fbTrack

Felietony

Budzik, który nie budzi sumienia

Anna Kozicka–Kołaczkowska
archiwum prywatne
Końcem 2008 roku brodziłam ulicami mrocznego Berlina.
Niemcy wciąż mieli stocznie, porty, fabryki, banki i sklepy wyczesujące Europę, ale myśleli, że właśnie zanurzają się w kryzysie. Kontrast z szałem świetlnych iluminacji lat poprzednich był niesamowity. Tamtego roku do ubogiego kraju wracałam jak do Disneylandu.
Gdy więc klinice „Budzik" grozi koniec, bo brakuje jej pieniędzy na prąd i opłaty, nie potrafię cieszyć się z dekoracji Krakowskiego Przedmieścia, a wielka, piękna choinka wydaje mi się parodią. Nieludzki to świat, w którym liczy się wyłącznie błyszczący wizerunek władzy i jej wykrętny bełkot, że blichtru wymagają zagraniczni przybysze. Jako turystka w pozornie zbiedniałym Berlinie odczuwałam jedynie szacunek dla rządzenia rozumnego, elastycznego, dobrego dla ludzi. Pełni kompleksów wobec świata porywamy się imponować przepychem albo przynajmniej jakąś modną, ideologiczną tęczą, zamiast szczycić się chociażby sięgającą ponad europejskie poziomy inicjatywą niezwyczajnej matki – Ewy Błaszczyk. Rehabilitacja mózgu to sprawa skrajnie trudna i rzadka na całym świecie. W klinice „Budzik" dzieci zaczynają właśnie wychodzić z wielomiesięcznej śpiączki. Likwidacja tej unikalnej kliniki byłaby bezprecedensowym skandalem, zwłaszcza w momencie, gdy sprawdziły się jej metody. Państwo powinno stawiać ją na piedestał, pomóc w rozwoju, uczyć się od niej, szczycić się nią. Dziękować, że ktoś wyręcza je w pionierskiej pracy. Inne ofiary różnych wypadków dogorywają przecież bez stosownej pomocy i w kompletnym zaniechaniu.
A „Budzik" jest także nie tylko sukcesem medycyny, ale ratunkiem dla współczesnej etyki. Światełkiem nadziei dla ludzkości. Odmowa leczenia starszych, ciężej chorych, eutanazja, która w Europie dosięga już nawet dzieci - zamieniają ludzkość w sforę, lekarzy w katów, służbę zdrowia w szwadrony śmierci. Okaleczają mentalnie całe społeczeństwo.  W klinice „Budzik" cierpliwie walczy się o każdy los. To nie postępowe, europejskie „hospicjum", w którym umarłemu pograją na harfie na wzniosłe pożegnanie (pani harfistka chce żyć), ale niekonieczne dadzą choremu jeść i pić, żeby dłużej tak niegodnie się nie męczył. Myślę, że gdyby świat dowiedział się o fenomenie kliniki „Budzik", dopiero wtedy Warszawa zyskałaby prawdziwy podziw zagranicznych turystów, których tak w ogóle, spójrzmy prawdzie w oczy, w stolicy w święta prawie nie ma. Nazwa fundacji „A kogo" zawiera smutny ładunek goryczy z czasu jej zakładania. Dziś jest on dużo cięższy. Jakiego większego cudu od powrotu do życia dzieci bowiem jeszcze trzeba, żeby los kliniki „Budzik" obszedł władzę, poruszył jej urzędowe sumienie, przebił mur cynizmu i obojętności, schematu i niemocy? Jak długo jeszcze byle jaki metalowy kicz lub tandetne igrzyska będą ważyć więcej niż człowiek?
Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL