fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Premier, który się aferom nie kłaniał

Rok 2009. Wybucha afera hazardowa, którą miała wyjaśnić komisja Sekuły. (Na zdjęciu przesłuchanie ministra skarbu Aleksandra Grada - stoi z prawej)
Fotorzepa, Darek Golik DG Darek Golik
Taktyka Donalda Tuska: Najpierw konfrontacja, potem rozwadnianie
Ci, którzy liczą, że podsłuchy położą premiera na łopatki, zdecydowanie się przeliczą. Owszem, uderzenie było mocne, ale zawodnik ciągle stoi na deskach. Tyle że nieco otępiały. Jak każdy, kto dostanie niespodziewanie serię ciosów. W końcu to, co ujawniono w aferze podsłuchowej, dotyczy najbliższego bodaj współpracownika premiera Bartłomieja Sienkiewicza. No i sam rząd został tu przedstawiony w fatalnym świetle, a Donald Tusk, by trzymać się bokserskiej metafory, zepchnięty jest dziś do narożnika.

W defensywie

W tak złej formie nie widzieliśmy premiera chyba jeszcze nigdy. Specjaliści od PR zwrócili uwagę na jego mowę ciała. Był wyraźnie spięty, ruszał się nerwowo, twarz zdradzała zmęczenie. Do tego ze stresu chichotał, co sprawiało fatalne wrażenie w zestawieniu z oskarżeniami o zamach stanu stawianymi jak najbardziej na poważnie.
Tylko czy tak potraktowała je opinia publiczna? Śmiem wątpić. Nie ma jeszcze żadnych badań, ale nawet reakcje medialnych kibiców rządu są wstrzemięźliwe. Trudno traktować na poważnie oskarżenia o zamach stanu, kiedy się zna obyczaje panujące w naszej polityce.
Przecież w Polsce wszyscy wszystkich nagrywają. Gudzowaty Oleksego, Michnik Rywina, Serafin kolegów z PSL. No i do tego żyjemy w kraju, gdzie nic się nie da utrzymać w tajemnicy, bo zawsze ktoś ma interes, by chlapnąć coś dziennikarzom. No i kto miałby dokonywać tego zamachu stanu? Rosjanie? Wolne żarty. Ich agenci, co potwierdzają liczne raporty wywiadowcze, na całym świecie działają w białych rękawiczkach i nad wyraz skutecznie. Po co mieliby destabilizować rząd Tuska? Żeby wybory wygrał wyraźnie antyrosyjski PiS? Przecież to się nie trzyma kupy.
Pewnie znajdą się tacy, którzy uwierzą w ów zamach, a może nawet w złowrogie knowania Kaczyńskiego, bo, wbrew temu, co się mówi, także wśród zagorzałych fanów Platformy nie brakuje zwolenników teorii spiskowych. Jednak większość zapewne przytomnie stwierdzi, że cała sprawa jest efektem typowego polskiego bałaganu. Tego, że, jak się wyraził minister Sienkiewicz, „państwo istnieje tylko teoretycznie", bo gdyby naprawdę działało, podsłuchiwanie zwierzchnika służb specjalnych byłoby niemożliwe.
Powiedzmy sobie jasno: jak na dwa dni, które premier miał na przygotowanie się do wystąpienia, nie wypadł przekonująco. Zresztą wydaje się, że tak długie oczekiwanie to błąd, trzeba było wcześniej zacząć działać. Przez cały weekend media i polityczna konkurencja mieliły sprawę, a Platforma bez przekazu dnia od Donalda Tuska nie wiedziała, kto jest wrogiem. Teraz już niby wie, że tajemniczy spiskowcy, ale oni są równie przekonujący jak, excusez-moi, „Szpieg z Krainy Deszczowców", cytując klasyczną już wypowiedź.
No i, co najgorsze z punktu widzenia politycznej taktyki, szef rządu zachował się bardzo defensywnie. Czyli zupełnie inaczej niż w przypadku wcześniejszych afer czy poważnych wpadek rządu. Wtedy radził sobie doskonale, stosując trzy sprawdzone sposoby: ucieczkę do przodu, rozwadnianie lub konfrontację. Oczywiście z PiS. Zresztą najlepsze skutki przynosi połączenie tych elementów. I tak było w 2009 roku, gdy „Rzeczpospolita" opisała aferę hazardową.

Rozbrajanie bomb

To był do tej pory najmocniejszy cios w Donalda Tuska podczas jego dwóch kadencji. Bo i sprawa wyglądała wyjątkowo nieprzyjemnie. Dla tych, którzy nie pamiętają, a przez mnogość różnych afer i aferek platformerskich zapomnieć jest łatwo, krótkie przypomnienie. Centralne Biuro Antykorupcyjne wykryło nielegalny lobbing w sprawie ustawy o grach losowych i niejasne powiązania biznesmenów z branży hazardowej z czołowymi politykami Platformy Obywatelskiej. Chodziło o wielkie pieniądze, bo gdyby udało się wprowadzić niższe dopłaty na cele sportowe od popularnych automatów, oszczędności ich właścicieli sięgałyby dziesiątek, a może setek milionów.
Afera najbardziej obciążała szefa Klubu Parlamentarnego PO Zbigniewa Chlebowskiego i ministra sportu Mirosława Drzewieckiego, którzy prowadzili niedopuszczalne rozmowy z biznesmenem Ryszardem Sobiesiakiem. Pierwszy obiecywał mu załatwienie sprawy, a drugi nawet coś w tej kwestii zaczął robić.
Donald Tusk wykonał wtedy klasyczną ucieczkę do przodu. Zdymisjonował obu polityków, rzucając ich na pożarcie opinii publicznej, a przy okazji zdegradował Bogu ducha winnego Grzegorza Schetynę (w owym czasie ministra spraw wewnętrznych), Andrzeja Czumę (szefa resortu sprawiedliwości), wiceministra gospodarki Adama Szejnfelda, a także swojego ulubieńca Sławomira Nowaka i Rafała Grupińskiego (obu usunął z Kancelarii Premiera).
Te dymisje nie miały w zasadzie żadnego uzasadnienia poza jednym – PR-owym. Premier pokazał, że będzie bezwzględnie czyścił rządowe szeregi z tych, na których padnie choćby cień podejrzenia o niedopełnienie obowiązków (Czuma, Szejnfeld) czy niewłaściwe znajomości (Schetyna, którego łączono z Sobiesiakiem).
Ucieczkę do przodu Donald Tusk połączył z konfrontacją z PiS, dymisjonując Mariusza Kamińskiego, któremu za dobrą pracę należała się raczej nagroda. Premier uzasadnił to jego powiązaniami z partią Jarosława Kaczyńskiego i tym, że szef CBA od dawna szykował zamach na rząd (wtedy zadziałało, bo wiadomo było, komu miałoby to służyć). PiS jak zwykle rękawicę podjął, dając szefowi rządu kolejne argumenty, że to był spisek.
A potem zaczęło się rozwadnianie. Komisja śledcza w dwa lata nie zdołała nic ustalić, a jej przewodniczący, ceniony wcześniej poseł Mirosław Sekuła, zupełnie stracił szacunek opinii publicznej.
Afera hazardowa była poligonem, na którym premier przećwiczył wszystkie najważniejsze techniki rozbrajania politycznych bomb. Wyszedł z niej bez szwanku. Od tego czasu nic nie jest w stanie wysadzić go w powietrze. Przynajmniej na razie.

Podłość PiS

A afera Amber Gold, gdy  rząd ewidentnie nie dopilnował swoich obowiązków (a z najnowszych taśm wiadomo, że szef rządu był o sprawie informowany), przez co tysiące ludzi straciło dorobek całego życia? Z organizatorem tej piramidy finansowej Marcinem Plichtą (a równocześnie właścicielem linii lotniczych OLT) pokazywali się najważniejsi trójmiejscy politycy Platformy. Co więcej, dla podejrzanej firmy pracował syn premiera Michał.
Rozbrajanie tej bomby wyglądało podobnie: najpierw konfrontacja, a potem rozwadnianie. Donald Tusk skupia się na wątku dotyczącym swojej rodziny i przedstawia sprawę jako niebywałą podłość PiS, który w walce politycznej nie waha się atakować jego najbliższych. Po czym okazuje się, że być może odpowiedzialni są jacyś urzędnicy, ale sprawę musi zbadać bardzo niezależna prokuratura, i w końcu nikomu nie spada włos z głowy. A Platformie nie ubywa zwolenników.
A infoafera? Wystarczyło samo rozwadnianie. Opozycja nie potrafi przygotować merytorycznie zarzutów, sprawa jest niejasna, ma wiele wątków, premier mógł więc zbyć wszystko stwierdzeniem, że trwa śledztwo. I choć to on z całą pewnością ponosi polityczną odpowiedzialność za sięgające setki milionów złotych straty i cywilizacyjne zapóźnienia związane z korupcją przy rządowych przetargach na usługi informatyczne (szczególnie bulwersujące jest to, że łapówki brano w MSW), jego wizerunek ani trochę nie ucierpiał. Mimo że skala sprawy jest znacznie większa niż w aferze hazardowej.
Afera stoczniowa – również obciążająca polityczne konto rządu Tuska – to samo. W nagrodę za ewidentne nieprawidłowości przy prywatyzacji stoczni i pogłębienie kryzysu w tej branży (negocjacje z osławionym „katarskim inwestorem") minister Aleksander Grad dostał świetnie płatną posadę w energetyce. A sprawa uległa takiemu rozwodnieniu, że nikt nie pamięta już, o co w niej szło.

Zemsta za Smoleńsk

Ba, Donaldowi Tuskowi udało się wyjść obronną ręką nawet z kwestii odpowiedzialności za katastrofę smoleńską. Wekslując sprawę w stronę konfliktu z PiS (konfrontacja) i rozwadniając przez kolejne raporty, sprawił, że wszyscy już zapomnieli o tym, że ktoś był odpowiedzialny za organizację lotów i że był to ktoś z jego kancelarii. A wszyscy się chyba zgodzą, że stwierdzenie, jakoby loty najważniejszych osób w państwie były dobrze przygotowane, jest nie do obrony. Tymczasem nikt nie poniósł kary za to, że samolot miał wylądować w miejscu, które trudno nazwać lotniskiem, i za to, że BOR tego nie sprawdził.
W tym wypadku nie da się powiedzieć: „Polacy, nic się nie stało", ale można sprawę przedstawić jako efekt nieszczęśliwego wypadku, a domaganie się ukarania winnych jako próbę zemsty PiS za śmierć śp. prezydenta. Gdyby jakiś wysoki urzędnik poniósł jednak karę, oznaczałoby, że coś jednak było nie w porządku po stronie rządu, a skoro to błąd pilota, to poprosimy o ciszę nad tymi trumnami.
Doprawdy nieraz pokazał już Donald Tusk, że jest mistrzem politycznej retoryki i taktyki. Czy dowiedzie tego i teraz? Łatwo nie będzie. Na razie premier przegrywa, ale ma szansę. O ile koło ratunkowe poda mu PiS, szarżując na premiera bez zastanowienia i dając powód, by sprawę znowu przedstawiono w kategoriach kolejnej wojny polsko-polskiej.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA