fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Lawinowy demontaż systemu

Zbigniew Gluza
Fotorzepa, Dominik Pisarek Dominik Pisarek
Zwrot '89: To nie była rewolucja, bo ta wymaga zbiorowego w niej udziału.
Mija dokładnie 25 lat od zwrotu '89. Co się wtedy wydarzyło? Skoro od tego momentu przeobraziło się w Polsce wszystko, ważne, na czym ten zwrot polegał. Do dzisiaj ani historykom, ani politologom nie udało się znaleźć pojęcia, które opisywałoby przełom.
Nie było rewolucji, bo ta wymaga masowego akcesu lub choćby zdeterminowanych oddziałów, a tu zabrakło zbiorowej woli. Nie było przewrotu pałacowego czy zamachu stanu, bo tych nie można dokonać drogą negocjacji. Nie było abdykacji, choć władze pochodziły z namaszczenia systemu, a widząc jego słabość – mogłyby same ustąpić. Nie było zmowy elit, skoro te nie miały wspólnego interesu.
Zasadniczy zwrot nastąpił w Polsce w okresie luty–wrzesień 1989 z apogeum 4 czerwca. Tego dnia społeczeństwo poparło elitę opozycyjną, która stała się alternatywą dla dotychczasowej władzy. Właśnie ona, spontanicznie tworząca się od kilkunastu lat – elita opozycji dokonała skutecznego naruszenia systemu – ten nie zareagował obronnie i od tej chwili ruszył lawinowy demontaż ustroju.
Rok 1989 zmienił Europę Środkowo-Wschodnią. W styczniu zapowiedzi zmian systemowych były śladowe; w grudniu – nowy niepodległy byt stał się rzeczywistością Polski, Węgier, Czechosłowacji; również w NRD, Bułgarii, Rumunii i republikach bałtyckich ZSRR wizja zmian ustrojowych była mocna. Wyraźnymi etapami dokonującego się procesu stały się kolejne pory tamtego roku.

Zima – skrajna apatia

Interpretację procesu podpowiada Hanna Świda-Ziemba (socjolożka, wnikliwa obserwatorka Peerelu), która tuż przed Okrągłym Stołem (styczeń/luty 1989 r.) pisała w osobistym dzienniku: „Naród dzieli się teraz głównie na »polityków« i resztę, ogromną milionową większość. »Politycy« to wszystkie odłamy establishmentu (politykujące) i wszystkie odłamy opozycji. Żywię obawę, że jedni i drudzy (zwłaszcza drudzy) nie wiedzą, jak są wyalienowani. [...] »Reszta« nieufna, egotyczna, idąca swoją drogą, już nie do pozyskania przez jednych i drugich" („Karta" nr 77).
Jeszcze w styczniu zapowiedzi zmian były śladowe; w grudniu – nowy niepodległy byt stał się rzeczywistością Polski, Węgier, Czechosłowacji
W istocie społeczeństwo polskie zachowywało w początkach roku skrajną bierność. Próby jego uaktywnienia podejmowane przez opozycję od września 1986, czyli ostatniej amnestii w Peerelu, nie dawały niemal żadnych efektów. Elita antysystemowa nie potrafiła już przywrócić solidarnościowych postaw Polaków.
Na tę elitę największy wpływ mieli trzej ludzie: Jacek Kuroń (strateg formacji), Karol Wojtyła (od listopada 1976 r. popierający KOR, a jako papież – ruch „Solidarność") i Lech Wałęsa (przywódca „S" i Komitetu Obywatelskiego). Dwaj pierwsi niekierujący się potrzebą zdobycia władzy tworzyli warunki, w których do przełomu mógł poprowadzić trzeci.
Opozycyjni „politycy" to u progu 1989 roku kilkaset osób. Przy ówczesnej apatii społeczeństwa – nie mieli się na kogo oglądać; sami musieli wybrać drogę.
„Politycy" nie byli politykami – ani oficjalni, ani opozycyjni. Rządzili funkcjonariusze systemu, bezkształtni, bezideowi, zależni od wschodniego mocodawcy – w ich rękach państwo traciło właśnie wszelką sterowność; mogli się jeszcze odwołać do siłowej obrony władzy, ale doświadczenie stanu wojennego już nie zachęcało. Obie strony stanęły na rozdrożu. Zdecydować musieli opozycjoniści, niemający mocnego zaplecza ani w kraju, ani poza nim, świadomi zapaści gospodarczej i geopolitycznego ryzyka.
Zimą przy Okrągłym Stole dochodzi do uzgodnień obu ścierających się dotąd stron. Władze, nie potrafiąc już opanować kryzysu państwa, dopuszczają publiczny głos opozycyjnej elity, która – przesuwając ostrożnie granice kompromisu – wykorzystuje szansę na realny zwrot. Wraz z końcem zimy dookreślone zostają warunki eksperymentu: wpuszczenia w struktury dotąd ściśle komunistyczne przedstawicieli opozycji. Władze z jakiegoś powodu się łudzą, że społeczeństwo jest po ich stronie i zmiany będą łagodne.

Wiosna ?– szok plebiscytu

Przełom kwietnia i maja budzi aktywniejszą (niewielką) część społeczeństwa, która skupia się wokół zadań kampanii kontraktowych wyborów, a już w czerwcu staje się jasne, że wynegocjowana ugoda to nie naskórkowa zmiana, ale wstrząs ustroju, na który komuniści – wbrew całej swej praktyce – nie reagują obronną agresją.
Wynik plebiscytu ustrojowego 4 czerwca zaszokował wszystkich. Jerzy Urban, rzecznik gasnącego rządu, mówił o następnym dniu: „Rano po wyborach zaproszono mnie na posiedzenie Biura Politycznego [KC PZPR]. Czarzasty, nasz orzeł od kampanii wyborczej, który jeszcze poprzedniego dnia się martwił, by zwycięstwo PZPR nie było zbyt przytłaczające, zreferował wyniki – masakra. Napisałem na kartce oświadczenie o przegranych wyborach oraz zaakceptowaniu ich wyników przez partię i kartkę tę podałem Jaruzelskiemu. Jaruzelski głośno ją odczytał i wtedy przeżyłem największy wstrząs. Jaruzelski zapytał, czy są uwagi. I nikt nie miał żadnych. Oddanie władzy nastąpiło więc bez dyskusji" (Teresa Torańska, „Byli").
Opinia społeczeństwa objawiona w wyborach czerwcowych stanowiła raczej wyraz frustracji niż nadziei. Nie cieszono się po wykreśleniu komunistów, widać głos przeciw nim rozumiano jako karę dla władzy, nie zaś znak otwierających się perspektyw. Społeczeństwo wsparło opozycję, a potem przyglądało się sceptycznie, co ta zrobi z poparciem. Chociaż od razu opozycyjnych zwycięzców obarczano odpowiedzialnością, raczej nie wierzono w skuteczność nowych działań.
Kilkuset inteligentów i światlejszych robotników nie złamałoby w Polsce komunizmu, gdyby wcześniej nie zdarzyły się masowe akty niezależności: w 1979 roku wspólny z papieżem Janem Pawłem II, 1980/1981 wspólny z „Solidarnością". W 1989 roku już sama wizja ponownego ożywienia społeczeństwa wystarczyła, by pezetpeerowcy nie odważyli się znów na siłowe ratowanie władzy, a Sowieci – jeszcze w kwietniu w Tbilisi pokazujący metalowymi pałkami, kto rządzi – zaczęli udawać wrażliwych na racje społeczne. Nagle ku powszechnemu zaskoczeniu polskiej elicie opozycyjnej los dał złoty róg, a ta nie zmarnowała okazji.
Pierwsza połowa 1989 roku rozegrana została w Peerelu. A wokół etap schyłkowy systemu komunistycznego z głównymi jego cechami – arogancją i brutalnością władzy (jak w NRD, Czechosłowacji czy właśnie Gruzji), katastrofą gospodarczą, apatią społeczną i powszechnym poczuciem beznadziei. Konieczność zmian była już oczywista, lecz komuniści mogli nadal zdusić każdy osobny objaw buntu. 4 czerwca Polska określiła drogę, wyznaczając całemu regionowi punkt zwrotny.
Od tego momentu rusza lawina. Z końcem wiosny na Węgrzech zostaje wypowiedziany jednoznacznie i z mocą postulat całkowicie wolnych wyborów. Z czasem staje się jasne, że Sowieci przełkną i to.

Lato ?– czas rewolucyjny

Po czerwcu historia przyspiesza – kolejne miesiące w Polsce z ewolucji przechodzą w czas rewolucyjny. 4 czerwca był niezbędny jako dowód, że taki akt wolności nie wywoła – jak zawsze dotąd w bloku sowieckim – bezwzględnej kontry, wobec której siły społeczne są bezradne. Skoro Kreml uznaje polskie wybory, wschodnioeuropejskie społeczeństwa wchodzą do gry.
Latem następują dwie potężne symboliczne manifestacje, których przebieg zapowiada kres bloku sowieckiego. Między czerwcem a wrześniem węgierscy komuniści otwierają granicę węgiersko-austriacką, dokonując spektakularnego wyłomu w żelaznej kurtynie. A 23 sierpnia, w 50. rocznicę paktu Ribbentrop-Mołotow, w proteście przeciw jego skutkom, 2 miliony obywateli Litwy, Łotwy i Estonii tworzą 600-kilometrowy „łańcuch bałtycki" – od Wilna do Tallina. Sowieci nie reagują.
Gdy z końcem lata ustanowiony zostaje w Polsce rząd z premierem Tadeuszem Mazowieckim, staje się jasne, że komuniści oddają pole.

Jesień ?– sztafeta narodów

Od lata społeczeństwa bloku sowieckiego biegły w prawdziwej sztafecie. Nie porozumiewając się wprost, nie zwołując się do działania i nie uzgadniając dat – kolejno przekazywały sobie pałeczkę. Akcja kończona w jednym kraju płynnie przenosiła się do następnego. Po wiośnie Polaków, lecie Węgrów i „łańcuchu bałtyckim", jesień była Niemców (NRD), Czechów, Słowaków i Bułgarów. W końcu roku radykalnej zmiany doświadczyli też Rumuni.
O Czechosłowacji zbuntowanej w listopadzie mógł powiedzieć Václav Havel: „Nasza rewolucja przyszła co prawda jako jedna z ostatnich, ale za to przebiegała szybciej niż inne i w jakimś sensie była też radykalniejsza – nie mieliśmy żadnych pieriestrojkowych czy reformatorsko-komunistycznych interludiów, ale od razu, po kilku dniach, zaczęliśmy budować normalne społeczeństwo demokratyczne" (Vaclav Havel „Tylko krótko, proszę"). Tak, ale był to koniec, a nie początek procesu.
Nie było jesieni narodów jako wydzielonej pory roku. Dla przełomu istotny był cały rok 1989. A rozstrzygała w nim wiosna, której znaczenie i w Polsce nie jest w pełni docenione.
Dzisiaj ci, którzy sprzeciwili się komunizmowi, mogą czuć satysfakcję. Upadł system, który większość uznawała za niezniszczalny.
Autor, w okresie PRL działacz opozycji demokratycznej, jest redaktorem ?oraz szefem Ośrodka KARTA
Ośrodek KARTA opracował publikację „1989. Koniec systemu", ?która potwierdza w szczegółach przedstawiony tu obraz roku. ?Zapis ten dostępny jest na stronie: www.karta.org.pl.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA