fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Zmarnowane owoce wzrostu

Krzysztof Szczerski
Fotorzepa, Jerzy Dudek
Polska Donalda Tuska realizuje hasło: „być jak Robert Lewandowski" – odnieść sukces jako kooperant podwykonawczy dużego niemieckiego lidera. Nie wierzymy w to, że polska drużyna może kiedyś sama zagrać w Lidze Mistrzów – uważa polityk PiS.
Ostatnie lata to czas bezprzykładnego marnotrawienia wysiłku Polaków, którzy ciężką pracą i przedsiębiorczością wypracowywali wzrost gospodarczy. Zła polityka rządu Donalda Tuska spowodowała, że okres jego władzy przejdzie do historii jako antywzorzec gospodarowania. Wzrost gospodarczy nie przyniósł bowiem żadnych trwałych owoców, których można by oczekiwać. Nie nastąpiła poprawa stanu finansów publicznych, nie mamy do czynienia z rozwojem gospodarczym ani też nie można dostrzec efektów modernizacyjnych.

Rozwój i modernizacja

Pojęcia rozwoju i modernizacji co prawda nie schodzą z ust polityków obozu rządzącego i odmieniane są przez wszystkie przypadki, jednak rzadko poddawane są głębszej refleksji. Nieustannie powtarzany jest przy tym slogan, iż wzrost gospodarczy równoznaczny jest z rozwojem, a modernizacja jest jego naturalnym efektem. W ten sposób wyraża się przekonanie, że pożądana jest każda ścieżka konsumowania owoców wzrostu, o ile naśladuje wzorce wypracowane w krajach bardziej rozwiniętych i prowadzi do powiększania bogactwa, choćby tylko statystycznego.
Tymczasem jest zupełnie inaczej. Dużo bardziej efektywne dla oceny jakości rządzenia w danym kraju są inne, bardziej subtelne definicje wspomnianych podstawowych pojęć. Rozwój gospodarczy to nie wzrost PKB, ale poszerzanie pola wyborów rynkowych. Modernizacja to nie naśladowanie innych, ale przełamywanie peryferyjności i przełamywanie niekorzystnego położenia w hierarchii państw.
Rozwój następuje zatem wówczas, gdy poprzez wzrost udaje się poszerzyć grono uczestników rynku, pojawiają się nowe inwestycje, utrwala się skłonność ludzi do zakładania własnych przedsiębiorstw, a te, które już istnieją, powiększają swoją skalę, jednocześnie konsumenci na rynku mają większy wybór, poprzez wzrastającą zamożność gospodarstw domowych i poprzez większą konkurencję szeroko dostępnych zróżnicowanych ofert rynkowych.
Po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku nasz kraj starał się przezwyciężyć peryferyjność i budować podstawy do rozwoju w oparciu o własne zasoby
Modernizację natomiast określają takie zjawiska jak przełamywanie podziałów centrum-peryferie poprzez awans obszarów (regionów, państw) lub grup społecznych dawniej marginalizowanych, uzyskiwanie większej spójności rozwojowej, przełamywanie narzuconych zewnętrznie podziałów i barier blokujących ów rozwój i wreszcie przezwyciężanie hierarchii, które wyznaczają dla danego podmiotu pozycję peryferyjną. Mówiąc nieco naukowo: modernizacja oznacza podmiotowość rozwojową i podmiotowość dyskursywną, to znaczy wypracowanie własnego języka opisu swojej tożsamości i swoich celów.

Płace nie rosną

Jeżeli spojrzymy na Polskę pod rządami Donalda Tuska, to bez trudu zobaczymy, że niewiele, lub zgoła żaden, z wymienionych powyżej postulatów nie był i nie jest realizowany.
Polacy jako konsumenci i jako przedsiębiorcy nie mają poczucia poszerzania sfery swojej wolności wyboru. Jest tak z wielu powodów, które wymagają szczegółowego omówienia, warto wskazać tylko niektóre.
Po pierwsze, nie udają się próby deregulacji gospodarczej, które wykraczałyby poza kwestię zmiany zasad dostępu do pewnych zawodów i które naprawdę uwolniłyby rynek dla inicjatywy przedsiębiorczych Polaków. Sądowa i biurokratyczna mitręga dla przedsiębiorców wciąż jest chlebem powszednim, mimo różnych inicjatyw tworzenia przyjaznego państwa i korekt na razie dokonywanych na papierze, a do tego wciąż dochodzą nowe regulacje wynikające m.in. z prawa unijnego.
Raport „Doing business" przyniósł co prawda statystyczny awans Polski w uwzględnianych tam formalnych wskaźnikach, ale przecież miejsce w połowie stawki krajów Unii Europejskiej (na 17. miejscu) nie jest optymalne. Tym bardziej że z kolei w rankingu wolności gospodarczej przygotowywanym przez Heritage Foundation wciąż znajdujemy się, i to też mimo odnotowanego awansu, jedynie w gronie krajów „względnie wolnych" (moderately free), podczas gdy kilka krajów Unii znajduje się w kategorii krajów prawie wolnych, m.in. Litwa i Czechy.
Po drugie, wolność rynku jako znamię rozwoju to nie tylko wolność od nadregulacji. To także wolność konkurencji nieskrępowanej układami i powiązaniami wykluczającymi grę fair. W polskim biznesie jest to marzenie wielu młodych przedsiębiorców. Często bowiem barierą wejścia na rynek nie jest biurokracja, tylko blokada przez nieformalne zależności. To dlatego tak wielu także spośród tej grupy społecznej decyduje się na emigrację i zakładanie biznesów w innych krajach.
I wreszcie, po trzecie, wolność na rynku powinna dotyczyć nie tylko przedsiębiorców, ale także obywateli, którzy dzięki większej zamożności i większej ofercie mają poczucie, że stać ich na więcej. Tymczasem w Polsce płace nie rosną adekwatnie do wzrostu gospodarczego i nadganiania zapóźnień względem krajów lepiej rozwiniętych. To oznacza, że pracownik w Polsce ulga raczej rynkowej deprywacji, a nie jest beneficjentem rozwoju. Nie da się na dłuższą metę osiągać trwałego rozwoju, gdy czynnikiem wzrostu są niskie koszty wynagrodzeń pracowników.

Pozycja kooperanta

Jeszcze jaskrawiej marnotrawienie wzrostu widać z perspektywy modernizacyjnej. Ostatnie lata zamiast przynosić trwałe dokonania w tej sferze, prowadzą raczej do utrwalania peryferyjnej pozycji Polski, a nie jej marsz ku centrum. Widać to zarówno w sferze społeczno-gospodarczej, jak i kulturowej.
Rzekoma modernizacja naszego języka debaty publicznej, na co powołuje się część komentatorów, mierzona jest tym, iż sfeminizowany został język w myśl zaleceń genderowych (psycholożka, socjolożka itp.) czy przełamywane są różne tabu (w Centrum Nauki Kopernik dzieci mogły się nauczyć, gdzie się warto dotykać, by pobudzić swoją seksualność). Tymczasem nie ma to nic wspólnego z modernizacją; odwrotnie, jest świadectwem wtórności i peryferyzacji dyskursu proponowanego przez tzw. główny nurt. Zamiast lepiej poznawać siebie, papugujemy problematykę tworzoną w ośrodkach centralnych.
Rzecz jest jeszcze poważniejsza, gdy spojrzeć na zmiany dokonywane w sferze polityki publicznej. Od kilku lat obserwujemy bowiem uwikłanie polskiej myśli strategicznej w zewnętrzne formatowanie związane głównie z warunkami i celami wydatkowania środków z funduszy strukturalnych UE. Nawet jeśli współczynnik zależności inwestycji publicznych od środków europejskich w Polsce nie jest najwyższy spośród państw członkowskich, to problemem jest to, że współczynnik zależności strategii rozwojowych od pieniędzy i zasad unijnych jest stuprocentowy. To prowadzi bowiem do zależności strategicznej od czynników zewnętrznych i dominacji działań adaptacyjnych do zewnętrznych uwarunkowań.
Oczywiście, w dzisiejszym zglobalizowanym świecie i w zintegrowanej polityce wewnątrz UE, regulacje i wpływy ponadnarodowe zawsze będą występowały, ale problemem Polski jest to, że rząd nie próbuje wykorzystać ich dla modernizacji.
Konsekwencją takiego zjawiska jest raczej utrwalenie peryferyjnej pozycji naszego kraju względem ośrodków centralnych, co znajduje nawet polityczne potwierdzenie w deklaracjach rządu na forum międzynarodowym (uznanie przywództwa Niemiec jako oczywistego o pożądanego). W efekcie szczytem ambicji rządowych jest uzyskanie przez Polskę pozycji ważnego kooperanta podwykonawczego dla głównych graczy. Symbolicznie można to ująć stwierdzeniem, że Polska Donalda Tuska realizuje hasło: „być jak Robert Lewandowski" – odnieść sukces jako kooperant podwykonawczy dużego niemieckiego lidera. Nie wierzymy w to, że Polska drużyna może kiedyś sama zagrać z Lidze Mistrzów. Cieszymy się, że jak najwięcej naszych gra w innych, „ważnych" zespołach i są tam docenieni. Robertowi Lewandowskiemu gratuluję kariery, ale chciałbym, byśmy wspólnie mierzyli wyżej.

Przykład Finlandii

Wszystko to byłoby jeszcze nie tak szkodliwe, gdyby nie fakt, że to zewnętrzne formatowanie polskiej strategii nie zawsze jest dla nas optymalne. Odwrotnie, często działa na naszą niekorzyść, a to oznacza, że przeszkadza modernizacji i rozwojowi Polski. Przykładów jest wiele: pakiet energetyczno-klimatyczny jest antyrozwojowy, pakt fiskalny i inne regulacje tzw. sześciopaku są antymodernizacyjne, warunkowość makroekonomiczna wpisana do nowych regulacji funduszy strukturalnych może blokować polskie potrzeby rozwojowe.
Jaka jest alternatywa? Polsce potrzebna jest dziś Narodowa Strategia Rozwoju i Modernizacji. Jej celem powinno być stworzenie w Polsce własnych zasobów rozwojowych w oparciu o własny przemysł, pożytkujący się badaniami naukowymi polskich uczelni, sieć transportową tworzoną na potrzeby spójności terytorialnej Polski, a nie tranzytu przez nasz kraj towarów od jednego do drugiego ośrodka centralnego, spójność społeczną, edukację narodową, uwolnioną przedsiębiorczość i wreszcie politykę zagraniczną, która przełamuje bariery i podziały szczególnie w naszym regionie Europy, integrując go w obszar podmiotowego działania międzynarodowego.
Czy mamy przykłady takiego działania? Tak, w naszej historii to działania uruchamiane po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku. Ich celem było przezwyciężenie peryferyjności z zachowaniem tożsamości i budowaniem podstaw do rozwoju w oparciu o własne zasoby. Dziś także mamy przykłady podobnych strategii, warto spojrzeć chociażby na państwa skandynawskie, zwłaszcza peryferyjną wydawałoby się Finlandię.
Stać nas na to.
Autor jest politykiem PiS, politologiem. W latach 2007–2008 był wiceministrem spraw zagranicznych oraz podsekretarzem stanu w Urzędzie Komitetu Integracji Europejskiej
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA