fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wywiady i opinie

Rozkosz polityków

Fotorzepa, Waldemar Kompala Waldemar Kompala
Pani prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego, prof. Elżbieta Mączyńska, powiada tak: „Nie ma mowy o dalszym podążaniu w kierunku państwa minimum, zakończyło się państwo maksimum. Budujemy coś co można określić mianem państwa optimum”. Myśl niebanalna i syntetyczna. Ale według mnie również nieprawdziwa.
Po pierwsze, nie wydaje się, by Polska kiedykolwiek podążała w kierunku państwa minimum, a już na pewno nie czyni tego od co najmniej 10 lat. Ale nawet w pierwszych latach transformacji modne było określenie: społeczna gospodarka rynkowa, która oczywiście nie ma nic wspólnego z państwem minimum. Zresztą o jakim państwie minimum mówimy, jeżeli skala redystrybucji nie spadła nigdy poniżej 40 procent.
Teraz zastanówmy się, czy rzeczywiście „budujemy państwo optimum".  Czy w państwie optimum tak optymalne jest, że ponad połowa mieszkańców jest  uzależniona od niego materialnie? Jeśli zsumujemy liczbę emerytów, rencistów, osób zatrudnionych w sektorze publicznym i firmach kontrolowanych przez państwo, różnych świadczeniobiorców, a także tych rolników, dla których istotnym źródłem gotówki są dopłaty unijne, z pewnością będzie to z rodzinami z 20 mln ludzi.
Czy faktycznie to państwo optimum  w samej administracji zatrudnia pół miliona ludzi?
Czy optymalne jest państwo, w którym z każdej wypracowanej złotówki wartości dodanej pracujący  i przedsiębiorcy muszą oddać państwu niemal połowę?
Czy optymalne jest państwo posiadające  największe firmy  produkcyjne i usługowe kraju z tak różnych dziedzin jak bankowość, ubezpieczenia, przemysł wydobywczy, energetyka, rafinerie, transport, łączność?
Czy to jest państwo optimum, w którym  co roku Dziennik Ustaw liczy ponad  15 tysięcy stron, a Monitor Polski   ponad tysiąc pozycji o objętości nieznanej, ale z pewnością liczonej też w dziesiątki tysięcy stron?
Oczywiście można powiedzieć: tak jest, to jest właśnie państwo optimum. Tylko warto wówczas powiedzieć też B. To B, to jest zgoda na nieefektywność, korupcję, nepotyzm, biurokrację w skali lokalnej i państwowej. Zgoda na wolniejszy wzrost gospodarczy, brak motywacji  i środków  na inwestycje. Zgoda na brak konkurencji i wyższe ceny. Na drenowanie sektora prywatnego przez publiczny. Na szarą strefę obejmującą ćwierć  gospodarki.
Bardzo często w różnych tekstach można znaleźć opinię, że chcemy więcej państwa. Oczywiście używanie formuły „my" jest nadużyciem. Są tacy, którzy  nie chcą ingerencji państwa w ich życie, nie podoba im się jego aktywność gospodarcza, mają dość biurokracji etc.   Zresztą, wcale nie jest łatwo znaleźć rezultaty takich badań, wiele zależy od postawionych pytań, a  interpretacje dziennikarzy i publicystów często stają się nadinterpretacjami. Na przykład z Diagnozy Społecznej wynika, że  ponad połowa Polaków uważa, że reformy po 1989 roku nie udały się, a tylko 11,6 procent – że udały się. Ale na pytanie CBOS, czy warto było zmieniać ustrój   pozytywnie odpowiada 59 procent, a negatywnie tylko 25 procent. Ciekawe , ale średnio spójne.
Z Diagnozy Społecznej wynika też, że tylko jedna czwarta Polaków jest usposobiona nieegalitarnie. Być może pozostałe trzy czwarte faktycznie, jak to pisze jeden z publicystów, domaga  się coraz większego zaangażowania państwa w politykę społeczną i interwencji gospodarczych. Z pewnością też politycy wszystkich opcji z rozkoszą wychodzą naprzeciw tym oczekiwaniom. Przecież z nich żyją.
Źródło: ekonomia.rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA