fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Tysiące ludzi ze słynną szafą

13. Festiwal Gwiazd z udziałem Romana Polańskiego
Fotorzepa, Radek Pasterski RP Radek Pasterski
Na plaży przy molo tłumy zebrały się na ceremonii odsłonięcia pomnika Romana Polańskiego "Dwaj ludzie z szafą". Reżyser po 50 latach powrócił do Sopotu
– Nie spodziewałem się tego w najśmielszych marzeniach – powiedział reżyser podczas pierwszej od 50 lat wizyty w Sopocie. Właśnie tu zaczęła się jego międzynarodowa kariera. Tu powstała etiuda, która zwyciężyła na festiwalu filmów eksperymentalnych Expo '58 w Brukseli, a potem objechała świat.
Zanim Roman Polański odsłonił pomnik autorstwa Pawła Althamera i Jacka Adamasa, wykonany z afrykańskiego drzewa tekowego, odwiedził legendarny SPATiF. Towarzyszyli mu Faye Dunaway, gwiazda "Chinatown", i przyjaciele z dawnych lat: Jerzy Skolimowski, Janusz Morgenstern, Andrzej Kostenko oraz Stanisław Michalski.
– Wszystko się zmieniło, buźki się zmieniły, ale schody są te same, wszedłem po nich do mojej pamięci – żartował wzruszony reżyser. – Wokoło nas było szaro. Poza wódką nie było nic. Tylko barszcz był jeszcze dobry!
– I wino Tur – dorzucił Andrzej Kostenko. – Pamiętasz? Było na spirytusie, wystarczyło rano napić się wody, żeby znowu być na rauszu!
– Był też tort Fedora! – ekscytował się jak dziecko Janusz Morgenstern. – Nie wiadomo, gdzie było więcej alkoholu, w torcie czy w wódce.
"Dwaj ludzie" to etiuda o niebieskich ptakach, a może cyrkowcach, którzy wychodzą z morza na plażę, niosąc ciężką drewnianą szafę. Swoją odmiennością wywołują wśród ludzi zdziwienie i agresję. Nikt nie chce wpuścić ich z ciężkim rekwizytem do restauracji czy tramwaju. Ciągle są przeganiani, nie pasują nigdzie i do nikogo.
– W tamtym ponurym czasie liczyła się dla nas tylko sztuka – mówił Polański. – Temu, co nas otaczało, okazywaliśmy pogardę. Lenin powiedział, że film jest najważniejszą ze sztuk, i korzystaliśmy z tego jak z wariackich papierów. W łódzkiej szkole filmowej mogliśmy robić rzeczy, które gdzie indziej w czasach stalinowskich były nie do pomyślenia. Chcieliśmy być kolorowi jak jazzmani. To niesamowite, że w czasach, kiedy nie było telefonów komórkowych, barwne towarzystwo z całej Polski potrafiło dać sobie cynk i skrzykiwało się na jam session w odległym mieście. Naszym guru był Krzysztof Komeda. Ubóstwialiśmy go za nowoczesną grę. Bez niego nie byłoby mojej etiudy.
– Ciężko było kręcić, ciężko było targać szafę – wzdychał Polański, wspominając powstanie etiudy. – Pamiętam, że Kuba Goldberg musiał być zarośnięty. A miał panienkę w Gdyni, i gdy tylko nadarzyła się chwila przerwy, jeździł do niej. Kiedy wracał, skarżył się, że wyzywają go od parszywych Żydów. Chciał zgolić brodę. Sprowokowałem go do tego, ale musiałem zatrzymać w trakcie fryzjerskiej operacji, bo bez brody nie moglibyśmy dokończyć filmu. Nieogolona pozostała lewa część twarzy i tylko ją mogła pokazywać kamera.
Szafę zaprojektował osobiście Roman Polański. – Przywieźliśmy ją nad morze z Łodzi – wspominał Andrzej Kostenko. – Ale ciągle mieliśmy kłopot z lustrem, które się tłukło, a nowego brakowało. Nie wiedzieliśmy, jak ukarać stolarza. W końcu zrobiliśmy mu wkładki do butów... z wędzonej flądry!
Stanisław Michalski grał w etiudzie jednego z chuliganów. – Romek miał dopracowane wszystko do ostatniego szczegółu. Pokazywał każdy gest, żebyśmy wiedzieli, jak grać – mówił aktor. – Tylko kilkusekun-dową migawkę z babkami piaskowym na plaży nakręciliśmy bez niego. Obejrzał i powiedział: "Dobrze, ale ja zrobiłbym to inaczej".
Wspomnienia nie ograniczyły się jednak tylko do "Dwóch ludzi z szafą".
– Pamiętam kolaudację "Noża w wodzie", kiedy nagle zepsuł się dźwięk. Zrobiło się zamieszanie. "Nie ma problemu – uspokajał Roman. – Będę mówił dialogi z pamięci, synchronicznie". I recytował jak z nut – opowiadał Andrzej Kostenko.
– To się wzięło z tego, że ćwiczyliśmy dialogi na okrągło przez trzy dni i trzy noce – wyjaśniał Jerzy Skolimowski. – Najpierw ja mówiłem rolę kobiecą, a on męską, i na odwrót. Usuwaliśmy wszystkie zbędne słowa.
– Rzeczywiście miał wyczulone ucho. Kiedy kręciliśmy "Nóż w wodzie", złowił w nocy głos puszczyka – opowiadał Kostenko. – Poprosił mnie wtedy, że-byśmy z inżynierem dźwięku nagrali go. Próbowaliśmy, ale dźwięk był złej jakości. Po trzech nieprzespanych nocach sam wlazłem na drzewo. Dźwiękowiec nie wiedział, że zamiast puchacza nagrał mnie.
– Umiał fantastycznie przekonywać – mówił Jerzy Skolimowski. – Obowiązkiem każdego studenta było posiadanie skutera lambretta. Oto jak wyglądała jazda próbna: Romek pędził za mną w samochodzie i krzyczał: "Szybciej, szybciej, już masz 100, 105 na godzinę, ale możesz jeszcze więcej". Jak wiadomo, lambretta wyciągała tylko 75 na godzinę. Ale skuter kupiłem.
Po "Nożu w wodzie" Władysław Gomułka powiedział, że ktoś taki jak Polański nie może kręcić filmów w socjalistycznej Polsce. – I tak chciałem pracować na Zachodzie – mówił reżyser.
Pomnik autorstwa Pawła Althamera i Jacka Adamasa można oglądać tuż przy sopockim molo. Althamer ma nadzieję, że w opiekę nad instalacją zaangażują się ludzie bezdomni, których zawsze zaprasza do swoich projektów. W ten sposób trójmiejskie niebieskie ptaki, których portretował Roman Polański, znajdą w Sopocie swoje miejsce.
- Kiedy dowiedziałam się, że ten film będzie reżyserował jakiś Polak, zdziwiłam się, ale po obejrzeniu "Noża w wodzie" odetchnęłam z ulgą – opowiadała aktorka pod-czas Festiwalu Gwiazd. – Dobre referencje wystawił Polańskiemu Jack Nicholson. W pracy najbardziej zaskoczyło mnie to, że pokazywał nam, hollywoodzkim aktorom, jak mamy grać. Zmienił też scenariusz, co w Hollywood niespotykane. No i zaczęła się wojna między nim a amerykańskim zespołem. Nigdy tego nie mówiłam, ale gdy doszło do konfliktu Romana z Jackiem, Roman nie wytrzymał i krzyknął: "Jack, dlaczego mi nie pomagasz?!". "Ależ pomagam ci z całych sił, tylko dziwię się, że ty nie chcesz nam pomóc!" – odpowiedział Nicholson. Powstawanie arcydzieła zawsze przypomina narodziny perły w ostrydze – jest pełne bolesnych tarć. Wiedzieliśmy o tym. Dlatego każdy dawał z siebie wszystko. A na koniec Polański zapytał z rozbrajającym uśmiechem: "No i co, zrobiłem wam fantastyczny kłopot?".
Andrzej Kostenko poprosił Faye Dunaway o zweryfikowanie anegdoty z planu "Chinatown". Jack Nicholson jest wielkim fanem koszykówki. Bez przerwy wymykał się więc do garderoby, gdzie miał telewizor. Kiedy Polański dowiedział się o tym, wyrzucił mu telewizor przez okno. Aktor wsiadł wtedy do samochodu i odjechał. Wściekły Polański zrobił to samo. Spotkali się na czerwonych światłach. Spojrzeli na siebie, wybuchnęli śmiechem i wrócili na plan.
– Zgadza się – potwierdziła gwiazda. – "Chinatown" obrósł w Ameryce legendą, ale widzę, że w Polsce jeszcze większą. I za to was kocham!
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA