fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Mesjasz lewicy zatryumfował

AFP
Polskiej lewicy jest wszystko jedno, jakim prezydentem będzie Obama. Najważniejsze, że odbiega od znienawidzonego stereotypu konserwatywnego Amerykanina – pisze publicysta Tomasz Wróblewski
Na głównym placu wioski Kogelo, w której wciąż żyje 87-letnia kenijska babcia Obamy ze strony ojca, rozstawiono namioty i wielki rożen na specjalnie tuczonego byka. „Byk wjechał na ruszt, jak tylko w Ameryce otwarto punkty wyborcze. Zjechali tu ludzie z całej Kenii. Tradycyjnym tańcom nie było końca. Prezydent Mwai Kibaki ogłosił święto narodowe” – doniósł największy kenijski dziennik „Daily Nation”. A w komentarzu redakcyjnym Angeyo Kalambuka napisał: „wreszcie nadszedł człowiek, który odbuduje wartości zatracone dawno przez Amerykę”.
Trochę dalej na północ red. Jacek Żakowski pisał w „Gazecie Wyborczej”: „Baraku, musisz! Jesteś szansą dla nas wszystkich”. „Gazeta” nie donosiła o planowanych zbiorowych tańcach i modłach, ale reszta brzmiała podobnie.
[srodtytul]Między Chomskim a Madonną[/srodtytul]
Dawno już jednemu człowiekowi nie udało się skupić na sobie tyle uwielbienia. Od ludycznych stanów euforii po intelektualne fascynacje lewicowych elit. Gdzieś na skrzyżowaniu Madonny i wielkiego lewicowego filozofa lingwisty Noama Chomsky’ego uplasowano prezydenta Baracka Obamę.
Byk został zjedzony, fajerwerki zgasły, ale lewicowy tryumfalizm zostanie z nami jeszcze jakiś czas. W Ameryce, w Kenii, ale przede wszystkim wśród europejskich elit nieczekających spełnienia socjalistycznych marzeń. Nie udało się we Francji, w Niemczech, nie udało się w Polsce, może uda się Amerykanom. „Obamo, musisz!”.
Nie wiemy, jakim będzie prezydentem i czy spełni nadzieje polskiej lewicy. Wiemy, że głosował zawsze za najbardziej lewicowymi rozwiązaniami, ale też nigdy się nie przeciwstawił woli swojej partii. Potrafi porywać tłumy, choć w jego wyborczych mowach nie było wielu oryginalnych myśli. Napisał aż dwie autobiografie, ale żadna z nich nie może być uznana za manifest lewicowy. To nie są dzieła na miarę „Hegemonia albo przetrwanie” Noama Chomsky’ego czy socjalizujących felietonów Paula Krugmana.
Największą wartością Baracka Obamy dla polskiej lewicy jest to, że odbiega od znienawidzonego stereotypu konserwatywnego Amerykanina. Nieważne, jakim będzie prezydentem. Dziś jest mesjaszem lewicy. Ogromną nadzieją dla wielu jak Jacek Żakowski przekonanych, że Ameryka upada tak szybko, że świat nie nadąża z przystosowaniem się do nowej sytuacji.
[wyimek]Żakowski i Kalambuka są w niezłym towarzystwie, wieszcząc koniec Ameryki. Fukuyama napisał, że Obama będzie lepiej zarządzał amerykańskim „upadkiem”[/wyimek]
[srodtytul]Od wilgoci do impotencji[/srodtytul]
Tak często w przeszłości wieszczono koniec Stanów Zjednoczonych, że Amerykanie nawet mają już na to oddzielne słowo „declinism” (od decline – upadek). I tu trzeba przyznać, że redaktorzy Żakowski i Kalambuka są w całkiem niezłym towarzystwie. Ostatnio Francis Fukuyama wyrażając poparcie dla Obamy, napisał, że lepiej będzie zarządzał amerykańskim „upadkiem”. Upadkiem, którego historia sięga początków XIX w. i popularnych wtedy w Europie teorii, że wysoka wilgoć i nieprzyjazne warunki rolne spowodują stopniowe wymieranie białej populacji na amerykańskim kontynencie.
Po zamachu na Lincolna w 1863 roku generał William Sherman zebrał najwyższych dostojników w państwie i oznajmił, że „wojna domowa zniszczyła naszą cywilizację”. W 1936 roku Adolf Hitler zapewniał swoich głównodowodzących, że Ameryka szybko ulegnie niemieckiej potędze, bo przez swoją „rasową miksturę i rozproszony system polityczny nie jest w stanie wystawić znaczących sił zbrojnych”.
John Dos Passos, amerykański pisarz, w korespondencji z Niemiec dla „The Life” 7 stycznia 1946 roku napisał: „Dla Ameryki nie ma miejsca w nowej Europie”. W 1958 roku senator Barry Goldwater w książce „Świadomość konserwatysty” stwierdził: „Jasno widać, że przegrywamy zimną wojnę. Przyczyn należy szukać w zapadającej się amerykańskiej cywilizacji”. Po wycofaniu amerykańskich wojsk z Wietnamu Henry Kissinger napisał, że „Stany Zjednoczone bezpowrotnie straciły swoją pozycję w świecie”. Prezydent Jimmy Carter oddając władzę Ronaldowi Reaganowi, powiedział: „Następny prezydent zrozumie, że Ameryka utraciła możliwości wpływania na losy świata”.
W przeddzień upadku muru berlińskiego wybitny historyk, ale też wybitny „declinista” Paul Kennedy w książce „Narodziny i upadki wielkich mocarstw” przewidywał, że amerykański system wyborczy uniemożliwi prowadzenie długoterminowej strategii polityki zagranicznej. Były sekretarz stanu James Schlesinger w 1988 stwierdził, że Ameryka „przestała być dominującym mocarstwem i nigdy już nie osiągnie dawnej pozycji w świecie”. Kiedy okazało się, że nie jest jednak tak bezbronna, a komunizm tak trwały, jak sądzono, politolog Samuel P. Huntington w 1997 roku napisał w „Foreign Affairs”, że „Ameryka nie jest przygotowana do pełnienia roli jedynego supermocarstwa”. A wybitny historyk David Halberstam w książce „Wojna w czasach pokoju” po inwazji na Haiti dodał: „Ameryka jest wielkim impotentem tego świata”.
Jedno wielkie pasmo nieszczęść i dziesięciolecia upadku, z których teraz może wreszcie uratuje nas Barack Obama. Życząc mu sukcesów, warto przy okazji pocieszyć naszych polskich „declinistów”. Nie wszystko jeszcze leży w gruzach.
[srodtytul]Ile zarabiają Amerykanie[/srodtytul]
Jacek Żakowski pisze: „Udział Ameryki w światowej gospodarce od tego czasu (1971 r.) zmniejszył się radykalnie”. Wszystko to oczywiście kwestia semantyki, ale dla ścisłości powiedzmy, co to „radykalnie” oznacza. W 1960 roku udział amerykańskiej gospodarki na świecie wynosił 24 proc., w 1970 – 21 proc., 1980 – 22 proc., w 1990 – 23 procent. W 2007 roku nastąpił niewielki spadek i było to znów 21 proc.
Najbardziej zaskakujące jest twierdzenie Żakowskiego, że „większość Amerykanów zarabia dziś mniej niż 20 lat temu”. Większość w statystyce to tzw. median – przedział, w którym znajduje się większość ludzi. Amerykański Urząd Statystyczny Census Bureau jest o tyle pomocny, że dodatkowo przelicza nam te medianowe sumy na wartości odpowiadające obecnej sile nabywczej dolara. I tak w 1950 roku zarobki były na poziomie obecnych 17 077 dolarów na rodzinę. W 1970 – 28 100 dolarów. W 2000 – 31 089; 2004 – 30 513 i – uwaga! – od 2005 roku do 2007 zarobki wzrosły do 45 113 dolarów rocznie.
Nie wiem, co niektórzy publicyści – wśród nich wspominany redaktor Żakowski – mają na myśli, pisząc o upadającej roli wciąż najlepszych amerykańskich uczelni. Dość powiedzieć, że w pierwszej dwudziestce najlepszych uczelni wciąż jest dziesięć amerykańskich. A USA w dalszym ciągu mają wyższy procent osób z wykształceniem uniwersyteckim od Niemiec czy Wielkiej Brytanii.
Ostatnim dowodem na degenerację Stanów Zjednoczonych ma być malejąca rola Hollywood w światowym przemyśle rozrywkowym. Pewnie chodziło o świat lewicowych elit, bo w prawdziwym świecie rok 2008 był najlepszym rokiem w historii Motion Picture Association of America. O 5 proc. wzrosły przychody ze sprzedaży biletów.
Do filmów dodajmy armię, z którą wciąż nie mogą się mierzyć Chiny ani Rosja. Potencjał tych państw oczywiście rośnie i pewnie zagraża sąsiadom w Azji czy Europie środkowej, ale nie Ameryce. Żadna z tych armii nie jest w stanie się równać z amerykańską pod względem technologii czy doświadczenia.
[srodtytul]Wklęsłe okulary[/srodtytul]
To tylko liczby. A co z wizerunkiem, autorytetem, postrzeganiem Ameryki na świecie, z których według lewicowych mędrców nic już nie zostało? Czy rzeczywiście – jak piszą publicyści – opoka tonie? Czy dziś tonie bardziej niż po przegranej wojnie w Korei Północnej, po nieudanej interwencji na Kubie w Zatoce Świń, wyjściu z Wietnamu, po zamachu na amerykańskie koszary w Bejrucie czy po tragedii World Trade Center?
Czy faktycznie Ameryka przestaje być oparciem wolnego świata? Bardziej niż po tym, jak zignorowała interwencje ZSRR na Węgrzech i później w Czechosłowacji. Czy „fałszywe doktryny społeczne” bardziej są dziś fałszywe niż wtedy, kiedy zastrzelony został Martin Luther King? Kiedy mafia rządziła związkami zawodowymi? Czy faktycznie Ameryka „bardziej oddala się od własnej ideologii wolności” obecnie – jak pisze „Gazeta Wyborcza” – niż wtedy, kiedy Richard Nixon domagał się cenzury prewencyjnej albo w czasie Watergate i zakładania podsłuchów przeciwnikom politycznym? A może wtedy, kiedy wybaczano prezydentowi Clintonowi molestowanie seksualne?
Ameryka przechodzi fascynujący proces przemian, ale epatując nieistniejącą rzeczywistością, nie pojmiemy ich. A pierwszym rozczarowanym prezydentem Barackiem Obamą nie będą Amerykanie, ale polska lewica ze swoimi wklęsłymi okularami.
[i]Autor przez 16 lat mieszkał w USA, gdzie był korespondentem polskich mediów. Do niedawna był wiceprezesem Polskapresse. Wcześniej – redaktorem naczelnym tygodnika „Newsweek Polska”[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA