Publicystyka

Państwo dla silnych

Rzeczpospolita
Obecna władza ogranicza rolę państwa w wielu sferach. Tyle że przy okazji wzmacnia najsilniejszych graczy i ma nadzieję, że będą oni pamiętali o swym dobroczyńcy – pisze publicysta
Co łączy zamiar zamiany prokuratury w niezależną korporację z propozycją zniesienia abonamentu finansującego media publiczne? Pozornie niewiele lub zgoła nic. W istocie te dwa pomysły łączy sposób rozstrzygnięcia konfliktu: poprzez praktyczne wycofanie się państwa i oddanie decydującej roli najsilniejszemu graczowi, odpowiednio – mediom prywatnym i zorganizowanym prokuratorom.
Obie te sfery – media publiczne i prokuraturę – łączy to, że od lat stanowią miejsce skomplikowanej gry sił i interesów. Rządzący politycy starają się je sobie podporządkować, narzucając im cele niemające wiele wspólnego z deklarowanymi. Władztwo nad publicznym radiem i telewizją ma budować przychylny klimat wobec rządzących oraz stawiać w złym świetle przeciwników. Kontrola nad prokuraturą daje możność poprawy wizerunku władzy w dziedzinie walki z przestępczością, a tego społeczeństwo nieodmiennie oczekuje od rządzących. Wpływ na prokuraturę daje także możliwość wyciszania spraw niewygodnych dla władzy oraz politycznego wykorzystywania śledztw bijących w przeciwników. Świadomie pomijam, kto i jak ulegał pokusie politycznego wykorzystywania publicznych mediów i prokuratury. Chyba wszyscy, bez względu na sympatie polityczne, zgodzą się, że takie sytuacje, z różnym nasileniem, zdarzają się pod panowaniem różnych partii i można je uznać za niebezpieczeństwo względnie trwałe. Obecna władza – jak się wydaje – znalazła sposób rozwiązania tych problemów. Jest nim właśnie znaczące ograniczenie roli państwa i wzmocnienie innych uczestników gry, najsilniejszych i najlepiej zorganizowanych. Przyjrzyjmy się, co to konkretnie oznaczałoby dla każdej z omawianych sfer. Propozycje ministra Zbigniewa Ćwiąkalskiego dotyczące prokuratury idą niezwykle daleko. Nie sprowadzają się one do jej oddzielenia od Ministerstwa Sprawiedliwości. Prokuratura miałaby się stać kolejną samorządną korporacją prawniczą praktycznie pozbawioną zewnętrznego nadzoru. Do rangi symbolu urasta pomysł, że by odwołać prokuratora krajowego potrzeba będzie dwóch trzecich głosów – większości w takiej sprawie praktycznie nieosiągalnej. O ile korporacje sędziowskie i adwokackie są w dzisiejszym świecie standardem, o tyle korporatyzacja prokuratury oczywistością bynajmniej nie jest. Przeciwnie: prokuratorzy traktowani są zwykle jako – owszem, autonomiczna, ale część aparatu państwowego. Konkretne rozwiązania są różne, a nawet samo oddzielenie nadzoru nad prokuraturą od Ministerstwa Sprawiedliwości nie jest bynajmniej oczywiste. Rozdział, zwłaszcza tak skrajny, sprawia, że władza polityczna traci jakikolwiek wpływ na politykę karną. Teraz i tak jest on dość wątły, jednak pozwala posiadającej demokratyczny mandat władzy choć wskazywać pożądane kierunki działania. Po zrealizowaniu reformy ministra Ćwiąkalskiego jemu samemu i jego następcom pozostaną tylko bezsilne apele. Aparat ścigania nie zwalcza przestępstw, których tropienie powoduje konflikt z wpływową częścią opinii publicznej Aparatowi ścigania nieobcy jest oportunizm sprawiający, że wielu przestępstw w ogóle się nie zwalcza – tych mianowicie, których ściganie naraża na konflikt z jakąkolwiek wpływową częścią opinii. Dlatego w Polsce można bezkarnie czerpać zyski z nierządu, rozpowszechniać pornografię lub unosić rękę w hitlerowskim – przepraszam – starorzymskim geście. Po reformie zniknie wszelka możliwość przeciwstawienia się temu oportunizmowi. Kto na tym zyska? Prokuratorzy, stając się kolejną niezależną i niepodlegającą jakiejkolwiek zewnętrznej kontroli korporacją. Przykłady sędziów i adwokatów nie napawają optymizmem co do skuteczności kontroli wewnętrznej, korporacyjnej. W przypadku prokuratorów za niezależnością nie stoi żaden interes ogólny, dobro wymiaru sprawiedliwości itp. – raczej wręcz przeciwnie. Warto dodać, że beneficjenci planowanych zmian będą pamiętać, komu zawdzięczają wolność od zewnętrznych wpływów. A któż takiej wolności nie lubi? Jeśli zaś chodzi o media – to samo dążenie obecnego rządu do podporządkowania PR i TVP można uznać za wręcz banalne. Wszyscy tak robią. Nawet otwarta rezygnacja z pozorów nie dziwi: skoro obecna popularność PO, zwłaszcza wśród opiniotwórczych elit, pozwala dokonać tego niemal bezkarnie, dlaczego nie skorzystać z okazji? Nową jakość wprowadza zapowiedź rezygnacji z abonamentu radiowo-telewizyjnego. Konsekwencja premiera Tuska w tej dziedzinie uderza na tle innych propozycji, zgłaszanych niespodziewanie i zaraz łagodzonych, gdy napotkają opór. W kwestii abonamentu premier jest stanowczy, mimo że mało która z jego propozycji wywołała aż taki sprzeciw. Szef rządu pozostaje głuchy nawet na opór ze strony popierających go intelektualistów i ludzi kultury. Dlaczego? Najprostsza odpowiedź brzmi: bo za likwidacją abonamentu stoi kalkulacja polityczna, z której wynika, że ten konflikt jest wart spodziewanych zysków. Inny, jeszcze nieznany sposób finansowania będzie wedle wszelkiego prawdopodobieństwa oznaczał znaczne osłabienie finansowe publicznego radia i telewizji. Po zapowiadanej operacji media publiczne skurczą się w najlepszym wypadku do czegoś w rodzaju dzisiejszego Programu 2 PR oraz TVP Kultura. W radiu i telewizji częściowo finansowanych ze źródeł publicznych można przynajmniej próbować nie schodzić poniżej pewnego minimum. To prawda, że zwłaszcza TVP słabo się ze swojej roli wywiązuje. Gdy jednak zrezygnujemy z obecnej hybrydalnej formy – stracimy ostatnią szansę, by telewizją rządziło cokolwiek prócz zysku. Jeśli więc państwo w ogóle zrezygnuje z wpływania na gusty szerszej publiczności – strata będzie ogromna, nawet jeśli mniejszości o gustach wyrafinowanych pozostawi się jej ulubione, wartościowe programy. Także miłośnicy radiowej Dwójki stracą, gdy prócz niej pozostaną tylko stacje komercyjne. Kto na tym zyska? Odpowiedź jest prosta: media prywatne, które stracą potężnych konkurentów. Ich twórcy nie zapomną, komu to zawdzięczają. A przecież już dziś to właśnie PO jest ich ulubieńcem. W ten sposób kłopot z mediami publicznymi zniknie raz na zawsze: o ich resztki politykom nie warto się będzie bić. Państwo będzie miało jeden kłopot mniej, dysponenci mediów prywatnych zarobią jeszcze więcej, i – tak jak w przypadku prokuratury – politycy PO zyskają sobie ich wdzięczność. A gdyby wdzięczności nie było dość – pozostaje jeszcze przeniesienie uprawnień regulacyjnych wobec mediów komercyjnych na podporządkowany rządowi UKE. Nie zawsze kierować nim będzie osoba tak niezależna jak dziś. A że stracimy ostatnią szansę, by o programach dla szerokiej publiczności decydowało cokolwiek innego niż pieniądz? A kogóż to obchodzi? Trudno rozstrzygnąć, czy podobny sposób pozbywania się konfliktów poprzez abdykację państwa i wzmocnienie najsilniejszych graczy jest wynikiem świadomego zamiaru czy wynika samoistnie z logiki działania rządu. Tak czy inaczej, nie wydaje się on przypadkowy. Jest wręcz oczywistą konsekwencją przyjętego sposobu rządzenia, opartego na unikaniu rozstrzygnięć tam, gdzie narażałyby one rządzących na konflikt, a także widocznego braku zrozumienia dla potrzeby silnego państwa. Skoro wpływ państwa na określoną dziedzinę rodzi konflikty – najprościej się stamtąd wycofać i wesprzeć najsilniejszego, a ten będzie pamiętał o swym dobroczyńcy. W ten sposób siłę państwa zamienia się na siłę własnego obozu politycznego. Czy ten sposób działania się przyjmie, zobaczymy śledząc zarówno dalsze losy omawianych projektów, jak i to, czy w innych przypadkach zostanie zastosowany podobny model. Czy np. nie okaże się, że efektem nowych, jeszcze nieznanych rozwiązań w służbie zdrowia będzie wzmocnienie najsilniejszych graczy: zorganizowanych środowisk lekarskich (nie mylić z ogółem lekarzy) i menedżerów opieki zdrowotnej? Jeśli ten model trwale spodoba się rządzącym – okaże się, że na realizację marzeń o silnym i sprawnym państwie trzeba będzie długo poczekać. Autor jest publicystą i redaktorem miesięcznika „Więź”
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL