fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Wałęsa – ofiara własnych obrońców

Lech Wałęsa
Fotorzepa, MW Michał Walczak
Dzisiejsi przyjaciele Lecha Wałęsy wykorzystują go, aby walczyć z braćmi Kaczyńskimi. Dla polityków PO były prezydent jest użytecznym narzędziem politycznym – twierdzi socjolog
Ostatni konflikt wokół nieumieszczenia Lecha Wałęsy przez IPN na liście prześladowanych przez SB odsłonił prawdę, że spór o Wałęsę jest w istocie sporem o polską pamięć. Argumenty poszczególnych stron tego konfliktu dotykają bowiem problemu, czy obywatele mogą poznać swoją przeszłość, czy nie. Kwestia procedur obowiązujących w samym IPN, będąca sednem samego zdarzenia, jest pomijana.
Ostry atak na prawo do swobody badań naukowych przypuścił m.in. Waldemar Kuczyński, potępiając IPN za nieumieszczenie Wałęsy na wspomnianej liście. Tymczasem Instytut postąpił zgodnie z dawno ustaloną procedurą, której krytyki nie słyszałem wówczas, gdy była wprowadzana. Uznano, jak rozumiem, że SB przez kilka lat miała go za swojego współpracownika. Teraz obrońcy Wałęsy oburzają się, że został on po raz kolejny skrzywdzony, i żądają ograniczenia uprawnień IPN.
Wałęsa jest jednak przez swoich obrońców traktowany instrumentalnie. Przypomnijmy, że w roku 1990, gdy lider „Solidarności” startował w wyborach prezydenckich pod hasłem przeprowadzenia dekomunizacji i lustracji, był przez środowisko późniejszej Unii Demokratycznej i „Gazety Wyborczej” przedstawiany jako wyjątkowe (bodaj gorsze niż komunistyczne) zagrożenie dla polskiej demokracji. Dziś te same środowiska bronią go, podejrzewam, nie tyle z szacunku dla niego, ile po to, żeby walczyć z braćmi Kaczyńskimi. W kolejnej odsłonie walki o pamięć Wałęsa okazał się skuteczną bronią.
Spór o pamięć toczy się nad Wisłą od roku 1989. Początkowo dotyczył rozliczenia komunistycznej przeszłości. Jego zwolennicy uważali, że dawną nomenklaturę należy odsunąć od wpływu na życie publiczne niepodległej Polski z dwóch powodów. Po pierwsze, przez wzgląd na jej antyrozwojowy wpływ na politykę i gospodarkę. Po drugie, dla zadośćuczynienia ofiarom komunizmu i wymierzenie zwykłej sprawiedliwości. Po trzecie, nie bardzo wówczas ufano ich prodemokratycznym i liberalnym zapewnieniom.
Przeciwnicy głosili, że w istocie komuniści postąpili rozsądnie, dzieląc się władzą, a pokojowa transformacja jest po części ich zasługą. W tym obozie w jednym szeregu stanęli postkomuniści i środowiska Unii Demokratycznej oraz „Gazety Wyborczej”.
Nic nie ujmując Lechowi Wałęsie, warto pamiętać, że „Solidarność” powstała dzięki milionom ludzi, a on sam był tylko jednym z liderów związku
Wtedy pojawiła się kontrnarracja braci Kaczyńskich mówiąca o patologicznym układzie postkomunistycznym, korodującym polskie życie społeczne. Uderza ona w samo sedno legendy Wałęsy, czyniąc go odpowiedzialnym za podtrzymanie układu za jego prezydentury. Stawia również poważne zarzuty pod adresem wszystkich architektów III RP.
Te dwie narracje organizują do dzisiaj w Polsce spór polityczny. Nic więc dziwnego, że środowisko twórców tzw. III RP broni się z dużą stanowczością. Ofiarą sporu o pamięć okazać się może IPN – traktowany jest przez przeciwników wyłącznie jako aktor polityczny ze swoimi interesami. Pojawiające się co jakiś czas postulaty likwidacji lub osłabienia IPN są próbą podporządkowania tej instytucji całkowicie politycznym ambicjom.
Używając Lecha Wałęsy do forsowania własnej wizji historii, obrońcy dokonań tzw. III RP spychają jego samego do, nazwijmy to, lewicowo-liberalnego narożnika. Były prezydent, który mienił się pierwszym prawicowcem, dzisiaj używany jest przez lewicę, a prawica robi z Wałęsy „czarnego luda”. Jak w kaberetowym qui pro quo. Sam Wałęsa, który zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństwa instrumentalizacji jego osoby, nie potrafi na razie sformułować opowieści alternatywnej, która nie skazywałaby go ani na sojusz z Kaczyńskimi, ani z postkomunistami. Kierując się wrogością do Kaczyńskich i niechęcią do przyznania się do jakichkolwiek błędów, wpada na razie w objęcia tych drugich.
Dzisiaj boli mnie łatwość ataków Wałęsy na wszelkich jego rzeczywistych czy domniemanych krytyków. Posądzenie o współpracę z SB arcybiskupa Kazimierza Nycza jest tego smutnym przykładem.
Zachowując się w ten sposób, Wałęsa ustawia się jednocześnie w roli jedynego depozytariusza historycznej prawdy. Trudno go (jak i każdego polityka) uznać za obiektywnego sędziego przeszłości. Ustalanie prawdy jest bowiem i powinno być domeną historyków, a nie polityków. Poza tym jego zapewnienia o własnej szlachetności i heroizmie brzmią nieco kabotyńsko. Nic nie ujmując jego osobie, warto pamiętać, że „Solidarność” powstała dzięki milionom ludzi, a Wałęsa był jednym z liderów związku.
Opisany przeze mnie spór o pamięć oczywiście przekłada się na polską politykę. I tu również Wałęsa pada ofiarą własnych obrońców. Jeśli słyszy dziś słowa poparcia ze strony polityków PO, to po części dlatego, że również dla nich jest użytecznym narzędziem politycznym. Rządowi piarowcy uznali po prostu, że podtrzymywanie legendy Wałęsy – osoby o tak wysokim społecznym zaufaniu – jest dzisiaj dobrym chwytem wizerunkowym. Problem w tym, że pojawiające się przy tej okazji propozycje osłabienia IPN grożą wylaniem dziecka z kąpielą. Dążąc do pokonania przeciwnika politycznego, PO może bowiem ograniczyć autonomię instytucji mającej służyć zbiorowej pamięci oraz historycznym dociekaniom.
not. br
Autor jest socjologiem, profesorem Uniwersytetu Warszawskiego. W poprzedniej kadencji był posłem wybranym z listy Platformy Obywatelskiej
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA