fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Sprawa Eriki Steinbach. Krajobraz po wojnie atomowej

Erika Steinbach
AFP
Wycofanie się Eriki Steinbach z rady „Widocznego znaku” jest dla Polski najwyżej sukcesem taktycznym. W perspektywie strategicznej to porażka – pisze publicysta „Tygodnika Powszechnego”
Skomentuj na [link=http://blog.rp.pl/blog/2009/03/06/wojciech-pieciak-krajobraz-po-wojnie-atomowej/" " target=_blank]blog.rp.pl[/link]
Broń atomowa to oręż, którego, jak wiadomo, można użyć tylko raz; swoją rolę najlepiej spełnia nieużyta. Podobnie jest w polityce międzynarodowej z szantażem: można po niego sięgnąć w ostateczności, ale trzeba mieć świadomość, iż raz użyty – nawet jeśli będzie skuteczny – pozostawi po sobie poważne skutki uboczne. Podobnie jak w relacjach między ludźmi. Gdy wobec drugiego człowieka użyjemy szantażu, nawet gdy wygramy, nic nie będzie potem takie jak wcześniej – trudno wówczas o zaufanie, dobrą wolę, empatię itd.
Tymczasem to właśnie szantażem rząd Donalda Tuska osiągnął to, że Erika Steinbach została nakłoniona przez swych partyjnych kolegów i koleżanki z CDU do rezygnacji z ubiegania się o miejsce w radzie fundacji Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie (fundacja ma, jak wiadomo, stworzyć w Berlinie miejsce pamięci o wygnaniu kilkunastu milionów Niemców z Europy Wschodniej po 1945 r.). Tak twierdzą osoby po stronie niemieckiej, znające kulisy ostatnich wydarzeń na linii Warszawa – Berlin.
[srodtytul]Spór symboliczny[/srodtytul]
Politycy w Polsce wolą widzieć w rezygnacji Eriki Steinbach sukces, który – jak stwierdził marszałek Sejmu Bronisław Komorowski w TVN 24 – jest dowodem, iż w Niemczech panuje „głębokie zrozumienie” dla polskiego stanowiska.
A więc: sukces Polski, wygrana w bitwie o pamięć, koniec kariery Eriki Steinbach i tak dalej? Gdybyż to było takie proste. I gdybyż to było prawdziwe.
Analizując to, co działo się w Niemczech w ostatnich dniach – gdzie natężenie dyskusji o sprawie Steinbach i relacjach polsko-niemieckich nabrało rozmiarów niespotykanych może nawet od 1989 – 1990 r. (trafiając nawet do popularnych talk-show) – a także śledząc cały ten polsko-niemiecki spór trwający już od dekady, można postawić tezę następującą: dla Polski to, co wydarzyło się w ostatnich dniach, jeśli w ogóle jest sukcesem, to jedynie taktycznym. I to osiągniętym w sprawie drugo-, o ile nie trzeciorzędnej, mającej znaczenie jedynie prestiżowo-symboliczne.
Natomiast w perspektywie dłuższej, strategicznej – całokształtu relacji polsko-niemieckich – to porażka polskiej polityki wobec Niemiec, której rozmiary trudno dziś jeszcze oszacować, jako że polityka wyraża się nie tylko w aktualiach, ale także w tzw. procesach długiego trwania.
Jakiż to bowiem sukces osiągnęła Polska? Osiągnięto tyle, że Erika Steinbach, przewodnicząca Związku Wypędzonych (BdV), nie zasiądzie (może na razie, a może raczej w ogóle) w 13-osobowej radzie fundacji, która ma zrealizować projekt zgłoszony przez Steinbach dokładnie dziesięć lat temu, w marcu 1999 r. Wtedy, początkowo pod nazwą Centrum Piętnastu Milionów (chodzi o
15 mln wygnanych Niemców), potem jako Centrum przeciw Wypędzeniu, dalej Centrum przeciw Wypędzeniom, a dziś Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie.
Do rady tejże fundacji (której skład zatwierdza rząd kanclerz Angeli Merkel, czyli partie chadeków i socjaldemokratów) Związek Wypędzonych miał prawo nominować trzy osoby (powtórzmy: trzy na 13 miejsc). Pozostałe miejsca obsadzone miały być wedle takiego klucza, że nawet gdyby przedstawiciele Związku Wypędzonych chcieli forsować jakiś swój koncept (nazwijmy go w skrócie niepoprawnym politycznie w kontekście relacji polsko-niemieckich), nie mieliby większości.
Zastrzeżenie „nawet gdyby” jest istotne: zmieniające się nazwy projektu szły bowiem w parze ze zmianami jego koncepcji. Nie miejsce tu na przypominanie kolejnych jego etapów i nie miejsce także na ocenianie, na ile zmiany te były wymuszone naciskiem politycznym i debatą trwającą (intensywniej) w Polsce oraz (do dziś mniej intensywnie) w Niemczech, a na ile wynikały z przekonania Eriki Steinbach.
Podsumowując: konstrukcja fundacji Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie, jej umocowanie i sposób powoływania jej władz gwarantowały, że takie muzeum – czy też raczej: muzeum i zarazem miejsce pamięci (bo taką treść niesie używane potocznie słowo „Gedenkstätte”) – być może nie wzbudzi sympatii większości Polaków, ale nie będzie mieć charakteru rewizjonistycznego ani historia nie będzie tam pisana na nowo.
A skoro tak, to ostatni spór polsko-niemiecki (a także niemiecko-niemiecki, choć ten motywowany był głównie kampanią wyborczą i nie odegrał kluczowej roli dla finalnego rozstrzygnięcia) o udział Steinbach w radzie berlińskiej fundacji był sporem prestiżowo-symbolicznym. Poszło o to, by utrącić osobę Steinbach: nie dopuścić jej do gremium mającego zarządzać instytucją, którą kiedyś wymyśliła.
[srodtytul]Metoda szantażu[/srodtytul]
To się udało. Jednak mało kto w Polsce zadaje sobie pytania: czy – po pierwsze – należało o to walczyć oraz – po drugie – czy cena takiego sukcesu nie okaże się w przyszłości za wysoka?
Tym bardziej że ów taktyczny sukces strony polskiej możliwy był tylko dlatego, że sięgnęła ona po szantaż. Jak twierdzą osoby dobrze poinformowane ze strony niemieckiej, Angela Merkel otrzymała z Warszawy jasny przekaz: albo ona, albo my. Rozwijając tę alternatywę: jeśli „ona”, czyli Steinbach, zasiądzie w radzie fundacji, wtedy relacje polsko-niemieckie zostaną zamrożone.
No, może takie słowa nie padły – w końcu nie da się zamrozić relacji między dwoma krajami w sercu Europy, należącymi do UE i NATO i związanymi tysiącami naczyń połączonych wszelakiej natury. Ale, sygnalizowano z Warszawy, na pewno nie będzie mowy o dalszej „pragmatycznej współpracy” z Berlinem, do której rząd PO – PSL wrócił po dwóch latach „współpracy konfliktowej” za rządów PiS. Podobno Warszawa zagroziła też, że Polska wycofa się z planów wspólnego upamiętniania rocznic – a w tym roku jest ich mnóstwo, na czele z 70. rocznicą wybuchu II wojny światowej i 20. rocznicą upadku komunizmu w Europie Środkowej.
Wobec takiego przesłania Merkel ustąpiła i Erika Steinbach została nakłoniona do rezygnacji. Co przyszło jej o tyle łatwiej, że może argumentować, iż gdyby nie ustąpiła wobec „polskiej nagonki”, mogłoby dojść do zablokowania całego projektu.
Efekt? W krótkiej perspektywie zadowoleni mogą być Angela Merkel i Donald Tusk, bo oboje byli w tej kwestii poddani naciskowi w swych krajach. Merkel – lewicowej opozycji, Tusk – opozycji prawicowej. Dzięki decyzji Eriki Steinbach pozbyli się kłopotu politycznego. Dla Merkel jest to w roku wyborczym sytuacja optymalna: relacje z Polską są wyciszone, a chadecja zachowuje polityczne poparcie środowisk wysiedleńczych.
Ale zadowolona może być także Erika Steinbach. Po rezygnacji jej pozycja w Niemczech bardzo wzrasta: nie tylko w BdV, ale też w jej partii, CDU, a także w tej części społeczeństwa, która (interesując się tematem) nie rozumiała bądź nie akceptowała argumentów strony polskiej. W ocenach niemieckich komentatorów nie tylko życzliwych Erice Steinbach, ale także tych dotąd neutralnych bądź nawet do niej zdystansowanych, pokazała klasę, rezygnując w imię relacji polsko-niemieckich, w imię pojednania.
Postawiła „pojednanie między Polakami a Niemcami ponad własne pragnienia i nadzieje”, a „dzieło jej życia – czyli pojednanie z Polską oraz zachowanie pamięci o wypędzeniach – są dla niej ważniejsze niż jej osobiste interesy” (to sekretarz generalny CDU Ronald Pofalla). Dlatego Steinbach należy się „wielki szacunek” (to wiceprzewodnicząca CDU Anette Schavan, związana ze środowiskami katolickimi).
Co więcej, po „atomowym wybuchu” pozostaje wrażenie, iż wina za tę najnowszą awanturę w relacjach polsko-niemieckich ponosi strona polska (uparta, rozemocjonowana, neurotyczna itd.), a strona niemiecka zachowała się racjonalnie. Albo przynajmniej racjonalniej. Można zatem oczekiwać, że sytuacja ta zwiększy nacisk na szybką realizację berlińskiego muzeum. Może się też okazać, że – paradoksalnie – głos Eriki Steinbach jako osoby pozostającej poza radą berlińskiej fundacji będzie mieć większą wagę, niż gdyby była jednym z 13 członków tejże rady.
Akurat liberalny dziennik „Süddeutsche Zeitung” komentował (i to nie głosem swego warszawskiego korespondenta Thomasa Urbana), że rezygnacja Steinbach to „dowód wielkości”, konstatując, że inaczej trwałby impas i miejsce pamięci wypędzonych pozostałoby niezrealizowane, gdyż politycy SPD w wielkiej koalicji nie zaakceptowaliby składu rady fundacji z jej udziałem.
[srodtytul]Wizerunkowe szkody[/srodtytul]
Broń atomowa została użyta. A jak wygląda pobojowisko? Czyli – jaka może być dalsza cena tego rzekomego sukcesu i jak może się to odbić, gdy przyjdzie zabiegać wobec Niemiec o sprawy – wolno sądzić – o znaczeniu dla Polski bardziej fundamentalnym?
Zostawmy na boku dyskusję trwającą w Polsce i przyjrzyjmy się temu, co mówi się w Niemczech. A mówi się wiele.
W Niemczech reakcje na decyzję Eriki Steinbach są podzielone – ale nie zmienia to faktu, iż słowa Bronisława Komorowskiego o „głębokim zrozumieniu” dla polskiego stanowiska są myśleniem życzeniowym. I to także wśród tych, którzy krytykowali Steinbach, a teraz z zadowoleniem przyjęli decyzję w sprawie Steinbach – tj. wśród partii opozycji (Zieloni, FDP) i współrządzącej SPD. Oni „sprawę Steinbach” traktowali instrumentalnie, w kampanii wyborczej jako oręż przeciw chadecji – argumentując, że należy ją poświęcić dla dobra relacji z Polską. Śledząc wypowiedzi polityków z tych formacji, rzadko napotkać można zrozumienie czy też poważne potraktowanie polskich argumentów – widać za to, że ich postawa dyktowana była głównie pragmatyczną Realpolitik.
Fatalne, by nie powiedzieć katastrofalne skutki ów polski sukces ma za to dla pozycji Polski wśród rządzącej (dziś, a zapewne także w kolejnych czterech latach) chadecji.
Wybory do Bundestagu są we wrześniu i najpewniej wygra je chadecja. Wszystko wskazuje, że Merkel pozostanie kanclerzem, stojąc na czele koalicji chadeków i liberałów z FDP, a SPD przejdzie do opozycji. Ale nawet gdyby wielka koalicja miała trwać dalej, i tak w układzie rządzącym dominować będzie chadecja i Merkel – czyli obóz, który dziś postrzega się jako obiekt politycznego szantażu Warszawy.
A to oznacza, że chyba możemy pożegnać się z jakimś „nowym początkiem” – jakkolwiek miałby on wyglądać – w relacjach polsko-niemieckich przez kolejne lata. Ale trudniejsze może być szukanie porozumienia czy poparcia także w sprawach bieżących: niekoniecznie od razu mających walor wielkich idei, lecz wysoko postawionych na agendzie politycznej czy gospodarczej, dwustronnej czy unijnej. W najlepszym razie Merkel i jej otoczenie będą zachowywać dystans wobec Warszawy.
Ale Polska poniosła szkodę wizerunkową w oczach nie tylko Merkel i chadecji, lecz także sporej części niemieckiego społeczeństwa, które polskich argumentów nie rozumiało. Warto odnotować, że po stronie Steinbach opowiedział się otwarcie przewodniczący katolickiego episkopatu abp Robert Zollitsch; jego poprzednik kard. Karl Lehmann już wcześniej dawał wyraz sympatii dla idei upamiętnienia ofiar wypędzeń (np. biorąc udział w organizowanej w 2004 r. przez Steinbach w Berlinie uroczystości 60. rocznicy powstania warszawskiego).
Można nad tym wszystkim ubolewać, że jesteśmy niezrozumiani; można szukać tego przyczyn, doraźnych i głębszych (a zebrałoby się ich sporo, po obu stronach).
Politycznym faktem pozostaje jednak, że stronie polskiej nie udało się przekonać strony niemieckiej do swych racji w kwestii udziału Eriki Steinbach w radzie berlińskiej fundacji. Również tych ludzi z obozu chadeckiego, którzy od dawna angażowali się w sprawy polsko-niemieckie.
Nie udało się przekonać do tych racji także niemieckiej opinii publicznej. A z kompletnym już niezrozumieniem, o ile nie osłupieniem, odnotowano w Niemczech porównanie Eriki Steinbach do negacjonisty biskupa Richarda Williamsona. „Dlaczego Polacy świrują?” – pytała w popularnym talk-show prowadząca dziennikarka, której wiedza o Polsce jest pewnie typowa dla niemieckiej przeciętnej.
Inna sprawa, że wiele z tego, co w ostatnich dniach napisano o Polsce w niemieckich mediach, zwłaszcza w konserwatywnym dzienniku „Frankfurter Allgemeine Zeitung” i liberalnym „Süddeutsche Zeitung”, trąciło protekcjonalnością, czasem po prostu chamstwem – pojawiały się tam m.in. enuncjacje na temat stanu emocjonalnego Władysława Bartoszewskiego. Część niemieckich dziennikarzy i publicystów – tych znających się na sprawach polskich i spełniających wobec niemieckiej opinii rolę multiplikatorów – albo przekazywała swoim odbiorcom nieuczciwy obraz polskich argumentów, albo zadowalała się tłumaczeniem polskich reakcji naszymi narodowymi neurozami, emocjami itd.
[srodtytul]Steinbach się zmieniła[/srodtytul]
Polska poniosła strategiczną porażkę także dlatego, że nie udało się doprowadzić do tego, o co od lat zabiegali ludzie z różnych obozów: znalezienia takiej publicznej wspólnej pamięci o II wojnie światowej i jej ofiarach, w którą włączone byłyby także niewinne ofiary niemieckie. Tymczasem w Niemczech od mniej więcej dekady coraz mocniej zakorzenione jest przekonanie, iż upamiętnienie milionów niewinnych niemieckich ofiar – alianckich nalotów, gwałtów Armii Czerwonej, wygnania zza Odry i Nysy itd. – jest uprawnione.
Skoro polskiej dyplomacji nie udało się doprowadzić do takiej oto sytuacji: upamiętnienie cierpień niewinnych Niemców tak, ale bez Eriki Steinbach, to może – zamiast stawiać, jak widzieliśmy w ostatnich dniach, na eskalację konfliktu, należało zastosować to, co po niemiecku nazywa się „Umarmungstaktik”, „taktykę obejmowania”, czyli ignorowania jej osoby? Tym bardziej że – powtórzmy – w radzie fundacji niewiele mogłaby sama zdziałać.
Gdyby chciała... Tu wracamy do osoby Eriki Steinbach i jej poglądów. Jest to temat tylko pozornie opisany już ze wszystkich stron. Przeciwnie: im silniej Steinbach funkcjonuje w Polsce jako ikona (personifikacja „złego Niemca”), tym mniej pisze się o jej poglądach.
Tymczasem, spierając się w minionej dekadzie z Eriką Steinbach, chyba coś przeoczyliśmy. Zabrzmi to może obrazoburczo, ale trudno, trzeba to powiedzieć: Erika Steinbach z roku 2009 nie jest Eriką Steinbach z roku 1998 czy 1990. Nie miejsce tu na szczegółowe analizowanie jej przemiany. Dość powiedzieć, że Steinbach się zmieniła – niezależnie, czy zmiana była efektem własnej refleksji, podpowiedzi mądrych ludzi czy nacisków i dynamiki debaty, do której, zabiegając o swój projekt, musiała się dostosować. Nie wchodząc zatem w szczegóły, powiedzmy tylko, że wydaje się, iż zmiana ta datuje się mniej więcej na rok 2004.
W tamtym roku Polska weszła do Unii. W tym też roku pojawiło się Powiernictwo Pruskie, co zmusiło Steinbach do zajęcia jasnego stanowiska (odcinając się od Powiernictwa, odcięła się ostatecznie od pomysłu wysuwania roszczeń wobec Polski). W tym też roku Steinbach stoczyła procesową walkę z niemiecką dziennikarką Gabrielą Lesser, gdzie po stronie Lesser opowiedziało się kilkadziesiąt osobistości z Polski z różnych obozów i środowisk (co, być może, uświadomiło pani Steinbach, iż eskalacją niewiele zyska, a tylko mnoży sobie wrogów).
W każdym razie w lipcu 2004 r. Steinbach zorganizowała w Berlinie uroczystość z okazji 60. rocznicy Powstania Warszawskiego. Wyszło, jak wyszło: z polskiej strony imprezę zbojkotowano. I choć sama uroczystość była bez zarzutu, a wygłoszone referaty jak najbardziej na miejscu, w Polsce odebrano to raczej jako kolejny afront. Nie dostrzegając, że była to jedyna w tamtym roku w Niemczech uroczystość dotycząca rocznicy powstania warszawskiego.
Dziś Erika Steinbach nie kwestionuje granicy z Polską, nie formułuje roszczeń wobec Polski. Przeprowadziła także reformę wizji historii prezentowaną przez w BdV: to nie jest już ta sama organizacja, której działacze w 1990 r. wygwizdywali kanclerza Kohla, gdy powiedział, że granica na Odrze jest ostateczna. Typ polityka BdV, który musi być dopiero przymuszany do publicznego uznania, że Niemcy zaczęły wojnę – taki gatunek jest na wymarciu.
Nie wszystko w tej wizji musi się dziś podobać, ale trudno nie dostrzec, że działaczom BdV – i szerzej: także ludziom młodszym, mającym związki rodzinne z dawnymi wygnańcami – chodzi obecnie przede wszystkim (pomijając margines, jak Rudi Pawelka) o jedno: o uznanie i upamiętnienie ich cierpień w przestrzeni publicznej.
W ciągu ostatnich lat można więc Erice Steinbach zarzucać mniejsze czy większe lapsusy czy niezręczności, ale nie można zarzucać, że chce relatywizować niemiecką winę. Także dlatego zabieg retoryczny, jakiego używał niedawno premier Donald Tusk – ofensywnie przyznając w wywiadach udzielonych kilku niemieckim mediom, że owszem, Polacy mają obsesję na tle prawdy o II wojnie światowej – trafiał trochę w próżnię.
Pozostaje zarzut, że Erika Steinbach to fałszywa wypędzona. Trafny. Niemniej: czy dyskusja z minionej dekady toczyłaby się w Polsce inaczej, gdyby na miejscu Steinbach w roli szefa BdV znalazł się ktoś z bardziej wiarygodną biografią wygnańca? Pytanie jest o tyle istotne, gdyż byłoby dobrze, abyśmy – zanim zajmiemy stanowisko wobec Niemiec – najpierw powiedzieli sobie w Polsce raz jeszcze, co sądzimy o powojennych wysiedleniach/wypędzeniach. A także, czy i jaką formę ich upamiętnienia jesteśmy w stanie zaakceptować.
[wyimek]Spierając się o Erikę Steinbach, chyba coś przeoczyliśmy. Szefowa Związku Wypędzonych się zmieniła. Nie jest już tą groźną Steinbach z lat 90.[/wyimek]Tymczasem warto być świadomym, że dziś większość niemieckiego społeczeństwa i niemieckiej polityki nie widzi w takim upamiętnieniu nic złego (pod warunkiem, rzecz jasna, że nie jest wyrywane z kontekstu historycznego). Bo też w niemieckim społeczeństwie los wypędzonych – a także ofiar nalotów czy kilku milionów kobiet, zgwałconych przez żołnierzy radzieckich – postrzegany jest inaczej niż jeszcze kilkanaście lat temu. Ta zmiana jest wynikiem zmian w paradygmatach pamięci zbiorowej Niemców w ogóle.
Efekt: w społeczeństwie Niemiec jako oczywistość postrzegane jest dziś zarówno to, że milionom wygnańców wyrządzono krzywdę – choć krzywdy tej nie powinno się porównywać z krzywdami wyrządzonymi przez Niemców innym narodom – jak i to, że należy im się jakaś forma upamiętnienia (opowiadają już o tym takie produkty kultury masowej, jak megaprodukcje niemieckiej telewizji publicznej: „Drezno”, „Ucieczka”, „Gustloff” itd.).
[srodtytul]Wysiłki niezauważone[/srodtytul]
Jeśli z polskiego punktu widzenia można coś zarzucić tej nowej niemieckiej pamięci zbiorowej i nowej narracji o historii, to dwie rzeczy.
Po pierwsze, że bardzo silnie koncentrują się one na dwóch elementach (Holokaust i własne ofiary), a dzieje innych narodów, ich walka i cierpienia, schodzą na plan dalszy (to w ogóle temat zasługujący na osobny, obszerny tekst).
Po drugie, że kreując w minionych latach swoją narrację historyczną, Niemcy, mający w swym ogóle kiepską wiedzę nie tylko o polskiej historii, ale także współczesności (pomijając wyjątki, tj. znawców spraw polskich), nie dostrzegli tego wszystkiego, co w Polsce, począwszy już od lat 80., a potem w latach 90. powiedziano, napisano i wydrukowano na temat także powojennych wysiedleń. A był czas, np. właśnie w połowie lat 90., gdy dyskutowano o tym więcej w Polsce niż w Niemczech.
Z tego też wynika rozczarowanie, czasem może nawet rozgoryczenie tych Polaków, którzy w latach 90. poczęli odkrywać takie tematy jak wypędzenie. Bo gdy około roku 1999 temat ten ożył w Niemczech w debacie publicznej, dyskutowano o nim tak, jakby w poprzedniej dekadzie w Polsce nic się nie dokonało (początkowo zachowywała się tak także Steinbach; potem się douczyła, ale było już za późno).
[srodtytul]Z bagażem złych emocji[/srodtytul]
Mówiąc inaczej: Polacy zaangażowani w proces pojednania mieli prawo do poczucia, że w Niemczech nie tylko nie zauważono ich wysiłków z poprzednich lat (poza wąskimi środowiskami zainteresowanymi tym, co się dzieje w Polsce), ale też gdy temat wypędzeń stał się tematem na powrót politycznym (także za sprawą m.in. Eriki Steinbach). W efekcie ich działania obróciły się przeciw nim, gdy w Polsce krytycy zaczęli twierdzić, że paradygmat pojednania w relacjach polsko-niemieckich był przejawem naiwności.
Ale to także temat na osobną opowieść.
W zaczynający się „rok rocznic” (w Polsce i w Niemczech) wkraczamy z bagażem złych emocji i niezrozumienia motywów po obu stronach. Trochę zabrakło empatii, po obu stronach. Choć trudno się oprzeć wrażeniu, że strona polska, domagając się od Niemców zrozumienia dla swych racji, nie miała specjalnej ochoty na zrozumienie niemieckiej wrażliwości i emocji.
Jest więc rok rocznic. Przy takim stanie wzajemnych emocji (a one są w polityce ważne; ton określa muzykę) można się obawiać, że rocznicowe spotkania sprowadzą się do pragmatycznych gestów, bez emocji. I że odmienianie w tym kontekście słowa „pojednanie” sprowadzi się do obowiązkowego rytuału. Czy tego chcieliśmy? Ale też: czy mogło być inaczej?
Ani politycy z PiS, ani z PO, ani z SLD – te trzy siły w minionych latach najwięcej miały do powiedzenia w relacjach z Niemcami – nie potrafili sformułować nowej i spójnej polityki wobec Niemiec. Nowej – po tym, jak Polska weszła do UE i NATO i wyczerpały się stare wzory. Spójnej – to znaczy nie tylko mającej jakieś cele, ale też konsekwentnie je realizującej, także poprzez szukanie sojuszników w Niemczech. Teraz, po użyciu „broni atomowej”, będzie to trudniejsze. Ale to i tak kwestia, którą najpierw musimy rozstrzygnąć sami: czego właściwie od Niemców chcemy?
[i]Autor jest redaktorem „Tygodnika Powszechnego”, opublikował wiele książek o Niemczech i relacjach polsko-niemieckich[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA