosji.
Skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle? Dlaczego miały miejsce afery w Grudziądzu i Choroszczy? Trudno uwierzyć, by lekarze prowadzący testy nie wiedzieli, co robią. Po pierwsze dlatego, że stało to w jawnej sprzeczności z wymogami badania. Po drugie regułą jest, że przed jego rozpoczęciem lekarze biorą udział w szkoleniu z zasad dobrej praktyki badań klinicznych.
—Problem z testowaniem szczepionki przeciwko ptasiej grypie polegał paradoksalnie na tym, że było to badanie na tyle proste, iż mogło być realizowane w gabinecie lekarza rodzinnego – uważa dr Marek Czarkowski, przewodniczący Ośrodka Bioetyki Naczelnej Rady Lekarskiej. A im mniejsze doświadczenie badawcze lekarzy, tym większe prawdopodobieństwo, że znajdzie się wśród ochotników osoba wybrana przypadkowo, o wątpliwych kwalifikacjach moralnych.
Zdaniem Czarkowskiego nieprzypadkowo oba skandale miały miejsce w regionach peryferyjnych pod względem rozwoju nauki. Wśród lekarzy związanych z ośrodkami akademickimi, gdzie działalność badawcza jest chlebem powszednim, ryzyko pojawienia się podobnych nieprawidłowości jest niższe. Zapewne żaden z nich nie wpadłby na pomysł, by prowadzić badania z udziałem bezdomnych. Także dlatego, że tacy ludzie nie dają gwarancji powrotu na kolejną wizytę kontrolną.
[srodtytul]Jak bezdomni pokłócili się o pieniądze[/srodtytul]
Aby podobna afera się nie powtórzyła, potrzebny jest sposób odsiewania kiepskich badaczy od dobrych. Nie bez znaczenia jest również istnienie mechanizmów, które dyscyplinowałyby ich pracę. Ze strony sponsora – firmy farmaceutycznej – taką rolę pełnią monitor i audytor badania klinicznego. O ile nieprawidłowości w Choroszczy wyszły na jaw w wyniku ich rutynowych działań, to w Grudziądzu stało się to przypadkowo. Podopieczni miejscowego schroniska dla bezdomnych pokłócili się o pieniądze, które mieli dostać za szczepienia z przychodni. Wezwani do rozdzielania awanturników policjanci zainteresowali się sprawą.
Według prof. Andrzeja Członkowskiego, krajowego konsultanta w dziedzinie farmakologii klinicznej, podobnej gwarancji mogłoby nie dać nawet 100 kontrolerów (nazywa się ich inspektorami badań klinicznych). Problem polega na tym, że w naszym kraju przy Urzędzie Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych zatrudniony jest tylko jeden taki inspektor. Mało tego, przez parę ładnych miesięcy stanowisko to nie było obsadzone. – Ile badań jest w stanie skontrolować pojedynczy człowiek? – pyta retorycznie dr Wojciech Masełbas. – Kilka, kilkanaście w ciągu roku. To przecież kropla w morzu potrzeb.
Ktoś mógłby powiedzieć, że sito kontroli badań klinicznych w Polsce jest zagęszczane dzięki inspekcjom prowadzonym przez amerykańską Agencję ds. Żywności i Leków (FDA). Ale jest ich zaledwie kilka w roku. Z kolei jej europejski odpowiednik (EMEA) zazwyczaj prosi naszego inspektora, by w jej imieniu przeprowadził kontrolę, a później uznaje jej wyniki.
– Z mojej wiedzy wynika, że w ciągu czterech ostatnich lat skontrolowano u nas zaledwie kilkadziesiąt z ponad 1700 przeprowadzonych badań klinicznych – mówi dr Marek Czarkowski. – To zdecydowanie za mało.
Szkody mogą też ponieść uczestnicy badań. W końcu testują na sobie całkowicie nowy środek, który może nawet zaszkodzić. – Pacjent otrzymuje lek zmniejszający krzepliwość krwi. Zostaje ona tak rozrzedzona, że następuje krwawienie i wylew do mózgu. W efekcie dochodzi do niedowładu połowy ciała – o przypadku powikłań opowiada dr Masełbas. Miał on miejsce za granicą. Gdyby wydarzył się w Polsce i nie był wynikiem zaniedbań ze strony lekarza ani firmy farmaceutycznej, a jedynie skutkiem przyjmowania leku, uczestnik badania nie mógłby liczyć na odszkodowanie.
Zdaniem dr. Czarkowskiego pacjenci w naszym kraju są źle zabezpieczeni przed ewentualnymi skutkami eksperymentu. – Badanie kliniczne ma sprawdzić działanie leku. W jego naturę wpisana jest więc pewna nieprzewidywalność działania – tłumaczy. Tymczasem według polskiego prawa ubezpieczenie pacjenta ma charakter odpowiedzialności cywilnej. Co oznacza, że zawsze musi być wskazany winny. Jeśli nie jest nim lekarz ani sponsor, ale jedynie nowe nieoczekiwane działanie badanego leku, odszkodowania nie będzie.
W przypadku pacjentów z Grudziądza ryzyko, że mógłby zaszkodzić im sam lek, było niewielkie. W momencie testowania w Polsce szczepionka była już zarejestrowana w USA, gdzie sprzedano kilkadziesiąt milionów dawek. Jednak na początku kwietnia media podały informację o tym, że w schronisku, w którym mieszkała część uczestników badania, odnotowano w 2007 roku (szczepionki testowano kilka miesięcy wcześniej) zgony 21 pensjonariuszy. Nie wyjaśniono, czy zmarli oni z powodu leku. – Akt oskarżenia nie wskazuje, by zgony te były związane z zażyciem szczepionki – mówi rzecznik prasowy Sądu Okręgowego w Toruniu, gdzie toczy się proces. Pozostaje odetchnąć z ulgą i wyciągnąć wnioski, by historia się nie powtórzyła.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA