fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

MON przed ważnym wyborem

Łukasz Kister
materiały prasowe
Zagrożenie militarne stwarzane przez politykę sąsiedniego państwa sprawia, że skończył się czas ślimaczącej się modernizacji polskich sił zbrojnych.

Nie ma już miejsca na ciągle zmieniane plany i niezrealizowane zapowiedzi. Dziś potrzebne jest przeprowadzenie kalkulacji, w jaki sposób można najbardziej efektywnie wzmocnić potencjał polskiej armii, a potem sprawna realizacja określonych zakupów uzbrojenia. Rząd wydaje się to rozumieć, o czym świadczą zapowiedzi finalizacji toczących się procedur przetargowych. Jako optymalne zdolności ofensywne MON właściwie zidentyfikowało rozbudowę zdolności rakietowych, w tym o najskuteczniejsze uzbrojenie dostępne na dziś Polsce, czyli rakiety manewrujące przenoszone przez okręty podwodne.

Parę tygodni temu ujawniona została informacja o intencji zakupu przez MON tego typu pocisków. Mają one podobno, w intencji ministerstwa, stać się głównym orężem w polskim arsenale broni odstraszania. Nerwowe reakcje ze strony rosyjskich ekspertów pokazują, że jest to słuszna decyzja.

Długa droga po tomahawki

Uwaga mediów skupiła się (skupiona została?) na możliwości sprzedaży Polsce przez rząd USA słynnych rakiet Tomahawk. Obecnie jednak Amerykanie łagodnie dają do zrozumienia, że procedura będzie długotrwała i skomplikowana.

Nie tu jednak tkwi problem z zakupem tomahawków. Otóż, zdaniem cytowanych w mediach ekspertów, Amerykanie wyjątkowo rzadko udzielają zgód na eksport tych rakiet, a po ewentualnej sprzedaży zachowują całkowitą kontrolę nad ich użyciem. Jak potwierdza w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej" Andrzej Kiński, redaktor naczelny miesięcznika „Nowa Technika Wojskowa", „w przypadku Wielkiej Brytanii i Hiszpanii to było warunkiem zgody na transakcję". Hiszpania nie zdecydowała się w końcu na zakup tomahawków, także ze względu na skrócony o połowę zasięg maksymalny oferowanych pocisków. Wielka Brytania, dla której nie było to problemem, jest jedynym obecnie użytkownikiem tomahawków poza siłami zbrojnymi USA.

To, co nie przeszkadzało Anglikom, których polityka zagraniczna jest zbieżna z amerykańską, wyklucza się niestety z ideą odstraszania. Odstraszanie, żeby było skuteczne, musi być niezależne i zapewniane w sposób stały. Zasada ta obowiązuje także (a może szczególnie) w przypadku takiego państwa jak Polska. Dlaczego? Ponieważ zakupione rakiety manewrujące będą w służbie przez co najmniej 30 lat. W tym czasie zmieniać się będzie sytuacja geopolityczna w naszym regionie. Zmianie mogą także ulegać obecne sojusze. Państwo polskie nie może więc być uzależnione od innych państw w zakresie decyzji o użyciu swojego uzbrojenia. Dotyczy to również obecnych sojuszników.

Co przeszkadza w takiej niezależności w przypadku tomahawków? Rakiety te zostały zaprojektowane do wykorzystania przez amerykańskie siły zbrojne. Po ich sprzedaży innemu państwu Amerykanie zachowują pełną kontrolę nad kluczowymi aspektami ich użycia. Chodzi tu o trzy kwestie: planowanie trasy lotu pocisków, decyzję o ich wystrzeleniu i łączność z pociskiem w czasie lotu zapewnianą przez amerykańskie satelity. To pierwsze pozwala na kontrolę nad wyborem celów ataku, drugie na kontrolę nad ich odpaleniem, a trzecie umożliwia – w skrajnej sytuacji – zmianę toru ich lotu lub celu ataku. Nie ma tu mowy o żadnej niezależności.

Rakieta – piarowski rekwizyt

Czy tak będzie też w przypadku Polski? Wspomniane doświadczenia innych krajów pozwalają odpowiedzieć twierdząco. Wskazuje na to też ujawniona przez prasę niewielka – 24 sztuki – liczba tomahawków, jaką zamierza kupić MON, i bardzo odległe terminy dostaw – dostawa pełnej partii ma się zakończyć w 2030 roku. Świadczy to o braku wiary MON w ich skuteczność, gdyż polskie nowe okręty będą mogły przenosić wielokrotnie więcej pocisków i będą gotowe do tego znacznie szybciej. Ostatnią wskazówką jest brak jasnej deklaracji MON co do możliwości niezależnego użycia amerykańskich rakiet JASSM zakupionych pod koniec zeszłego roku dla polskich samolotów F-16.

Jeśli nasze państwo uzyska zgodę na zakup rakiet Tomahawk, można założyć, że nie zostaną one pozyskane jako broń odstraszania, bo nie będą mogły się nią stać, ale jako broń interwencyjna. Będzie można ją wykorzystywać, pod dyktando Amerykanów, w interwencjach zbrojnych prowadzonych od naszych granic. Tomahawki odegrają więc dla kierownictwa MON rolę sprawnego przedwyborczego rekwizytu piarowskiego.

To wszystko nie zmienia faktu, że pociski manewrujące są bardzo skuteczną bronią i jedyną taką dostępną dla Polski, ze względów politycznych i technicznych. Co więc robić? Czy Polska może zakupić pociski manewrujące i oprzeć na nich swój system odstraszania?

Jest to możliwe, a zapewniająca niezależność, czyli umożliwiająca odstraszanie, propozycja jest powszechnie znana od połowy zeszłego roku, choć nie trąbią o niej ani media, ani o dziwo MON. Być może dlatego, że wymusza odejście od sloganów o odstraszaniu i pozwala na budowę prawdziwego odstraszania. A to niesie ze sobą odpowiedzialność.

Oferta rządu francuskiego, bo o niej mowa, obejmuje budowę okrętów podwodnych (częściowo w polskiej stoczni) i dostawę pocisków manewrujących NCM (Naval Cruise Missile) będących odpowiednikami rakiet Tomahawk, z paroma istotnymi różnicami. Tam, gdzie tomahawk wymaga zgody administracji amerykańskiej na użycie, do wykorzystania NCM niepotrzebna jest akceptacja Francuzów. Tam, gdzie nasz główny sojusznik zachowuje kontrolę nad przygotowaniem trasy pocisku, Francja oficjalnie deklaruje przekazanie nam odpowiednich narzędzi, abyśmy mogli to robić niezależnie. Tam, gdzie Amerykanie kontrolują do ostatniej chwili łączność z pociskiem, w przypadku NCM nie ma fizycznej możliwości kontroli po jego wystrzeleniu. To samo dotyczy zresztą uzależnienia od systemu GPS, także pod kontrolą USA. Oferta francuska została opracowana pod kątem umożliwienia Polsce niezależności także w innych obszarach, takich jak np. serwisowanie okrętów podwodnych.

Odważna decyzja

Dlaczego Francuzi chcą nam sprzedać broń na takich zasadach? Bo chcą konkurować z faworyzowanymi niemieckimi okrętami podwodnymi, a Polska jest dla nich ważnym sojusznikiem i bardzo ważnym rynkiem. Wbrew pozorom zakup przez nasze państwo danego typu uzbrojenia jest dobrą referencją – jesteśmy krajem należącym do NATO i UE. Drugi powód jest bardziej prozaiczny. Francja zawsze zachowuje niezależność w wykorzystaniu swojego uzbrojenia, nie ma też chociażby sieci satelitów pozwalających na kontrolę pocisków w locie. Uzbrojenie takie jak rakiety NCM jest więc od początku projektowane w taki sposób, który „przypadkiem" odpowiada potrzebom Polski dotyczącym niezależności odstraszania.

Co powinny więc zrobić polskie władze? Moim zdaniem powinny wykorzystać tę szansę i rozpocząć z rządem Francji negocjacje w sprawie zakupu rakiet manewrujących NCM, „towarzyszących" im okrętów podwodnych i pozostałych elementów systemu, pod warunkiem oczywiście zapewnienia niezależności w wykorzystaniu każdego z nich. Przemawia za tym nadrzędny interes państwa.

Dokładnie w taki sposób i z takich samych względów, w drodze negocjacji międzyrządowych, MON zakupił pod koniec 2014 r. amerykańskie rakiety JASSM. Była to niewątpliwie słuszna decyzja. Zakupu udało się dokonać w ciągu roku, a dostawy rakiet mają się rozpocząć już za dwa lata. Tak też MON powinien postąpić w przypadku rakiet manewrujących i okrętów podwodnych.

Po co ten pośpiech? Wszystkie dobre rzeczy mają swój koniec. Otóż pocisków manewrujących w zasadzie nie sprzedaje się innym państwom, a tym bardziej zachowuje się ostrożność w umożliwieniu ich swobodnego użytkowania. Sąsiedztwo Rosji również nie dział na korzyść Polski przy staraniach o zakup. W 2017 r. we Francji odbędą się wybory prezydenckie. Jest wręcz pewne, że François Hollande nie zostanie wybrany na drugą kadencję. Należy się wtedy spodziewać osłabienia woli sprzedaży rakiet manewrujących ze strony nowej francuskiej administracji. Brak pośpiechu sprawi, że Polska przegapi możliwość zakupu uzbrojenia, którego w inny sposób zakupić nie może.

Wiceminister MON podkreślał niedawno w wywiadach, „że możliwość autonomicznego użycia pocisków, bez każdorazowej zgody państwa producenta, będzie »punktem wyjścia« przy wyborze systemu". Czas więc, aby MON zaczął działać w zgodzie z własnymi kryteriami. Z jednej strony odważna decyzja zmieniająca równowagę sił w regionie na korzyść Polski, z drugiej – piarowski rekwizyt. Wybór MON może być tylko jeden.

Autor jest ekspertem ds. bezpieczeństwa Instytutu Jagiellońskiego i doradcą Parlamentarnego Zespołu do spraw Wojska Polskiego

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA