fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sport

Jak cwaniak został frajerem

Stefan Szczepłek
Fotorzepa
Napijcie się „ducha puszczy". Będziecie zadawać ostrzejsze pytania – zachęcał były trener Janusz Wójcik przed spotkaniem promującym jego książkę.
„Duch puszczy" to alkohol przywieziony przez niego z Białegostoku specjalnie na spotkanie. Odbywało się ono w restauracji Sowa & Przyjaciele, znanej też jako studio nagrań. Pod względem marketingowym miejsce idealne. Czerniakowska, róg Gagarina. Niedaleko, na Tatrzańskiej, mieszkał bard Czerniakowa Stanisław Grzesiuk. Dawniej była tu knajpa Sielanka, opiewana w piosence jako „warszawski Maxim". Matecznik cwaniaków, doliniarzy, szopenfeldziarzy, artystów kosy, kompanów Felka Zdankiewicza i kochanków Czarnej Mańki. Ale i duch PRL.
Janusz Wójcik wpisuje się w to środowisko idealnie. Rodowity warszawiak nie tylko bez kompleksów, ale także z poczuciem wyższości oraz świadomością, że jak się frajer trafia, to trzeba go rżnąć. A to się jednak z dawnym kodeksem honorowym warszawskiego fetniaka nieco kłóci. Nikt w ostatnim ćwierćwieczu nie zrobił tyle złego dla wizerunku polskiej piłki co Janusz Wójcik symbolizujący pijaństwo, korupcję poświadczoną przez sąd, cwaniactwo i brak ogłady. Godna uwagi jest także lapidarność trenera pozwalająca mu mobilizować piłkarzy i przekazać im taktykę za pomocą pięciu słów zaczynających się na litery: ch, j, k oraz p.
Środowisko sportowe (a piłkarskie zwłaszcza) zna wiele takich postaci, ale siła rażenia Wójcika jako trenera klubowego, reprezentacji, a potem posła na Sejm była większa. Nie stać go było na refleksję, że jako osoba publiczna powinien dawać przykład, że reprezentuje poważne instytucje, że to się po prostu źle dla niego skończy. Miał poczucie bezkarności, jakie dawało mu poparcie politycznych mentorów, najpierw z partii po nieboszczce PZPR, a potem Samoobrony. Przypominanie w książce niektórych rozmów z nimi nie świadczy najlepiej o elegancji Janusza Wójcika, ale mówi też o jego skłonnościach do konfabulacji. W kilku przypadkach są to osoby wciąż znane i czynne zawodowo. Wspomnienia dotyczą też zmarłych, którzy już nie mogą zareagować.
Książka zatytułowana „Wójt. Jedziemy z frajerami" ma też drugiego autora, dziennikarza „Super Expressu", jednak jego nazwisko litościwie przemilczę. To ofiara własnej niewiedzy i tupetu trenera. Ktoś, kto bezrefleksyjnie podstawił trenerowi mikrofon, z czego Wójcik skwapliwie skorzystał. Powstała więc hagiografia, w której bohater podnosi swoje przywary, polityczny cynizm i przestępstwa do rangi cnót, nie spotykając się z żadną ripostą dziennikarza.
Cwaniactwo warszawskie może mieć sympatyczną twarz Franka Dolasa, który „rozpętał II wojnę światową", ale w przypadku Wójcika możemy mówić o warszawiaku, któremu długo się wydawało, że jest cwaniakiem, aż został frajerem.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA