fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sztuka

Co namalował Bruno Schulz

Jan Bończa-Szabłowski
Drohobyckie malowidła ścienne kryją w sobie wiele tajemnic. Ich odnalezienie w willi Feliksa Landaua było prawdziwą sensacją. Uwieńczyło wieloletnie poszukiwania, jakie prowadzili konserwatorzy i badacze spuścizny Brunona Schulza, jednego z najoryginalniejszych artystów XX wieku.
Freski z Drohobycza mają szczególną wartość. Są jednym z ostatnich akordów twórczości Schulza. Zostały wykonane w tragicznych okolicznościach. Na zamówienie, a właściwie na rozkaz niemieckiego oficera. Daleko im wprawdzie do kunsztu Schulzowych grafik, rysunków i obrazów, ale jak twierdzą specjaliści, można w nich dostrzec motywy obecne w całej twórczości artysty.
- Bruno Schulz miał niezwykły dar opowiadania — uważa Alfred Schreyer, zamieszkały w Drohobyczu jeden z jego uczniów. — Na prowadzonych przez niego lekcjach najbardziej niesforni i rozbrykani młodzieńcy siedzieli jak zahipnotyzowani. Schulz nawiązywał często do znanych baśni, lecz zawsze przetwarzał je wykorzystując swoją niezwykłą fantazję. Opowiadał o królewnie, o dzielnym rycerzu, o Guliwerze, o przygodach dziadka do orzechów. Mówił o gnomach i dziwnych stworach, które żyją gdzieś daleko w innej rzeczywistości, ukrytej przed naszym wzrokiem. A zwykły kaflowy piec potrafił mieć smutny uśmiech dziecka, które tęskni do słońca. Aż szkoda, że nikt tych bajek nie spisywał.
Jerzy Ficowski, największy autorytet i znawca twórczości Brunona Schulza, w swoich „Regionach wielkiej herezji” przytaczał słowa uczennicy gimnazjum koedukacyjnego, w którym Schulz przez jakiś czas również dawał lekcje: — Usiadł na krześle jak na koniu i zaczął opowiadać nam bajkę. O błędnym rycerzu, którego przepołowiła wraz z rumakiem zamykająca się niespodziewanie brama. Odtąd jeździec wędrował po świecie na połowie swego konia...
Te opowieści korespondują z malowidłami odkrytymi w Drohobyczu. Wojciech Chmurzyński, dyrektor Muzeum Karykatury w Warszawie, który zajmował się przez wiele lat twórczością plastyczną Brunona Schulza, uważa, że polichromie drohobyckie mogą być ilustracjami do „Królewny Śnieżki”. Świadczy o tym wizerunek krasnala, królewna z jabłkiem w ręku oraz woźnica.W malowidłach wywiezionych do Izraela bardzo znacząca jest postać woźnicy kierującego dorożką. Motyw dorożki fascynował Schulza od dzieciństwa. Zwierzył się z tego niegdyś Witkacemu w rozmowie opublikowanej na łamach „Tygodnika Ilustrowanego” w 1935 roku:
„Około szóstego, siódmego roku życia powracał w moich rysunkach wciąż na nowo obraz dorożki z nastawioną budą, płonącymi latarniami, wyjeżdżającej z nocnego lasu. Obraz ten należy do żelaznego kapitału mojej fantazji, jest on jakimś punktem węzłowym wielu uchodzących w głąb szeregów. Do dziś dnia nie wyczerpałem jego metafizycznej zawartości”.
Ten motyw powracał w wielu późniejszych rysunkach. Jerzy Ficowski we wstępie do „Xięgi bałwochwalczej” Schulza napisał: „Koń dorożkarski, bezskrzydły pegaz Schulzowskiej sztuki, baśniowo-oniryczny bohater „Sklepów cynamonowych” trwał w biografii artysty od jej najpierwszych dni Stworzenia. Kiedy w szkole, w jednej z pierwszych klas polonista zadał uczniom wypracowanie na dowolny temat, Schulz napisał fantastyczną opowieść o koniu, która wzbudziła sensację i podziw; zeszyt z wypracowaniem wypożyczył od nauczyciela dyrektor gimnazjum i inni przedstawiciele grona pedagogicznego, aby je przeczytać”.
Wszystko wskazuje na to, że w drohobyckiej opowieści Schulz umieścił co najmniej dwa wizerunki konia. Jeden (znajdujący się w Jerozolimie) ciągnący dorożkę z woźnicą oraz drugi, którego dosiada tajemniczy jeździec.
- Głowa konia zachowała się w dobrym stanie. Na tym malowidle są jednak spore ubytki i nie wiadomo, kim był ów jeździec: królewiczem z bajki czy może błędnym rycerzem, o którym wspominała jedna z uczennic Schulza — zastanawia się Wojciech Chmurzyński. — Wprawdzie Schulz nigdy nie był specjalistą od malarstwa ściennego, ale jak opowiadała mi jego siostrzenica Elżbieta Podstolska, tematyką baśni zajmował się znacznie wcześniej. W mieszkaniu brata — Izydora Schulza we Lwowie było wiele kompozycji baśniowych, które malował swym małym siostrzeńcom i bratankom.
- Kiedy z Borysem Woźnickim i Wojciechem Chmurzyńskim wchodziliśmy w 2001 roku do niewielkiej spiżarki w Willi Landaua, widać było wyraźnie, że nad drzwiami, obok wizerunku krasnala znajdują się kontury dwóch innych postaci. Przyglądałam się im dość uważnie i wydawało mi się, że mógł to być rycerz i dama. Ale to tylko domysły, bo nie zdążyliśmy ich odkryć — mówi Agnieszka Kijowska, konserwator z Muzeum Narodowego w Warszawie.
Hipotezę Wojciecha Chmurzyńskiego, że ilustracje drohobyckie przedstawiają baśń o Królewnie Śnieżce potwierdzają dwa obrazki w zbiorach Drohobycza: postać starej kobiety i czarny kot. Kiedy jednak spojrzy się na uważniej, widać, że zostały one podmalowane przez konserwatorów ukraińskich. Po tych zabiegach przeszły nieoczekiwaną metamorfozę: stara kobieta zamiast srogiej Baby-Jagi przypomina poczciwą ukraińską staruszkę, dziwnej stylizacji uległ też czarny kot.
W eksponowanym w siedzibie Yad Vashem wizerunku woźnicy zwraca uwagę jego twarz. Widać w niej duże podobieństwo do samego Schulza. Być może był to jeden z ostatnich jego autoportretów. Jeśli zaś przyjrzymy się uważniej twarzy księżniczki i porównamy ją z fotografią kochanki Landaua, dostrzeżemy wyraźne podobieństwo. Trudno jednak ustalić, kto był pierwowzorem Baby-Jagi i krasnala. Dużo łatwiej zidentyfikować dwie dziecięce postacie, które znajdowały się na wprost wejścia do spiżarki. To zdaniem Wojciecha Chmurzyńskiego najprawdopodobniej dzieci Feliksa Landaua, dla których powstała ta przejmująca i tajemnicza opowieść.
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA