fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Siatkówka

Mariusz Wlazły: Siatkarz z innego wymiaru

AFP
MVP i najlepszy atakujący turnieju. A wydawało się, że Mariusz Wlazły i reprezentacja to temat zamknięty.
Kiedyś zapytano go, czego się boi. Odpowiedział, że pierwszego tańca na własnym weselu. Na boisku nie bał się nikogo, nie czuł żadnej presji. O nieudanych akcjach zapominał od razu.

Nie wygląda na zabójcę

Dziś zachwycają się nim wszyscy, nawet ci, którzy twierdzili, że Wlazły to już historia i jego powrót do reprezentacji niewiele pomoże drużynie. Nie mieli racji. Wlazły w mistrzostwach rozkręcał się z meczu na mecz, a to, co zrobił w arcyważnych spotkaniach z Brazylią i Rosją, w ostatniej, trzeciej fazie grupowej turnieju, przenosi go w inny wymiar – siatkówki kosmicznej.
Z Brazylią zdobył 31 punktów. Z Rosją, tylko w pierwszych dwóch wygranych setach, potrzebnych, by awansować do strefy medalowej – 17. I zdobywał je w kluczowych momentach, decydujących o ostatecznym wyniku. W meczu o tytuł, choć nie był już tak skuteczny, to on zablokował w newralgicznej akcji pod koniec czwartego seta lidera Brazylijczyków Ricarda Lucarellego. Indywidualne nagrody dla najlepszego zawodnika (MVP) i  atakującego turnieju to piękny dodatek do mistrzostwa świata.
– Kto ma Wlazłego, ten wygrywa – powiedzenie Pawła Papke, kiedyś najlepszego polskiego atakującego, dziś posła, weszło do klasyki.
Na pierwszy rzut oka Wlazły nie wygląda na zabójcę, w jakiego zmienia się na parkiecie. 194 cm wzrostu, szczupła sylwetka, wciąż chłopięca twarz, choć skończył już 31 lat. Ma jednak nieprawdopodobnie szybką rękę, którą zadaje nokautujące ciosy. Kiedy staje w polu zagrywki, piłka leci z szybkością bliską 130 km/h. Potrafi też zatrzymać najgroźniejszego rywala pojedynczym blokiem, a jak na atakującego, broni znakomicie. Gdy nie da się rękoma, to nogą. Tak właśnie wybronił jedną z kluczowych piłek w półfinałowym meczu mistrzostw świata z Niemcami, w katowickim Spodku. – Kto wie, może to była najważniejsza obrona w tym turnieju – powiedział po tym spotkaniu wygranym przez Polaków 3:1 Stephane Antiga.
Francuz kilka lat był kolegą Wlazłego z boiska, nic więc dziwnego, że kiedy został trenerem, pojawiła się nadzieja na powrót najlepszego polskiego atakującego do reprezentacji. Nie grał w niej od mistrzostw w 2010 roku. Polska odpadła wtedy szybko z turnieju rozgrywanego we Włoszech, ówczesny trener Daniel Castellani stracił pracę, a Wlazły odszedł z reprezentacji. Mocno poróżnił się ze związkiem w wielu sprawach organizacyjnych. Przede wszystkim chodziło o ubezpieczenia zawodników. Zarzucał PZPS, że nie interesuje się zdrowiem reprezentantów, oraz że związek nie współfinansuje leczenia kontuzji odniesionych podczas meczów kadry. Do tego dochodziły z pozoru mniej ważne powody, jak kłopoty ze sprzętem sportowym, ale całość sprawiła, że Wlazły w biało-czerwonych barwach grać już nie chciał. I gdyby nie Antiga, nie zagrałby z całą pewnością i w tych mistrzostwach, tak jak nie pojechał  na igrzyska w Londynie. Wtedy jednak ostateczną decyzję podjął poprzedni trener Andrea Anastasi, który najpierw spotkał się z Wlazłym, by rozmawiać o jego powrocie, a później uznał, że tylko popsułoby to atmosferę w drużynie i rozbiłoby ją od środka.
– Za kilka lat okaże się, kto dał komu więcej. Wlazły kadrze czy kadra jemu – mówił inny z reprezentantów, dziś trener, Robert Prygiel, gdy pojawiły się pierwsze poważne rysy na linii zawodnik-PZPS.

Tylko na mistrzostwa

Temat powrotu Wlazłego pojawił się więc dopiero, gdy Anastasi po serii porażek na wielkich turniejach stracił pracę, a propozycję, by go zastąpić, przyjął Antiga, którego Mariusz cenił wyjątkowo i mu ufał.
– Mariusz bardzo długo zwlekał z podjęciem decyzji. Nie naciskałem, tylko tłumaczyłem, jak bardzo jest nam potrzebny. Kiedy wreszcie się zgodził, powiedział, że zagra znów w reprezentacji, ale tylko podczas mistrzostw, a później zakończy karierę – wspomina Stephane Antiga, który od początku wierzył, że powrót będzie udany. Gdy po pierwszych meczach turnieju padały pytania o grę Wlazłego, a w głosach pytających nie było wielkiego entuzjazmu, Antiga zdecydowanie występował w jego obronie. – Mariusz jest w świetnej formie i jeszcze wszystkim pokaże, co potrafi – powiedział na jednej z konferencji prasowych. I Wlazły pokazał.
Zmorą Wlazłego zawsze były kontuzje. Nawet teraz tuż przed mistrzostwami nie było jasne, czy będzie w pełni formy po kolejnym urazie. Był podporą reprezentacji i drużyny klubowej, grał dużo i intensywnie. Jak się okazało, zbyt dużo i zbyt intensywnie. Obserwatorzy Ligi Światowej pamiętają doskonale, jak zwijał się z bólu, leżąc na boisku, gdy notorycznie łapały go skurcze mięśni.
Lekarze długo nie potrafili zdiagnozować przyczyny. Dopiero wizyta u specjalistów w Barcelonie w 2007 roku (pomógł Lozano) rozwiązała w pewnym stopniu problem. Ale pozostał inny. Argentyński trener Polaków uważał, że klub zbyt troskliwie chroni Wlazłego, a Lozano przecież potrzebował go w kadrze. Na zakończonych klęską mistrzostwach Europy w Moskwie (2007) Wlazłego zabrakło. W złotych ME w Izmirze (2009), już pod wodzą Castellaniego, też nie wziął udziału. Był za to na igrzyskach w Pekinie (2008), grał znakomicie, choć ze złamanym kciukiem, ale tam z kolei zabrakło medalu.
Miał być pływakiem, a siatkarzem został przez przypadek. Zaczynał w rodzinnym Wieluniu. W 2003 roku był już mistrzem świata juniorów w drużynie Grzegorza Rysia, obok Michała Winiarskiego, Michała Ruciaka czy Marcina Możdżonka. W Teheranie nie był jednak pierwszym atakującym, pojawił się na boisku w półfinałowym meczu z Bułgarią, gdy Polacy przegrywali 0:1 w setach, a w drugim rywale mieli przewagę. Wszedł, zablokował kilka razy słynnego Mateja Kazijskiego, dołożył kilka ataków i w spotkaniu o złoto nasi młodzi siatkarze zmierzyli się z Brazylią, wygrywając z Canarinhos w wielkim stylu. Po 11 latach historia zatoczyła koło. Brazylia znów przegrała, bo kto ma Wlazłego...
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA