fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Brytyjczycy igrają z ogniem

Nawet sojusz z liberalnymi demokratami nie da liderowi torysów Davidowi Cameronowi większości. Fot. Toby Melville
afp/POOL
Po 230 latach kraj żegna się z systemem dwupartyjnym. Prawdopodobny jest wręcz rozpad królestwa, ale nie wyjście z UE.

Opublikowany na trzy dni przed czwartkowym głosowaniem sondaż YouGov daje laburzystom i torysom po 33 proc. głosów. Jak obliczył „Financial Times", ugrupowanie Eda Milibanda może liczyć na 270 mandatów w 650-osobowym parlamencie, a partia Davida Camerona 274. To zdecydowanie poniżej 325 deputowanych potrzebnych do zbudowania większości. Ponieważ oba ugrupowania idą w sondażach łeb w łeb od wielu miesięcy, nikt się nie spodziewa, aby któreś z nich zdobyło znaczącą przewagę w ostatnich kilkudziesięciu godzinach kampanii.

– Istniejący od końca XVIII wieku system dwupartyjny ostatecznie odszedł w przeszłość – tłumaczy „Rz" prof. Kevin Theakston, dyrektor Szkoły Politologii i Studiów Międzynarodowych University of Leeds. – To wynik głębokich zmian socjologicznych: nie ma już wielkoprzemysłowej klasy robotniczej, podstawy elektoratu laburzystów, nie ma też tradycyjnej klasy średniej, która głosowała na konserwatystów. Społeczeństwo jest bardzo zatomizowane i wybiera różne opcje. Tym bardziej że media stały się niezwykle krytyczne w ocenie świata polityki – dodaje.

Potencjalnym koalicjantem Camerona mogliby być liberalni demokraci, którzy współtworzą z konserwatystami obecny rząd. Jednak partia Nicka Clegga zapewne straci połowę z posiadanych 57 mandatów. Z takim partnerem obecnemu premierowi nadal nie uda się więc zbudować większości w parlamencie.

– Cameron będzie usiłował utworzyć rząd mniejszościowy. Ale to oznacza okres dużej niestabilności, kurs funta w ostatnich dniach mocno się wahał, rynki są niespokojne – mówi „Rz" prof. Andrew Russell, dyrektor departamentu politologii Manchester University.

Objęcie władzy przez laburzystów także nie wróży jednak stabilności. Oni również musieliby utworzyć rząd mniejszości przede wszystkim z powodu spektakularnej klęski w Szkocji, dotychczas tradycyjnego bastionu Partii Pracy.

W północnej prowincji Szkocka Partia Narodowa (SNP) miała do tej pory sześć mandatów. Ale teraz zgarnie zdecydowaną większość spośród 59 miejsc zarezerwowanych dla szkockich deputowanych.

Laburzyści ponieśli klęskę, bo od czasów Tony'ego Blaira ich polityka gospodarcza i społeczna niewiele różni się od konserwatystów, co nie podoba się lewicowo nastawionemu szkockiemu elektoratowi. Szkotom nie spodobał się także zdecydowany sprzeciw Partii Pracy wobec niezależności ich prowincji przed referendum we wrześniu ub.r.

– Zgadzając się na referendum, Cameron uwolnił z butelki dżina nacjonalizmu. W tamtym głosowaniu 45 proc. osób poparło niepodległość, co oznaczało klęskę. Ale te same 45 proc. w wyborach do parlamentu oznacza bezprecedensowe zwycięstwo – mówi prof. Theakston.

Na obu tradycyjnych partiach mści się większościowa, jednomandatowa ordynacja wyborcza, która przez dwa wieki pomagała im utrzymać się u władzy. Teraz ten sam system pozwala Szkotom zgarnąć prawie całą pulę wyborczą.

Nicola Sturgeon, charyzmatyczna liderka SNP, już ostrzegła, że rząd, który zostanie utworzony bez poparcia jej ugrupowania, „nie będzie wiarygodny".

– Zwycięstwo SNP oznacza, że partia ta będzie wymuszała bardzo daleko idącą autonomię dla Szkocji, a nawet pełną niepodległość. Oceniam szansę na rozpad Zjednoczonego Królestwa w ciągu nadchodzących pięciu–dziesięciu lat na przynajmniej 50 proc. – mówi prof. Theakston.

Andrew Russell potwierdza: laburzystom będzie bardzo trudno odzyskać utraconą pozycję w Szkocji. W przyszłym roku w wyborach do szkockiego parlamentu i władz lokalnych SNP zapewne znów odniesie sukces, mocno ugruntuje swoją pozycję w terenie i gdy poczuje dalszy wzrost poparcia, wystąpi o rozpisanie kolejnego referendum – uważa politolog.

Na spektakularny sukces w tych wyborach szykuje się także populistyczna Partia Niepodległościowa Zjednoczonego Królestwa (UKIP). W poprzednim głosowaniu do Izby Gmin w 2010 r. dostała 3,1 proc. głosów, teraz powinno to być aż 14 proc. Elektorat UKIP jest co prawda rozproszony i taki wynik przełoży się na zaledwie kilka mandatów w brytyjskim parlamencie. Jednak wzrost popularności partii Nigela Farage'a na tyle przeraził konserwatystów, że aby powstrzymać dalsze przechodzenie wyborców torysów do UKIP, Cameron sam obiecał, że zorganizuje w 2017 r. referendum w sprawie członkostwa kraju w Unii. Oczywiście o ile utrzyma się u władzy.

– Cameron będzie chciał wcześniej renegocjować warunki członkostwa i choć wiele nie uzyska, będzie zalecał swoim wyborcom głosowanie za pozostaniem we Wspólnocie. Za pozostaniem kraju w Unii jest także bardzo popularny konserwatywny burmistrz Londynu Boris Johnson. Ale wielu innych czołowych torysów będzie starało się wykorzystać tę okazję, aby naprawdę wyprowadzić kraj z Unii – uważa prof. Russell.

Kto postawi na swoim?

Opublikowany w poniedziałek sondaż „Timesa" pokazuje, że 52 proc. Brytyjczyków zdecydowanie lub raczej jest za pozostaniem kraju w Unii, podczas gdy 32 proc. jest temu zdecydowanie lub raczej przeciwnych.

– Referendum będzie poprzedzone szeroką kampanią w mediach, która uświadomi Brytyjczykom, jak fatalne skutki Brexit (wyjście kraju z UE – red.) będzie miał dla naszego handlu, inwestycji zagranicznej, londyńskiego City, bezrobocia. Ludzie się przestraszą i będą głosowali za integracją, choć nie będzie to tak duża większość jak w 1975 r. – uważa prof. Theakston.

40 lat temu 67,3 proc. poddanych Elżbiety II opowiedziało się za pozostaniem w ówczesnej EWG, 32,7 proc. było temu przeciwnych.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA