fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Ukraina a euro w Polsce

Fotorzepa, Małgorzata Pstrągowska Mał Małgorzata Pstrągowska
Wydarzenia na Ukrainie powinny być silnym bodźcem do reaktywowania dyskusji na temat kosztów i korzyści wynikających z członkostwa Polski w strefie euro – uważa Andrzej Wojtyna, były członek RPP.
Wydarzenia na Ukrainie powinny być bardzo silnym bodźcem do reaktywowania dyskusji na temat kosztów i korzyści wynikających z członkostwa Polski w strefie euro. Można być jednak prawie pewnym, że – paradoksalnie – temat ten będzie zajmował odległe miejsce nawet na liście problemów poruszanych w kampanii przedwyborczej do Parlamentu Europejskiego. W życiu publicznym trudno jest bowiem znaleźć chętnych do zainicjowania dyskusji nad jednym z najważniejszych strategicznych dylematów Polski. Do przyjęcia roli gospodarza takiej dyskusji nadal nie kwapi się Narodowy Bank Polski, o czym świadczy niedawny wywiad prof. Marka Belki dla „Gazety Prawnej". Niechęć ta wynika w dużej mierze z niekorzystnych sondaży w sprawie wejścia do strefy euro. Można jednak sądzić, że przy zbudowaniu odpowiedniej argumentacji i umiejętnym przedstawieniu jej w trakcie już rozpoczętej kampanii wyborczej, sytuacja na Ukrainie stwarza szansę na odbudowanie poparcia społecznego dla idei członkostwa Polski w Unii Gospodarczej i Walutowej.

Rola emocji

Ważną początkową przyczyną burzliwych politycznych zmian na Ukrainie była frustracja społeczna wynikająca z wycofania się władz z podpisania umowy stowarzyszeniowej z UE. Pokazuje to, jak dużą wagę społeczeństwo Ukrainy przywiązuje do zakotwiczenia przyszłości swojego kraju w instytucjonalnych strukturach integracji zachodnioeuropejskiej. Można też przyjąć, że znaczna część społeczeństwa Ukrainy zazdrości nam takiego zakotwiczenia.
Odpowiednikiem ukraińskich aspiracji do zawarcia traktatu stowarzyszeniowego z Unią powinno być dążenie Polski do członkostwa w zreformowanej strefie euro
Reakcja psychologiczna w Polsce wydaje się dwojakiego rodzaju. Pierwsza polega na budowaniu w sobie wyższościowego przekonania o stabilności i dojrzałości naszych struktur politycznych i gospodarczych, co siłą rzeczy prowadzi do zadowolenia ze status quo. Druga reakcja, prawdopodobnie dużo rzadsza, polega na pojawieniu się wątpliwości, czy przypadkiem konieczność silniejszego zakotwiczenia kierunku przemian systemowych nie jest równie ważna w Polsce, nawet jeśli stopień zaawansowania transformacji jest u nas zdecydowanie większy. W tym przypadku odpowiednikiem ukraińskich aspiracji do zawarcia traktatu stowarzyszeniowego powinno być dążenie Polski do pozostania w głównym nurcie integracji europejskiej, co w praktyce oznacza członkostwo w zreformowanej strefie euro.
Przed obecnym światowym kryzysem finansowym można było liczyć na to, że mało rozsądne pomysły gospodarcze, chętnie zgłaszane przez polityków, zagoszczą tylko w czasie kampanii wyborczej, a po wyborach ogólny prorynkowy kurs przemian zostanie utrzymany. W wyniku kryzysu spektrum akceptowanych poglądów ekonomicznych wyraźnie się poszerzyło, a wraz z nim wzrosło ryzyko, że partie polityczne będą starały się wprowadzać swoje pomysły w życie. Inaczej mówiąc, wcześniejszy prorynkowy czy antyetatystyczny konsens był na tyle silny, że potrzeba zewnętrznego zakotwiczenia instytucjonalnego była znacznie mniejsza. Jak pokazują jednak doświadczenia Węgier pod rządami Orbana, a także podejmowane w Polsce działania zmierzające do rozmontowania lub osłabienia instytucji gospodarki rynkowej, konieczność silnego zakotwiczenia dorobku polskiej transformacji nabiera priorytetowego znaczenia. Dobrze jest mieć też na uwadze przykład Turcji, która 2–3 lata temu zachłysnęła się swoją odpornością na kryzys i straciła nawet zainteresowanie członkostwem w UE, a obecnie musi bronić stabilności makroekonomicznej.
Zgodnie z „mądrością" powinniśmy być dumni z pozostania poza głównym nurtem integracji europejskiej
Znalezienie się w rdzeniu integracji zachodnioeuropejskiej, czyli w grupie krajów, które będą w przyszłości szybciej intensyfikowały więzy gospodarcze i które najprawdopodobniej będą też niebawem miały odrębny budżet, daje największe szanse na zapewnienie długookresowej instytucjonalnej stabilności naszego systemu politycznego i gospodarczego. Jeśli są lepsze projekty, to należy je przedstawić i porównać pod względem kosztów i korzyści. Ekonomiści – niezależnie, czy w roli naukowców, czy w roli decydentów – muszą pamiętać, że trwanie przy status quo oraz odsuwanie w czasie dyskusji i decyzji też rodzi często wysokie skumulowane koszty, nawet jeśli na bieżąco nie potrafimy ich dobrze policzyć.

Jakie warunki?

Wyrażone w wywiadzie prasowym stanowisko prezesa NBP w sprawie perspektyw członkostwa Polski w strefie euro jest rozczarowujące przede wszystkim ze względu na to, że brak w nim elementów myślenia strategicznego. Trudno bowiem uznać za taki element propozycję, aby zwolniono Polskę z obowiązku uczestnictwa w ERM II, co wymagałoby zmian traktatowych, a niezależnie od tego wywołałoby sprzeciw krajów, które ten warunek musiały spełnić. Jeśli natomiast prezes wierzy w siłę perswazji wobec instytucji unijnych, to dużo bardziej pragmatycznym i obiecującym rozwiązaniem byłoby przekonanie EBC do znacznie większej pomocy technicznej w określeniu właściwego kursu wejścia do ERM II oraz do silniejszego zaangażowania się w utrzymanie go w dopuszczalnym paśmie wahań. W tym kontekście należy też zauważyć, że podany w wywiadzie przykład Słowacji jest raczej chybiony, jeśli chodzi o rzekome niekorzystne skutki presji aprecjacyjnej. Po pierwsze, typową strategią było wchodzenie nowych krajów do korytarza z podwartościowym kursem. Po drugie, Słowacja od 2010 r. ma dodatnie saldo w bilansie handlowym, a w 2012 r. zanotowała także nadwyżkę na rachunku bieżącym (2,3 proc.  PKB), która, jak ocenia MFW, utrzyma się i będzie nawet stopniowo rosła w horyzoncie projekcji, osiągając w 2018 r. 4 proc. PKB. Podobna ocena dla Polski przewiduje utrzymywanie się deficytu w wysokości 3–4 proc. PKB.
Luźne, a mocno kontrowersyjne propozycje i uwagi prezesa banku centralnego na temat tak strategicznej kwestii można by jeszcze próbować usprawiedliwić, gdyby istniał aktualny dokument czy raport NBP, który zawiera wyważoną analizę kosztów i korzyści członkostwa w UGW i do którego można by czytelnika odesłać. Co ciekawe, propozycja prezesa NBP jest sprzeczna ze stanowiskiem przyjętym przez RPP w „Założeniach polityki pieniężnej na rok 2014", jedynym oficjalnym dokumencie, który nawiązuje do tej kwestii. Można tam przeczytać, że zobowiązanie Polski do dążenia do pełnego uczestnictwa w trzecim etapie UGW „musi być w szczególności poprzedzone uczestnictwem w ERM II". Pojawia się więc ciekawy problem „wewnątrzinstytucjonalny": w jakim stopniu prezes NBP wypowiada się w imieniu RPP i w imieniu zarządu NBP.
Ekonomiści muszą pamiętać, że trwanie przy status quo oraz odsuwanie w czasie dyskusji i decyzji rodzi często wysokie skumulowane koszty
Rada Polityki Pieniężnej ma już za sobą 2/3 kadencji. Wydaje się, że nadszedł odpowiedni czas, aby zajęła ona stanowisko w sprawie członkostwa Polski w strefie euro. Powinno ono przybrać formę odrębnego dokumentu, zdecydowanie wykraczającego poza lakoniczne stwierdzenie zawarte w „Założeniach polityki pieniężnej". Trzymanie się przyjętej formuły oznacza, że ani obecna, ani następna RPP nie będzie się musiała z tym wyzwaniem zmierzyć, ponieważ łatwo będzie pokazać, że warunki postawione strefie euro w „Założeniach" nie są spełnione, bo np. „ostateczny jej kształt instytucjonalny nie będzie znany". Niezależnie od przygotowania własnego dokumentu obecna Rada powinna zwrócić się do prezesa i do zarządu NBP o przygotowanie przez ekspertów raportu na temat korzyści i kosztów członkostwa, który będzie uwzględniał doświadczenia obecnego kryzysu światowego i przede wszystkim kryzysu w strefie euro oraz podjęte kierunki zmian instytucjonalnych.

Zadania nowej rady

Niezależnie od tego, czy RPP zdecyduje się przyjąć odpowiedni dokument strategiczny i następnie spotkać się w tej sprawie z premierem i ministrem finansów, to i tak za dwa lata powołana zostanie nowa Rada. Nawet więc jeśli obecna Rada wypowiedziałaby się jednoznacznie za wyraźnym przyspieszeniem działań, to i tak kluczowe decyzje będą już podejmowane przez Radę IV kadencji. Konieczne staje się więc podjęcie równoległych prac legislacyjnych, dzięki którym zmniejszy się ryzyko ograniczenia niezależności RPP i NBP. Utrzymanie, a nawet wzmocnienie tej niezależności jest niezbędne, jeśli przez co najmniej kilka lat bank centralny ma być substytutem zakotwiczenia stabilności kraju poprzez członkostwo w UGW. Prace te, zmierzające ogólnie w kierunku umocnienia apolityczności organom NBP, powinny dotyczyć: a) stworzenia zabezpieczeń przed możliwością zmiany liczby członków RPP w trakcie kadencji; b) sprecyzowania i upublicznienia wymogów, jakie muszą spełniać kandydaci na członków RPP i prezesa NBP i c) wprowadzenia mechanizmu obowiązkowego opiniowania kandydatów przez środowisko ekonomistów. Jeśli to by się nie udało, to należy rozważyć zastosowanie rozwiązania uniemożliwiającego, aby wszyscy kandydaci byli zgłaszani przez partie koalicji rządzącej.
Można mieć nadzieję, że dzięki zastosowaniu niekonwencjonalnej wersji niekonwencjonalnego narzędzia w postaci forward guidance RPP znajdzie obecnie więcej czasu na zajęcia się kwestiami o charakterze strategicznym. Członkostwo w UGW oraz status prawny organów NBP to też narzędzia, choć pośrednie, realizacji celów stabilności cen i stabilności finansowej, w związku z czym troska prezesa NBP o pieniądze podatników nie jest akurat w tym przypadku uzasadniona.
Deficyt czy atrofia myślenia strategicznego nie dotyczy oczywiście tylko NBP. Jeszcze silniej jest ona widoczna w przypadku rządu. Niemniej jednak ze względu na zapisy konstytucyjne i ustawowe, które dają mu niezależność od przebiegu cyklu wyborczego, NBP ma szczególny obowiązek szukania długookresowych, korzystnych dla gospodarki rozwiązań instytucjonalnych. Niezależnie od potrzeby silniejszego zaangażowania się NBP w promowanie dyskusji na temat przystąpienia do strefy euro, potrzebne jest też myślenie o stworzeniu instytucji, w której koncentrowałyby się strategiczne prace nad przyszłością Polski w różnych wymiarach integracji europejskiej. Z perspektywy czasu i wobec długookresowych wyzwań warto się zastanowić, czy uzasadnione było włączenie Urzędu Komitetu Integracji Europejskiej w strukturę MSZ. Być może należałoby przywrócić tę instytucję jako organ państwowy (a nie rządowy) odpowiedzialny za myślenie strategiczne o sprawach europejskich.
W świetle wydarzeń na Ukrainie warto ponowić postulat, aby prezydent RP poprosił prezesa NBP o przygotowanie w ciągu roku nowego raportu na temat perspektyw członkostwa w UGW i zainicjowanie nad nim szerokiej publicznej debaty, także w Sejmie i Senacie. Decyzja w tej sprawie jest ważniejsza nawet niż w sprawie losów OFE i powinna być przedmiotem wnikliwych analiz i dyskusji. Jak dotąd strategiczne myślenie władz zatrzymało się na wygodnej reakcji z początku kryzysu w strefie euro. Przyjętą „mądrość obiegową" można określić jako nowy wariant metafory „zielonej wyspy" – tym razem odniesionej do ogólnej stabilności politycznej i gospodarczej. Zgodnie z tą nową „mądrością" powinniśmy się cieszyć, a nawet być dumni z pozostania poza głównym nurtem integracji europejskiej. Do tego dochodzą ostatnio nowe wypowiedzi urzędników państwowych, że właściwie Polska nie powinna już być zaliczana do grupy gospodarek wschodzących. Dobrze jednak pamiętać, że przyjęcie tego sposobu myślenia oznacza prawdopodobnie pogodzenie się z perspektywą ok. 3-procentowego długookresowego wzrostu gospodarczego oraz niższego poziomu bezpieczeństwa gospodarczego i politycznego. Tak więc kraje wysoko rozwinięte będziemy przypominać tempem wzrostu, ale nie poziomem dochodów.
Autor jest kierownikiem Katedry Makroekonomii Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA