fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Teatr

Lubię przekraczać granice

Nadja Michael lubi niezwykłe bohaterki, jak Judyta z „Zamku Sinobrodego” i kreatywnych reżyserów, jak Mariusz Treliński.
Nigdy wcześniej nie była pani Judytą z „Zamku Sinobrodego"?
Nadja Michael: Zgadza się. To będzie mój debiut.
Co zadecydowało, że przyjęła pani propozycję Teatru Wielkiego – Opery Narodowej?
Wcześniej podpisałam kontrakt na występ w tej roli w Metropolitan Opera, a potem ofertę złożył mi dyrektor Waldemar Dąbrowski. Ku mojemu zdumieniu i radości okazało się, że chodzi o tę samą inscenizację, która będzie wystawiana w Warszawie i w Nowym Jorku. Zyskałam w ten sposób szansę dłuższej pracy nad tą postacią i myślę, że moja interpretacja będzie się rozwijać i pogłębiać.
Judyta to interesująca bohaterka?
Bardzo, na dodatek wzbogacona fantastyczną muzyką. Zarówno Judyta, jak i Sinobrody nie są postaciami realnymi, jest w nich tajemnica, romantyczna mroczność, niedopowiedzenie. Trzeba się w nie zagłębiać, ale i tak nic nie jest oczywiste.
Pani chyba lubi wcielać się w mocne kobiety, bo w repertuarze ma Lady Makbet, Toscę, Salome, Medeę. One potrafią walczyć o swoje prawa, o miłość, o władzę.
Tak postępuje większość sopranów w operach.
Nieprawda, jest w operach mnóstwo kobiet delikatnych i bezbronnych, jak Mimi.
Może pan sobie wyobrazić, że z moim rodzajem głosu śpiewam Mimi?
Nie bardzo.
No właśnie. Wszystkie Adiny i Noriny także są nie dla mnie. Lubię wyraziste postaci, ale przede wszystkim spoglądam w partyturę, by sprawdzić, jak dana partia została napisana.
Czy mocną kobietą jest pani również w życiu prywatnym?
Nie zabijam ludzi, przeciwnie – mam wielu przyjaciół, ale chyba nie jestem typem małej kobietki, która we wszystkim zdaje się na innych. Natomiast, wracając do Judyty z „Zamku Sinobrodego", jest jeszcze coś, co mnie w niej pociąga. Poznajemy ją w środku całej historii, nie wiemy, kim była, nim została żoną Sinobrodego. Muszę sama sobie dopowiedzieć jej biografię i potem wszystko pokazać widzowi. A mam niewiele czasu, bo opera Bartóka trwa niespełna godzinę.
Judyta przypomina też bohaterki Wagnera, a pani śpiewała już Kundry w „Parsifalu". Czy teraz przyjdzie kolej na inne dramaty tego kompozytora?
Podchodzę do takich propozycji spokojnie, unikam ról, które są zbyt ciężkie dla mojego głosu. Oczywiście w przyszłości marzy mi się wagnerowska Izolda, ale jest jeszcze coś, co mnie powstrzymuje przed Wagnerem. Bardzo lubię grać na scenie, budować postać, dlatego wielką frajdę sprawiła mi praca w Madrycie z Krzysztofem Warlikowskim nad Poppeą w operze
Monteverdiego. Szukam bohaterek, które mnie inspirują. Tymczasem kobiety Wagnera, ale także Turandot Pucciniego czy Abigaille z „Nabucco" Verdiego są zbyt statyczne, również z powodu tessytury, w jakiej te partie zostały napisane. Nim więc przejdę do cięższych partii sopranowych, chcę nacieszyć się swobodą, na jaką pozwalają mi inne role, choćby w „Medei w Koryncie" Mayra.
Ta Medea, którą zaśpiewałam w monachijskiej Staatsoper, to rola dramatyczna, ale wymagająca belcantowej koloratury, a do tego złożona psychologicznie.
Z Krzysztofem Warlikowskim spotkała się pani po raz pierwszy w Theatre la Monnaie w Brukseli przy innej „Medei" – Cherubiniego. Powstał wstrząsający wręcz spektakl. Lubi pani wymagających reżyserów?
Bardzo, obie bohaterki, które u niego zagrałam, są diametralnie różne od siebie i ode mnie. On sprawił, że potrafiłam się w nie wcielić. Wyczuł, co mogę im dać, zawierzył mi, a ja jemu. Lubię pracować z kreatywnymi partnerami, z którymi staję się zdolna przekraczać pewne granice, mogę wyjść poza ograniczenia narzucane przez operę.
Czy takim reżyserem jest również Mariusz Treliński?
Tak, choć początki nie były łatwe, i to przeze mnie.
Z powodu zapalenia płuc przyjechałam do Warszawy z opóźnieniem i z początku nie mogłam tak zaangażować się w próby, jak on tego oczekiwał. Potem jednak poszło dobrze, Mariusz Treliński ma w sobie tyle energii, która udziela się innym. Czuję, że podobnie jak w Brukseli powstaje spektakl o ważnych współcześnie sprawach, choć tamta „Medea" dotykała realnego życia, a „Zamek Sinobrodego" – naszej podświadomości. Sami musimy dojść do tego, kim są bohaterowie Bartóka. I tego oczekuje ode mnie Mariusz Treliński.
Porusza się pani swobodnie w różnych epokach, od Monteverdiego po Bartóka. A jaką muzykę lubi pani najbardziej?
Jestem otwarta, a raczej mój głos jest otwarty na różne style. Do niedawna sądziłam, że nie nadaje się do utworów Monteverdiego, bo specjaliści od interpretacji muzyki dawnej narzucili takie reguły, do których mój głos jest zbyt mocny. A jednak okazało się, że mogę podjąć takie wyzwanie. Długo nie byłam chętna do kontaktu z muzyką współczesną, ale w październiku w Teatro Real w Madrycie wystąpiłam w „Die Eroberung von Mexico" Wolfganga Rihma i niczym Judyta otworzyłam drzwi do nieznanego mi świata.
Oczywiście to muzyka bardzo skomplikowana, wymaga od wykonawcy ogromnego skupienia.
Dramaty Wagnera też są skomplikowane, ale w utworach współczesnych tkwi trudność natury bardziej intelektualnej. U Wolfganga Rihma również, ale jednocześnie jego muzyka ma ogromną siłę emocjonalną. I kiedy poznawałam utwór nuta po nucie, przekonywałam się, że jest cudowny i piękny. Było to dla mnie wspaniałe odkrycie. Mam nadzieję, że nie ostatnie, jakie mnie czeka na scenie.
—rozmawiał Jacek Marczyński
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA