fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Fałkowski: Dawni bohaterowie mogą odejść

Mateusz Fałkowski
archiwum prywatne
Opozycyjni liderzy instrumentalnie potraktowali dziedzictwo ruchu.
Jakkolwiek brzmi to banalnie i sloganowo – Solidarność istnieje. Co więcej, jej legenda jest tak potężna, że wszelki przyszły masowy zryw oporu będzie 'Solidarności' rozkwitem, choć należy czynić wszystko, co w naszej mocy, by nie był powtórzeniem jej błędów. Społeczeństwo, które chciało sobie koniecznie zafundować Zamek Królewski, na pewno zechce mieć Solidarność, która naprawdę była i jest pożyteczniejsza oraz ważniejsza od, źle zresztą, odbudowanego mieszkania rodziny Wazów" – pisał w kwietniu 1984 roku Roman Zimand.
Sądzę, że miał rację, tj. Solidarność jest ważniejsza od Zamku, choć był zbyt optymistyczny. Nawet wówczas, w połowie lat 80. społeczeństwo polskie w większości tej opinii nie podzielało. A teraz? Czy po 30 latach, w zupełnie innej rzeczywistości, gotowi jesteśmy uznać tamten ruch społeczny, tamte więzi i wartości za przynajmniej tyle warte co warszawski Zamek, by spróbować je przypomnieć, a może nawet w jakiejś mierze odtworzyć?
Oczywiście nie chodziłoby tu o odbudowanie tamtego ruchu z ostatniej dekady PRL na podobieństwo rekonstrukcji Zamku Królewskiego, lecz o próbę przypomnienia wartości, emocji i energii wiążących się z Solidarnością. Warto to zrobić również dlatego, że 25 lat po przełomie roku 1989 potrzebujemy refleksji, co przyniosła, czy też w jakim kierunku w ciągu minionego ćwierćwiecza poprowadziła nas transformacja (na marginesie: skończyła się ona już czy nie?).

Bez krytycznej refleksji

Pytania o społeczne i kulturowe konsekwencje tamtego ruchu mogą być użyteczne w takiej dyskusji. Jako punkt wyjścia przyjmijmy diagnozę pesymistyczną: zdaniem Zdzisława Krasnodębskiego doświadczenie Solidarności zostało zasypane przez empirię 25 lat przemian.
Ireneusz Krzemiński uważa, że po roku 1989 zwyciężyła inna, indywidualistyczna, koncepcja uczestnictwa w życiu publicznym. Obaj związani niegdyś z Solidarnością intelektualiści, a także tacy obserwatorzy jak amerykański politolog David Ost, bardzo różniąc się przecież w wielu sprawach, formułują generalną tezę, że wartości żywe w latach 1980–1981, po 1989 roku przegrały. Dlaczego zatem na powrót mielibyśmy przywoływać Solidarność? Postaram się tu sformułować pewną (cząstkową i na pewno niejedyną możliwą) propozycję odpowiedzi na tak postawione pytanie.
Po roku 1989 zabrakło wyraźnego symbolu uznania dla największego zrywu społecznego w historii
Solidarności nie przywoływaliśmy wystarczająco głośno 25 lat temu. Swego czasu w dyskusji o idei i programie Muzeum Powstania Warszawskiego pojawił się zarzut, że placówka ta nie rozwija krytycznego spojrzenia na sierpniowy zryw. Ktoś odpowiedział, że po długim okresie milczenia – gdy w PRL nie był możliwy hołd powstańcom i nie było też możliwości publicznego wyrażenia uznania dla idei powstania, w III RP zaś zbyt długo takiego muzeum nie było – potrzebujemy najpierw wyraźnego momentu afirmacji powstania i powstańców, by dopiero potem uzupełnić ten obraz pytaniami kwestionującymi jego sens.
Przy wszystkich ogromnych różnicach między powstaniem a Solidarnością problem może być podobny. Przecież zewsząd słyszymy, że Solidarność wygrała i stąd wydawałoby się, że III RP w dużym stopniu odwoła się do przesłania lat 1980–1981. Mimo to przesłanie Solidarności w bardzo małym stopniu przebiło się do życia publicznego w wolnej Polsce, a sama rewolucja 1980 roku nie doczekała się swojego Zamku Królewskiego. Po roku 1989 zabrakło wyraźnego symbolu uznania dla największego ruchu społecznego w historii i wprost przywołania jego doświadczeń. Przywołania Solidarności właśnie, a nie jedynie (notabene będącego niewątpliwym sukcesem Polski) negocjowanego końca komunizmu. Zabrakło symbolicznego początku III RP jako państwa ufundowanego nie na ugodzie Solidarności z komunistami, ale po prostu na Solidarności. Opozycyjni liderzy instrumentalnie potraktowali dziedzictwo, które wyniosło ich do władzy, zaś ich wyborcy, wcześniej szeregowi członkowie ruchu, poświęcili się własnym indywidualnym strategiom adaptacyjnym w schyłkowym PRL i rodzącym się kapitalizmie.
Czy należy się temu dziwić? Raczej nie. Jan Kubik słusznie przypomina, że w każdym ruchu społecznym skarb po jakimś czasie ginie i Solidarność nie jest tu wyjątkiem. W każdym ruchu społecznym ktoś na końcu jest zdradzony. Żaden ruch nie spełnia wszystkich marzeń, każdy w końcu jest niezrealizowaną utopią. To, co było wspaniałe w Solidarności, ale niemożliwe do powtórzenia, to radykalne zmniejszenie podziałów społecznych i zaistnienie jednej klasy kulturowej, z istoty swej nietrwałej. Nie da się łatwo powtórzyć, jak to nazywa Paweł Kuczyński, momentu zakochania, euforii. Podobnie jest z powrotem do więzi tak silnych, jakie cechowały wczesnochrześcijańskie wspólnoty – o czym w odniesieniu do Solidarności pisał Zbigniew Stawrowski.
Powrót do lata 1980 roku jest niemożliwy, nie znaczy to jednak, że tamto doświadczenie nie jest Polakom potrzebne. Z Solidarności powinniśmy czerpać przekonanie, że jesteśmy odpowiedzialni nie tylko za swoje życie, za los swoich bliskich, ale jednocześnie że musimy dbać o los wspólnoty, której jesteśmy członkami, że nasze zwycięstwa i dobrobyt są związane z dobrobytem tej wspólnoty, w której jesteśmy zanurzeni. Dlatego część swojego czasu i energii musimy temu poświęcić.

Kapitał odwagi

Dla polityków przesłanie pierwszej Solidarności jest trudne nie tylko ze względu na jej republikanizm czy religijność, jest też trudne ze względu na jej demokratyczny i prawdziwie obywatelski charakter.
Doświadczenie Solidarności potraktować możemy jako pewien kapitał odwagi cywilnej i politycznej. To był ruch ludzi mających odwagę działać i którzy w bardzo różny sposób zyskiwali tę odwagę. Tę samą odwagę, którą widzieliśmy potem na kijowskim Majdanie. To, na czym polegał fenomen Solidarności, ilustruje i świetnie oddaje hasło z winiety niezależnego pisma „Opinia": „Z własnego prawa bierz nadania". Polacy nagle stali się odważniejsi w praktykowaniu wolności. W 1983 roku autorzy popularnej podziemnej broszury „Mały konspirator" stwierdzali, że „wolność nie jest czymś, w co wystarczy wierzyć. Trzeba ją praktykować". Celne są te słowa. I bardzo aktualnie.
Po 25 latach przemian, myśląc o rozwoju gospodarczym i społecznym Polski, doceniamy już rolę nie tylko surowców, pieniędzy, wiedzy, ale także różnych form kapitału społecznego. Warto więc w tym kontekście powiedzieć: Solidarność jest, a przynajmniej powinna być, naszym kapitałem. Nie tylko w polityce zagranicznej. Ówczesna odwaga działania i twórcza energia mogą i powinny być wzorem między innymi dla innowacyjnego myślenia: w sektorze pozarządowym, instytucjach publicznych i gospodarce.
Przykładem takiego kapitału – częściowo wykorzystanego, a częściowo zmarnowanego „instytucjonalnego skarbu Solidarności" – może być ostatnia próba instytucjonalizacji ruchu – komitety obywatelskie.
Pomimo wszystkich ich słabości i szybkiego zinstrumentalizowania przez tworzące się partie polityczne, okazały się one zdolne do wytworzenia w Polsce w latach 1989–1990 kontrelit, zwłaszcza na poziomie lokalnym. Reforma samorządu terytorialnego, która w znacznej mierze warunkowała sukces Polski w transformacji w porównaniu z innymi państwami postkomunistycznymi, była możliwa dzięki Solidarności.

Parasol dla niezależnych działań

Rewolucja lata roku 1980 przerwana 16 miesięcy później stanem wojennym sprzyjała różnym formom demokracji bezpośredniej również poza samym związkiem zawodowym. Wiele inicjatyw, często luźno związanych organizacyjnie z samą Solidarnością, bez niej by wówczas nie powstało. Ów tajemniczy „skarb Solidarności" nie ograniczał się bowiem do wyartykułowania pewnych wartości, wzmocnienia więzi społecznych i doświadczenia wspólnoty. Ruch społeczny działający w formule związku zawodowego okazał się potężnym parasolem dla różnego typu niezależnych działań podejmowanych przez jednostki i grupy nieformalne, jak również przez oficjalnie istniejące i akceptowane przez władze organizacje.
Również i dzisiaj ów solidarnościowy kapitał może, jeśli zechcemy, działać na rzecz dobrego państwa i dobrego rządzenia, w ramach którego państwowe instytucje włączałyby w procesy rządzenia partnerów pozarządowych, związkowych i prywatnych. Konieczne są stabilne instytucje, które pozwolą lepiej amortyzować konflikty i różnice interesów.
Do budowy takich instytucji cenna może okazać się refleksja nad mechanizmami działania zbiorowego w schyłkowym PRL. Głównym kapitałem nie są przy tym w żadnym razie niegdysiejsi liderzy ruchu, wtedy odważni opozycjoniści, a którzy w III RP w różny sposób, często bardzo spektakularnie, rozczarowali. To, co jest tym kapitałem, to odwaga cywilna tysięcy Polaków, by działać i „z własnego prawa brać nadania".
Solidarność może być rozumiana jako szczególnego rodzaju instytucja: norma odwagi i działania. Powrotu do tej normy potrzebujemy również i dzisiaj.
Autor współprowadzi grupę badawczą „Solidarność – Nowe podejścia do analizy ruchu społecznego" w ISP PAN i w Collegium Civitas, a także jest stałym współpracownikiem ?„Kultury Liberalnej"
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA