fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Jak połączyć socjalizm z patriotyzmem

ROL
W historii Polski spotykamy dużą grupę nietuzinkowych postaci, które potrafiły pogodzić socjalizm z patriotyzmem, a więc połączyć ogień z wodą.

Trudno zaprzeczyć, że opinię przeciwnika polskiej niepodległości lewica zawdzięcza przede wszystkim samej sobie. Ale można też śmiało powiedzieć, że w Polsce ostateczny cios lewicy zadał Józef Piłsudski swoim genialnym bon motem o wysiadaniu z czerwonego tramwaju na przystanku Niepodległość.

I można byłoby na tym poprzestać, gdyby nie to, że historię tworzą konkretne fakty. W ich świetle zaś powyższa opinia okazuje się mocno problematyczna. Dlatego bardzo dobrze, że ukazała się książka „Po dwakroć niepokorni. Szkice z dziejów polskiej lewicy patriotycznej" autorstwa Jarosława Tomasiewicza.

Pozycja ta jakby od niechcenia wypełnia wiele luk bardzo mocno szkodzących naszej wiedzy historycznej, w gruncie rzeczy poszufladkowanej zgodnie ze schematami, wedle których zostało uporządkowane nasze życie publiczne. Dzisiejszą Polską nie rządzą żadne trumny, to my dowolnie je wykopujemy z grobów i zmieniamy nie tylko epitafia, lecz całe pomniki nad miejscem ostatecznego spoczynku bohaterów. I biada tym, którzy do żadnego schematu nie pasują.

O nich właśnie pisze Tomasiewicz, że – tak jak za życia – są bezdomni, a ich patriotyzm i religijność zbywa się pełnym zakłopotania milczeniem, jako że nie pasują do lewicowości, trudno ich zatem umieścić na sztandarach sił postępu. Lecz i prawica ich nie chce, bo na cóż modły w kościołach i walka o wolność, skoro etykietka socjalisty skaziła ich na zawsze. Zatem owym „niepokornym" jedna lub druga strona sporo amputuje z dorobku albo w ogóle pomija w książkach i artykułach. I tak oto tracimy bardzo ważną część narodowej spuścizny.

Ważną również dlatego, że dobrą w tym najbardziej podstawowym, bo moralnym, sensie. Nie na darmo nad Wisłą ukuto powiedzenie: „Kto za młodu nie był socjalistą, ten na starość będzie świnią" (według innej wersji słowa te wypowiedział Otto von Bismarck), bo ludzie lewicy nie tylko zabiegali o znośne życie ludzi pracy (o dostatku nikt nawet nie marzył). Oni marzyli także o wielkiej wojnie, która zmieni oblicze ziemi i przyniesie wolność chłopom, robotnikom oraz ukochanej Polsce.

Ale jest jeszcze jeden walor książki Tomasiewicza. Docenią ją przede wszystkim ci męczeni w PRL-owskiej ławce szkolnej koszmarnie nudnymi wyliczankami poszczególnych formacji, które trzeba było wykuć na blachę, aby zaliczyć klasówkę lub egzamin z „historii ruchu robotniczego". Czytając „Po dwakroć niepokornych", nie mogę się pozbyć wrażenia, że jedną z cech komunizmu był przerażający prymitywizm intelektualny. Z jaką radością uczniowie czytaliby (wtedy jeszcze sporo uczniów czytało) ciekawą lekturę, ale cóż, system promował tylko nudne ramoty – taka była jego specyfika.

Podległość sowieckiemu imperium

Dwa pierwsze rozdziały książki Tomasiewicza są bowiem taką – naprawdę interesującą – historią ruchu socjalistycznego w Polsce. Czytelnikom szczególnie zasmakuje rozdział drugi: „Między Grunwaldem a Lenino. Tendencje narodowo-komunistyczne w Polsce". Można ze zdziwieniem przeczytać, że „odchylenie nacjonalistyczne" nie było jedynie wymysłem Jakuba Bermana, Józefa Różańskiego oraz ich śledczych. Wśród komunistów, naprawdę wiernopoddańczo zapatrzonych w Moskwę, byli tacy, którzy nie mieli najmniejszej ochoty rezygnować z tożsamości narodowej. Nie ma też co ukrywać, że duże znaczenie odgrywała w „partii robotników i chłopów" kwestia żydowska.

„Narodowi komuniści" z niechęcią odnosili się do nadreprezentacji Żydów w partyjnej wierchuszce, nie dbając o historyczne uwarunkowania tej sytuacji. Animozja ta była tym mocniejsza, że nałożyła się na inny podział: pepeerowcy i alowcy występowali przeciwko przybyszom ze Wschodu (nieważne, czy spadochroniarzom wysłanym z Moskwy, czy żołnierzom armii Berlinga). Kombatanci krajowi uważali, że zostali wypchnięci przez „przyjezdnych", czyli Żydów. Tego rodzaju konflikty ciągnęły się – jak się okazuje – przez cały czas trwania PRL. To one były jednym ze źródeł walk frakcyjnych wewnątrz PZPR pod koniec lat 60., kiedy doszło do konfrontacji między tzw. natolińczykami a puławianami, a potem w latach 80. przyczyniły się do powstania słynnego Zjednoczenia Patriotycznego Grunwald.

Autor wskazując owe „narodowo-komunistyczne" ciągoty, jednak wyraźnie oddzielił ten rozdział od historii lewicy patriotycznej XIX i XX wieku. I słusznie. Jakkolwiek mocno rozmaici aparatczycy podkreślaliby swoją narodową tożsamość, swoje antyżydowskie czy nawet antymoskiewskie resentymenty, i tak zawsze byli trybikami w maszynie utrzymującej Polskę w podległości sowieckiemu imperium.

O zupełnie innym zjawisku traktuje natomiast rozdział pierwszy, opisujący dzieje polskich socjalistów. Doskonale oddaje napięcie, jakie wywoływało z jednej strony dążenie do partykularnej niepodległości narodu, z drugiej zaś – walka o emancypację ludzi pracy. Wizja wyzwolenia klasowego na całym świecie powodowała, że młodzi przedstawiciele szlachty i inteligencji (a oni stanowili trzon działaczy socjalistycznych na ziemiach polskich) odkładali na bok wyzwolenie narodowe, uznając, że zwycięska rewolucja załatwi także ten problem. Od tej postawy był już tylko krok do uznania, że emancypacja narodowa stanowi wyłącznie zawadę na drodze do szczęścia mas pracujących.

Ale tak być nie musiało. Tomasiewicz nie tylko opisuje dzieje ruchu jako całości, lecz prezentuje także czytelnikom 12 biograficznych szkiców, które ukazują polską lewicę od zupełnie nieznanej strony. Czy „Krytyka Polityczna", która przyjęła jako swego patrona Stanisława Brzozowskiego, ma świadomość, że w gruncie rzeczy był to myśliciel religijny i działacz niepodległościowy, który w socjalizmie widział lekarstwo na nierówność społeczną, a nie odczytanie uwarunkowań historycznych?

Włączył się w ten sposób w długi szereg polskich poetów i myślicieli ukąszonych nie tyle Heglem, ile pragnieniem sprawiedliwości. Oprócz romantycznych wieszczów – Mickiewicza i Słowackiego – można tu wymienić chociażby filozofa i socjologa Edwarda Abramowskiego. W tradycji tej mieścili się również wybitni działacze polityczni, np. Adam Ciołkosz, a nawet akolici komunizmu, czego przykładem jest Jan Hempel, który miał w swoim życiu okresy fascynacji niepodległością Polski czy religią. Szkice Tomasiewicza są czymś więcej niż tylko prezentacją postaci ważnych w dziejach intelektualnych i politycznych Polski. Nie wpisują się one bynajmniej w nic niewnoszące do debaty historycznej rozważania nad tym, że socjalizm niejedno ma imię. Stanowią natomiast próbę odpowiedzi na podstawowe pytanie: czy jest możliwe połączenie ognia z wodą, idei powszechnej z partykularyzmem, patriotyzmu z internacjonalizmem?

Pytanie to jest o tyle istotne, że sowieckie imperium zła wykorzystywało hasła internacjonalistycznej solidarności czy zjednoczenia wszystkich proletariuszy do planów podboju świata, czyli praktycznie rzecz biorąc – zniewolenia ludzi pracy na całym świecie. Ale jeżeli odrzucimy ową haniebną spuściznę i przyjmiemy wyrwane z historycznego kontekstu hasło z czasów postalinowskiej odwilży: socjalizm tak, wypaczenia nie, to czy będziemy mogli uznać, że socjaliści potrafią być patriotami?

Owszem, możemy wyliczyć długą listę kończącą się małżeństwami Ciołkoszów czy Romaszewskich, możemy się powoływać na Mickiewicza czy Abramowskiego. Ale zawsze znajdą się tacy, którzy powiedzą, że są to wyjątki potwierdzające regułę bądź że wymienione osoby, a przynajmniej jakaś ich część, to wcale nie są socjaliści, że lewica tylko podpina się pod owe wspaniałe postacie. Nie warto tu chyba nawet wspominać tych, którzy ze wstrętem odrzucają wszystko, co ma cokolwiek wspólnego z terminem „socjalizm".

Czy zatem książka Tomasiewicza na sformułowane wyżej pytanie odpowiada? Pośrednio tak – skoro w historii spotykamy dużą grupę nietuzinkowych postaci łączących socjalizm z patriotyzmem, umiłowanie równości społecznej z umiłowaniem wolności własnego narodu, to znaczy, że jest możliwe połączenie ognia z wodą.

Naturalna wspólnota

Ale książka idzie dalej, nie tylko odpowiada, że było to możliwe, ale – również pośrednio – tłumaczy dlaczego. Cechą łączącą omawianych działaczy lewicy była ich postawa etyczna: bezkompromisowa i radykalnie nastawiona na drugiego człowieka, ukształtowana nie tylko przez sentymentalne odruchy, ale także ciężką intelektualną i organizacyjną pracę. Spośród tych postaci jedynie Słowacki nie był pogrążonym w działalności politycznej aktywistą.

Dobrze ukształtowane sumienie pozwalało się otwierać wybitnym umysłom na dwa aspekty ludzkiego bycia w świecie. Opisywani działacze uwzględniali to, że człowiek jest istotą społeczną, że bez naturalnej, widzialnej wspólnoty nie może prawidłowo egzystować. Kształtowanie się nowoczesnych narodów w XIX i na początku XX wieku musiało zatem wpływać na ich wybory światopoglądowe. Ale też widziane na co dzień nierówności społeczne zmuszały tych ludzi do tego, żeby pytać o to, jak ma wyglądać niepodległa ojczyzna.

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA