fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wybory Prezydenckie 2015

Komorowski to wybór oczywisty

Za Bronisławem Komorowskim przemawia duże doświadczenie polityczne – uważa autor
Fotorzepa/Jerzy Dudek
PiS rozrywa głęboko wspólnotę narodową. Obóz polityczny, który stoi za Andrzejem Dudą, nie ma moralnego prawa i politycznych kwalifikacji do sprawowania władzy w naszym kraju – pisze publicysta.

A więc wszystko jasne. W drugiej turze wyborów prezydenckich będziemy wybierać pomiędzy Bronisławem Komorowskim a Andrzejem Dudą. Taki skład finału prezydenckiego maratonu nie zaskakuje. Wielką niespodzianką jest jednak, że to nie urzędujący prezydent, ale jego konkurent nieznacznie wygrał pierwszą turę i jest w korzystniejszej sytuacji przed finałem. Jedno jest pewne: w drugiej turze będzie się liczył każdy głos.

Były i inne niespodzianki. Należy do nich klęska kandydatów wystawionych przez SLD i PSL, a więc partie reprezentowane w Sejmie i mające – jak się wydawało – utrwaloną pozycję na scenie politycznej. Niewątpliwie największym zaskoczeniem kampanii prezydenckiej jest świetny wynik uzyskany przez Pawła Kukiza. Moim zdaniem swój sukces zawdzięcza on nie programowi, w którym czytelny jest jedynie postulat wprowadzenia jednomandatowych okręgów w wyborach do Sejmu, ale wyrazistej osobowości i ostrej krytyce klasy politycznej. W przeciwieństwie do większości tzw. antysystemowych kandydatów, a przede wszystkim Janusza Korwin-Mikkego i Janusza Palikota, rzeczywiście nie miał z nią niemal nic wspólnego. Kukiz skupił więc przede wszystkim głosy wyborców, którzy chcieli wyrazić swój protest i frustrację, wynikającą z oceny stanu państwa, oczywiście poza tymi, którzy identyfikują się z wizją PiS. To stanowczo zbyt mało, by zbudować trwałą siłę polityczną, ale wystarczyło, aby nieźle zamieszać w pierwszej turze wyborów prezydenckich.

Pozytywny bilans

Stawka wyborów prezydenckich w Polsce jest bardzo duża. Nie mają racji ci, którzy chcą je traktować jedynie jako coś w rodzaju przedbiegów do wyborów parlamentarnych. Ustrojowa pozycja prezydenta w naszym kraju jest znacznie mocniejsza niż w klasycznych systemach parlamentarno-gabinetowych. Prezydent ma realne uprawnienia w sprawach polityki zagranicznej i obronnej, dysponuje inicjatywą ustawodawczą i prawem wetowania ustaw przyjętych przez parlament, decyduje o personalnej obsadzie wielu ważnych stanowisk państwowych, postanawia – za zgodą Senatu – o przeprowadzeniu ogólnonarodowych referendów. Wybór w powszechnych wyborach wzmacnia jego pozycję w oczach opinii publicznej i klasy politycznej. Gdy jest silną osobowością i ma taką wolę, może w bardzo poważnym stopniu wpływać na politykę rządu i obozu politycznego, z którym jest związany.

Nie ulega także wątpliwości, że tegoroczne wybory prezydenckie – ze względu na bliski termin wyborów parlamentarnych – wytworzą dynamikę polityczną wpływającą w dużym stopniu na wynik jesiennych wyborów do Sejmu i Senatu.

Z mojej perspektywy wybór jest oczywisty. Za Bronisławem Komorowskim przemawia pozytywny bilans prezydentury, jego bardzo duże doświadczenie polityczne, piękna karta z czasów walki z komunistycznym systemem, skrupulatne przestrzeganie ducha i litery konstytucji, polityczna samodzielność i wysiłek podjęty na rzecz zszywania wspólnoty narodowej. Jeśli w tej ostatniej sprawie nie odniósł pełnego sukcesu, to jest to przede wszystkim konsekwencją postawy PiS, kwestionującego prawowitość III Rzeczypospolitej i jej prezydenta.

Kandydat podporządkowany prezesowi

Andrzej Duda jest politykiem młodszego pokolenia, co traktuję jako atut. W kampanii wyborczej pokazał pracowitość i – na ogół – pogodną i sympatyczną twarz. Jest inteligentny, dobrze radzi sobie w mediach. Przyjmuję, że jest dobrze wykształcony. Na tym jednak kończą się jego zalety. W kampanii wyborczej dał liczne dowody demagogii, składając obietnice nie do udźwignięcia przez budżet państwa, i których spełnienie nie zależy od decyzji prezydenta. Pokazał chwiejność poglądów (na przykład w sprawie dopuszczalności stosowania metody in vitro i zaangażowania polskich żołnierzy w wojnie na wschodzie Ukrainy). Wyraźnie też było widać, że pomimo deklarowanej samodzielności politycznej w roli kandydata na prezydenta, ważniejsze dla niego – od uzyskania w opinii publicznej wrażenia, że rzeczywiście jest politykiem samodzielnym – było nienarażenie się Jarosławowi Kaczyńskiemu.

Nie powinno to zresztą dziwić. Duda należy przecież do ugrupowania, w którym istnieje wyraźna i egzekwowana hierarchia władzy. Niełaska prezesa Kaczyńskiego oznacza koniec kariery politycznej w PiS. Moja największa pretensja do Andrzeja Dudy polega na tym, że jest on politycznie podporządkowanym kandydatem na najwyższy urząd w Rzeczypospolitej, wystawionym przez ugrupowanie, które nigdy nie uznało w pełni obecnego polskiego państwa za własne i rozrywa głęboko wspólnotę narodową, zezwalając swym czołowym politykom na głoszenie absurdalnej tezy o zamachu smoleńskim, dokonanym z współudziałem polskich władz. Taki obóz polityczny – moim zdaniem – nie ma moralnego prawa i politycznych kwalifikacji do sprawowania władzy w naszym kraju.

Wybór Bronisława Komorowskiego jest więc dla mnie oczywisty. Pozostaje jednak pytanie, jak to się stało, że w drugiej turze będzie się liczyć każdy głos i że niezmiennie wysokie poparcie dla sposobu sprawowania przez Komorowskiego urzędu prezydenta nie przełożyło się na jego zwycięstwo w pierwszej turze lub przynajmniej wynik bardzo bliski uzyskania 50 proc. głosów.

Czarny PR

Muszę przyznać, że chociaż życzyłem Bronisławowi Komorowskiemu zwycięstwa w pierwszej turze, uważałem je jeszcze przed rozpoczęciem kampanii za bardzo mało prawdopodobne. Wiedziałem, że logika kampanii wyborczej, której zdecydowanym faworytem jest urzędujący prezydent, spowoduje, że jego konkurenci będą atakować przede wszystkim jego. I tak właśnie było w przypadku wyraźnej większości kandydatów. Ten zmasowany atak musiał spowodować obniżenie poparcia dla prezydenta. To zjawisko nie zaskakiwało, natomiast nie przewidywałem skali zorganizowanej wrogości, z jaką spotkał się w tej kampanii prezydent. Wrogości zorganizowanej przede wszystkim przez struktury PiS, stronników Korwin-Mikkego oraz niektóre media propagujące ideę IV Rzeczypospolitej i tezę o zamachu smoleńskim.

Prezydent Komorowski był jedynym kandydatem, którego publiczne, otwarte spotkania były zakłócane przez grupy krzykaczy, wykrzykujących absurdalne hasła w rodzaju: „Raz sierpem, raz młotem w czerwoną hołotę". To przeciwko temu kandydatowi stosowano czarny PR, operujący insynuacją, plotką i zwyczajnym kłamstwem. Wizerunek Bronisława Komorowskiego wyłaniający się z tych zabiegów to człowiek o niejasnej przeszłości w czasach PRL, a w III Rzeczypospolitej obrońca ludzi starego systemu, powiązany podejrzanymi układami z ludźmi starych-nowych służb specjalnych.

Dobrze rozumiem, że samemu Komorowskiemu nie wypadało opowiadać o swej drodze życiowej, ale wydaje mi się, że sztab wyborczy prezydenta nie docenił szkód wyrządzanych przez czarny PR i nie szukał na niego skutecznej riposty. Być może również my – ludzie opozycji antykomunistycznej – nie stanęliśmy na wysokości zadania, nie dając w jakimś zbiorowym wystąpieniu świadectwa prawdzie i oburzeniu niegodnymi metodami walki politycznej. W tej części mojego pokolenia, które w latach 70. czynnie wystąpiło przeciwko systemowi komunistycznemu w Polsce, było niewielu, których wybór był tak jednoznaczny i konsekwentny, jak Bronka Komorowskiego. Płacił zań pobytami w aresztach, wyrokiem więzienia za przemówienie wygłoszone 11 listopada 1979 roku pod Grobem Nieznanego Żołnierza w Warszawie, internowaniem, rewizjami w domu i kłopotami ze znalezieniem pracy zgodnej z jego kwalifikacjami. A teraz ludzie, którzy w większości tamtych czasów nie pamiętają, nazywają go Komoruskim!

Po przełomie 1989 roku obecny prezydent należał do tej części ludzi „Solidarności", którzy uznali, że ze względu na pokojowe oddanie władzy i demokratyczną legitymację uzyskiwaną w kolejnych wyborach środowiska wywodzące się ze starego systemu mają prawo do uczestniczenia w życiu politycznym III Rzeczypospolitej, a ludzi nie można traktować jak obywateli drugiej kategorii. To tyle i tylko tyle. Niegodne ataki na Komorowskiego osobiście mnie dotykały i wystawiały smutne świadectwo naszym politycznym obyczajom.

Głos protestu

Jednak w kampanii prezydenta był element, który mnie nieprzyjemnie zdziwił. Przed przełomem 1989 roku Bronisław Komorowski należał do prawicowej części opozycji. Także w III Rzeczypospolitej sytuował się na centroprawicy. Dobrze rozumiem, że jako głowa państwa, chcąc być prezydentem wszystkich Polaków, pragnie „iść środkiem polskiej drogi", jednak jego naturalną bazą wyborczą byli ludzie o centrowych, centroprawicowych i konserwatywnych poglądach, chociaż oczywiście nie ci, którzy identyfikują się z wizją IV Rzeczypospolitej. Odnoszę wrażenie, że w swej kampanii prezydent zaniedbał starania o ich poparcie, być może uważając, że jest ono oczywiste. Kandydat i jego sztab wykonali za to niemało gestów wobec elektoratu lewicowego światopoglądowo, co mogło zniechęcić część jego konserwatywnych wyborców. Dziwnym pomysłem sztabu kandydata Komorowskiego było wybicie sprawy etycznie trudnej i wcale niejednoznacznej, jaką jest stosowanie metody in vitro jako linii podziału na Polskę światłą i Polskę pogrążoną w mrokach średniowiecza.

Wiem, że Bronisławowi Komorowskiemu będzie trudno walczyć o zwycięstwo. Jestem jednak przekonany, że dobro Rzeczypospolitej wymaga, by to on został prezydentem. Ma wszelkie kwalifikacje, aby także w drugiej kadencji być prezydentem dobrym. Zapewne jednak do priorytetów swej drugiej kadencji powinien dodać działania na rzecz poprawy jakości systemu politycznego. Głosu protestu wyborców Pawła Kukiza nie można zlekceważyć.

Autor jest historykiem i politykiem. W czasach PRL lider opozycyjnego konserwatywnego Ruchu Młodej Polski, w III RP m.in. Unii Demokratycznej, Partii Konserwatywnej i Stronnictwa Konserwatywno-Ludowego

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA