fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wybory Prezydenckie 2015

Kto jest kim w drużynie Dudy

Andrzej Duda i Jarosław Kaczyński na lutowej konwencji
PAP
Zespół, który wygrał wybory, tworzył się ponad rok

Choć prezydentura Andrzeja Dudy to największe zwycięstwo PiS od dekady, to trudno tam znaleźć kogoś, kto od niedzieli chodzi w euforii.

Sukces rodził się w bólach. Przez trzy najintensywniejsze miesiące kampanii nie brakowało sporów i napięć, podobnie jak we wszystkich poprzednich kampaniach PiS. Tym razem jednak się udało.

Jak zwykle każdy miał swoje ambicje i chciał jak najwięcej ugrać. – Ale nie było knucia zamiast pracy – powtarzają niemal we wszystkich rozmowach sztabowcy.

Połączył Hofman i kampania do PE

By precyzyjnie opisać historię tej kampanii, trzeba się cofnąć o nieco ponad rok. Andrzej Duda na chwilę zastąpił jako rzecznik PiS Adama Hofmana, który miał wtedy kłopoty z oświadczeniem majątkowym.

Już wtedy prezes PiS Jarosław Kaczyński rozważał postawienie na Dudę w wyborach prezydenckich. Chciał wypromować jego nazwisko, dlatego Duda był twarzą, a techniczne zadania Hofmana wziął na siebie Marcin Mastalerek, wtedy wicerzecznik, a po kilku miesiącach, gdy Hofmana z partii usunięto, rzecznik.

W kampanii przed majowymi wyborami do Parlamentu Europejskiego Duda został szefem sztabu. Hofman, mimo że już był oczyszczony, nawet się w nim nie znalazł.

Zaczęła się wojna podjazdowa. Duda nie miał na kim się oprzeć, bo wszyscy ludzie związani z rzecznikiem podstawiali mu nogi. Dość przypomnieć kuriozalną sytuację, w której PiS nie wyemitował spotów w bezpłatnym czasie reklamowym, bo nie miał ich kto zmontować.

– Marcin wtedy bardzo mi pomagał – wspominał potem w rozmowach ze współpracownikami Duda. Mastalerek miał już wtedy niewielkie zaplecze merytoryczne. Do pracy pościągał też doświadczonych w bojach dawnych członków PiS, którzy poodpadali w partyjnych gierkach, a na rynku nawiązał znajomości w kilku firmach.

Kampanię w końcówce i tak przejął Hofman, ale Duda nabrał zaufania do Mastalerka i przekonał się, że jest wulkanem kampanijnych pomysłów. Wypracowali też wtedy kontakty, które przydały się później.

Również w tamtym czasie Duda ściągnął swojego przyjaciela, piarowca Piotra Agatowskiego. Trudno było mu znaleźć wspólny język z politykami. Zgrzytało nawet podczas kampanii prezydenckiej. – Początkowo badania, które przynosił, niewiele nam mówiły – przekonuje jeden z członków sztabu.

Ale Agatowski odegrał kluczową rolę w końcówce kampanii. – Dzień po pierwszej turze zdiagnozował, jak wyglądałaby najgroźniejsza dla nas strategia PO. Im zrozumienie tego zajęło dużo więcej czasu – mówi jeden ze sztabowców.

To Agatowski miał wymyślić zagranie, które podczas drugiej debaty już na początku rozbiło Bronisława Komorowskiego. Duda położył na jego pulpicie proporczyk z logo PO, a prezydent, nie wiedząc, co z nim zrobić, oddał go dziennikarce Monice Olejnik.

Szydło bierze ster

Kluczowym momentem dla późniejszego zwycięstwa były zmiany w funkcjonowaniu PiS. Wiceprezes Beata Szydło przed kampanią została skarbnikiem partii. Potem jako szefowa kampanii występowała w podwójnej roli.

To ona wzięła na siebie ryzykowne decyzje finansowe. Wbrew temu, co twierdzili komentatorzy, PiS nie szczędził Dudzie pieniędzy, a Kaczyński dał zielone światło dla zwiększenia budżetu, gdy okazało się po pierwszej turze, że sukces jest na wyciągnięcie ręki. Według naszych szacunków PiS wydał na tę kampanię ok. 14–15 mln złotych.

Szydło już wcześniej współpracowała z Mastalerkiem. Ona w partii odpowiada za gospodarkę, a on w pewnym momencie zgłosił się do niej, gdy szukał nowej działki po tym, gdy opuścił Komisję Sportu.

W efekcie tej znajomości już na starcie rzecznik dostał więc wolną rękę w produkcji spotów i widowiskowych konwencji.

Nawet jeśli początkowo były jakieś obawy, czy jest sens wydawać na nie tyle pieniędzy, wszystko zmieniło się w lutym. Udana inauguracja kampanii połączona z intensywną akcją spotową w telewizji sprawiła, że notowania Bronisława Komorowskiego spadły poniżej 50 proc. W PiS obawiano się tylko, czy pieniędzy nie zabraknie w końcówce kampanii.

Beacie Szydło udało się kosztem różnych wyrzeczeń tak rozłożyć środki, by tuż przed wyborami sztab mógł swobodnie odpowiadać na przekaz rywali. Doszło nawet do tego, że ostatni spot kampanii zderzający obu kandydatów pozostał bez odpowiedzi PO.

Mastalerek mówił w radiowej Jedynce, że cieszy się, iż udało się utrzymać zaplanowaną w grudniu strategię kampanii. Faktycznie ostatni klip miał zaskoczyć konkurencję.

Mobilizację struktur wziął na siebie ich szef Joachim Brudziński, a zaangażował się w to prezes. 1,6 mln podpisów to niemal powtórka podobnego rekordu z 2010 r.

Na wyobraźnię działaczy miała działać wizja jesiennych wyborów parlamentarnych. Kaczyński straszył, że nie weźmie na listy tych, u których wyniki będą słabsze. W partii liczą jednak na amnestię. – Punktem odniesienia będą wybory z 2010 r., a więc dzięki wygranej nie powinno być rozliczeń – mówi nam jeden z posłów.

Objazd zmienia Dudę

Z ludzi Brudzińskiego szansę wykazania się dostał Paweł Szefernaker. Dotąd był na partyjnym zapleczu. Gdy Szydło została skarbnikiem, poprosił ją o budżet na internet. Zaproponował zmianę podejścia. Dotąd PiS wydawał pieniądze na reklamę w sieci, on postawił na społeczność.

Nie wszyscy byli przekonani, że bardziej opłaca się zaprosić aktywnych internautów na konwencję czy spotkanie z kandydatem, niż płacić jak dotąd za kliknięcia w link reklamowy. Kiedy jednak okazywało się, że to działa, a kolejne opinie nakręcają zainteresowanie internautów i mediów, dostał więcej swobody.

Przełomowy był Tweetup w wieczór poprzedzający ciszę wyborczą przed pierwszą turą. PiS zorganizował luźne garden party zamiast sztampowej imprezy z przemówieniami. Tuż przed ciszą żyła nią sieć i pokazywały telewizje informacyjne, a obrazki te wracały w pierwszych dniach drugiej tury.

Z perspektywy czasu ważne wydaje się coś, czego obawiało się wiele osób w sztabie. Objazd kraju trudno było zaplanować. Dopiero przed lutową konwencją ktoś wpadł na pomysł, by zorganizować autobus. Sam kandydat czasami miał zaś dość napięty kalendarz. Ale to w trasie zaszła metamorfoza Dudy. Nabrał pewności siebie, naturalności w kontaktach z ludźmi. To, co mówił, opierał na doświadczeniach wyniesionych z setek rozmów. Potrafił rzucić do kogoś z otoczenia: – Ty wiesz, jak ludziom na prowincji ciężko się żyje.

Coraz więcej ludzi przychodzących na wiece napędzało kandydata. Do tego widział, jak narasta fala w internecie. Po powrocie z kampanijnej trasy do późna czytał komentarze w internecie. A o to, gdzie pojedzie następnego dnia, nie pytał współpracowników. Kalendarz sprawdzał na profilu swojej kampanii na Facebooku.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA