fbTrack

Kościół

Oficer „Pietro” broni nuncjusza

Nie wnioskowałem o rejestrację ks. Józefa Kowalczyka – twierdzi ppłk Edward Kotowski
Fotorzepa, Marian Zubrzycki
Kontakt informacyjny „Cappino”, ks. Kowalczyk, świadomie nie współpracował z SB – mówi były rezydent wywiadu w Rzymie
„Arcybiskupa J. Kowalczyka będę bronić z całych sił, nawet przed sądem, bo ja znam pełną prawdę o tym, że nasza znajomość miała tylko, i wyłącznie, naturalny charakter służbowy wynikający z powierzonych nam przez nasze zwierzchnie władze stanowisk, a rozmowy, które prowadziliśmy, służyły rozwijaniu bilateralnych stosunków polsko-watykańskich i służyły normalizacji stosunków państwo – Kościół w Polsce, co ostatecznie się stało” – napisał w liście do „Rz” ppłk Edward Kotowski, pseudonim Pietro, który był rezydentem wywiadu PRL w Rzymie.
„Rz” skontaktowała się z Kotowskim dwa dni temu. Mieszka dziś w północno-wschodniej Polsce. List „Pietro” jest reakcją na tę właśnie rozmowę. Były rezydent zapewnia, że dopiero z mediów dowiedział się, że ówczesnemu szefowi sekcji polskiej ks. prałatowi Józefowi Kowalczykowi, dziś arcybiskupowi i nuncjuszowi apostolskiemu, nadano pseudonim Cappino i zakwalifikowano jako kontakt informacyjny. „Rz” ujawniła tę sprawę na początku roku.
„Stanowi to dla mnie kompletne zaskoczenie. Pamiętam jedynie to, że już na początkowym etapie rozmów (zapewne z uwagi na zajmowane stanowisko w Watykanie) polecono z centrali, by w kolejnych notatkach używać kryptonimu „Verto”. I tak było do końca mojego pobytu. Nie wnioskowałem o żadną rejestrację, nikt mnie nie informował, że jest zarejestrowany jako kontakt informacyjny i nikt mnie nie pytał o zdanie na ten temat. Nie jest możliwe, aby tylko w tej jednej kwestii zrobiła się jakaś »dziura« w mojej pamięci. Musiało się stać coś bardzo dziwnego w Centrali, czego nie potrafię zrozumieć. Dla mnie ks. prałat J. Kowalczyk nigdy nie był świadomym kontaktem operacyjnym” – zapewnia Kotowski. Były oficer wywiadu twierdzi też, że to nie on był autorem szyfrogramu ujawnionego przez „Rz” 10 stycznia. W dokumencie tym na podstawie informacji, jakie miano uzyskać od ks. Kowalczyka, relacjonowano różnicę zdań między polskimi biskupami. Rozbieżności dotyczyły eksponowania kwestii zdelegalizowanej „Solidarności” podczas pielgrzymki Jana Pawła II w czerwcu 1983 r. „Z moich doświadczeń wynika, że szyfrogramy tworzył jedynie szef rezydentury. Moja rola ograniczała się tylko do przedłożenia mu notatki” – twierdzi Kotowski. – Do wypowiedzi byłych funkcjonariuszy należy podchodzić krytycznie – mówi prof. Jan Żaryn z Instytutu Pamięci Narodowej. – Natomiast znajomość funkcji, którą pełnił Kotowski, skłania mnie do stwierdzenia, iż zdecydowanie jest to relacja historycznie wiarygodna. Szczególnie w zakresie, który dotyczy relacji z ks. prałatem Józefem Kowalczykiem i szerzej relacji z prowadzonych rozmów między PRL a dyplomacją Stolicy Apostolskiej. – Tym bardziej należy żałować, że akta dotyczące aktywności pana Kotowskiego z lat 1982 – 1983, a stanowiące zgodnie z decyzją SB teczkę KI „Cappino” zostały zniszczone w styczniu 1990 r. – dodaje Żaryn. Twierdzi, że dopiero porównanie notatek Edwarda Kotowskiego z zapiskami ks. Józefa Kowalczyka mogłoby dać odpowiedź, kto z tych dyplomatycznych potyczek wyszedł obronną ręką. Z akt personalnych podpułkownika Kotowskiego przechowywanych w IPN wynika, że wstąpił on do Służby Bezpieczeństwa 16 maja 1971 r. Miał się interesować Kościołem. „Dokonał pozyskań spośród księży pełniących wysokie funkcje naukowe w uczelniach katolickich” – zanotowano w dokumentach. Już jako funkcjonariusz SB obronił pracę doktorską z historii sztuki. Dwa dni przed wyborem Karola Wojtyły na Tron Piotrowy 14 października 1978 r. Kotowskiego delegowano do pracy w Rzymie jako II sekretarza ambasady zajmującego się stosunkami z Watykanem. W 1980 r. awansował na stopień kapitana. Jego praca była bardzo wysoko oceniana. Pozyskał jednego KI (kontakt informacyjny) z własnego naprowadzenia – odnotowano w aktach. Brał udział w rozpracowaniu działających w Rzymie instytucji kościelnych o kryptonimach „Morbo”, „Opozycja”, „Furtianie”. Po powrocie do kraju pracował w Urzędzie ds. Wyznań, będąc na niejawnym etacie Służby Bezpieczeństwa. [i]masz pytanie, wyślij e-mail do autora [mail=c.gmyz@rp.pl]c.gmyz@rp.pl[/mail][/i] [ramka][srodtytul]Relacja oficera Pietro[/srodtytul] Do Rzymu przybyłem na początku sierpnia 1979 r.. Jako Członek Zespołu do Spraw Stałych Kontaktów Roboczych Między Rządem PRL i Stolicą Apostolską stopniowo poznawałem ;moich urzędowych rozmówców w Watykanie. Wśród wielu z nich poznałem osobę ks. dr. prałata Józefa Kowalczyka. Z racji zajmowanych stanowisk, tak On, jak i ja byliśmy zobowiązani do roboczych kontaktów. Wzajemnie przestawialiśmy różne dezyderaty i oczekiwania naszych przełożonych w zakresie normalizacji stosu;nków państwo-Kościół, czy też postulaty w zakresie rozwoju stosunków polsko-watykańskich. To wszystko działo się w określonym kontekście historyczny;m i politycznym. Ja byłem obdarzony niezbędnym zaufaniem władz polskich, a mój rozmówca watykańskich, co jest niezbędny;m elementem do tego, aby rozmowy miały charakter wiążący i poważny i prowadziły do oczekiwanych wzajemnie rezultatów. Każda ze stron, niejako przy okazji sondowała stanowisko drugiej strony, co jest naturalne. W tym czasie, ani ks. prałat Józef Kowalczyk, ani nikt z moich bardzo licznych rozmówców w Watykanie, i nie tylko, nie orientuje się, że jestem też oficerem wywiadu. (Nota bene, gdyby nie to co się dzieje teraz w Polsce, gdy chodzi o ujawnienie dokumentów służb specjalnych, to na pewno nie dowiedziałby się o tym nigdy. Tak zazwyczaj powinny działać służby specjalne i tak działają na świecie.). O tym, że ja byłem oficerem wywiadu abp Józef Kowalczyk dowiaduje się z TVP, dopiero trzydzieści lat później! Z prowadzonych rozmów ks. prałat Józef Kowalczyk zapewne sporządzał appunti dla swoich przełożonych, a ja notatki dla moich, gdyż taka bywa praktyka w stosunkach dyplomatycznych. Ponieważ te rozmowy mają czemuś służyć, a więc należało je dokumentować. różnica była tylko taka, że ksiądz prałat miał swoich przełożonych pod bokiem, a ja w Warszawie, więc trzeba było korzystać z kanałów wywiadowczych, aby treść takiej notatki tam dotarła. Innych bezpiecznych form przesyłu wiadomości do kraju nie było. Z mediów dowiaduję się, że mój rozmówca został zarejestrowany przez Centralę, jako „Cappino” (kontakt informacyjny). Stanowi to dla mnie kompletne zaskoczenie. Pamiętam jedynie to, że już na początkowym etapie rozmów (zapewne z uwagi na zajmowane stanowisko w Watykanie) polecono z Centrali, aby w kolejnych notatkach używać kryptonimu „Vetro”. I tak było do końca mojego pobytu. Nie wnioskowałem o żadną rejestrację, nikt mnie nie informował, że jest zarejestrowany jako kontakt informacyjny i nikt mnie nie pytał o zdanie na ten temat. Nie jest możliwe, aby tylko w tej jednej kwestii zrobiła się jakaś „dziura” w mojej pamięci. Musiało się stać coś bardzo dziwnego w Centrali, czego nie potrafię zrozumieć. Dla mnie ks. prałat J. Kowalczyk nigdy nie był świadomym kontaktem operacyjnym. W TVP okazywano też szyfrogram mówiąc, że oficer „Pietro” jest jego autorem. Jest to kłamstwo! Z moich doświadczeń wynika, że szyfrogramy tworzył jedynie szef rezydentury. Moja rola ograniczała się tylko do przedłożenia mu notatki. Odbywało się to w milczeniu, z uwagi na obawy przed podsłuchem kontrwywiadu włoskiego. Decyzją szefa rezydentury było to, czy notatka zostanie przerobiona na szyfrogram, czy zostanie dostarczona do kraju pocztą kurierską. Tak więc od szefa rezydentury zależał ostateczny kształt i forma szyfrogramu. Nigdy nie było mowy o możliwości uzgadniania treści szyfrogramu z oficerem. Nie trudno domyślić się, że przemawiały za tym względy bezpieczeństwa. Łatwo można wyobrazić sobie sytuację, że np. oficer, który zdradził i pracuje na rzecz miejscowego kontrwywiadu, mógłby, przy takiej okazji, sfotografować ten tekst właściwym do tego sprzętem, a kontrwywiad kraju urzędowania, na tej podstawi, złamać szyfr. Na koniec mam kilka refleksji ogólniejszych. Otóż, czy jest właściwym, że w nagonce na Nuncjusza Papieskiego, a więc osobistego przedstawiciela Papieża, pełniącego jednocześnie godność dziekana korpusu dyplomatycznego w naszym państwie, biorą aktywny udział przedstawiciele polskich instytucji państwowych (IPN-u i TVP).? Jak się to ma do norm protokolarnych obowiązujących, tak w relacjach bilateralnych, jak i w wielostronnych? Czy można sobie wyobrazić, że byłoby to możliwe np. w stosunku do ambasadora USA w Polsce, że instytucje państwowe, w związku z jakąś hipotetyczną jego zaszłością, biorą udział w podobnej kampanii? Podkreślam, że te pytania wypowiadam z troską o relacje polsko-watykańskie, jako, że ja sam brałem bardzo aktywny udział w ich przywracaniu po półwiekowej przerwie. [i]Dr Edward Kotowski[/i] [/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL