fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Felietony

Wielcy zapyziali

Anna Kozicka–Kołaczkowska
archiwum prywatne
„Tamto to były ewidentnie bzdury jakichś zapyziałych, małych ludzi, a tu jest tak, jakby mu rękę do majtek włożono" – szokujący komentarz w obieg plotek o swoim synu wtłoczył Jerzy Stuhr. Sir Roger Moore nigdy nie wyraziłby się w takim stylu.
Będąc kimś małym i zapyziałym należy bardzo uważać na to, co się mówi i pisze, gdyż można zapyzieć do imentu.  Nie muszą się o to martwić wielcy i nie zapyziali komedianci, nawet jeżeli nad poziomy wybili się dzięki odgrywaniu postaci małych i zapyziałych.
A w naszej, zapyziałej ojczyźnie być okrzykniętym wielkim i nie zapyziałym, to najczęściej zwyczajny dar Boży. Polega on na pospolitej urodzie, która ma zresztą sugerować typ męskiej urody polskiej. Nie trzeba wtedy już wiele wysiłku do odtwarzania licznych losów rodzimych głąbów, pociesznych swojaków, cwaniaczków, bandziorów bądź też zwyrodniałych katów potomstwa z pręgami od pasa na grzbiecie z repertuaru, który ma świadczyć o dzikim folklorze tutejszym. Przy tym kierunku naturalnego doboru obsady wystarczy być sobą i już jest przekonująco, odrażająco lub śmiesznie, jak każe koncepcja artystyczna. Jeśli chodzi o głos wybrańca losu, to może to być nawet byle piejący kogucik. Mile widziany bywa także knajacki zaśpiew, celem dopełnienia sugestywnego obrazu przeciętnego Polaka.
Na świecie od lat przez sceny i ekrany przewijają się Roger Moore, Pierce Brosnan, Marlon Brando, Daniel Day-Lewis, Colin Fairth i tego rodzaju perfekcyjne modele, a tu na scenach i ekranach od pięciu dekad trwa kompletne załamanie genotypu estetycznego z przyzwoitego poziomu Jerzego Zelnika w przedpotopowym „Faraonie". Za to rządzą Maliniak z Danielakiem i trwa nieprzerwany pochód ich klonów wraz z odpowiednim do aparycji, kiepskim wnętrzem. Jest to dziwna perwersja, bo ten utrzymywany konsekwentnie, z niewielkimi wyjątkami, archetyp jest odzwierciedleniem stanu poniżej średniej polskiej ulicy, co potwierdzi każda kobieta. Ten typ bohatera jest jednak odbiciem rodzimych scenariuszy, gdzie wszystko najczęściej kręci się do znudzenia w penetrowanym drobiazgowo prymitywnym światku, zupełnie jakby w stu, a nie w dziewięćdziesięciu procentach udało się zrealizować stare, wraże plany związane z polską inteligencją. A cóż może się malować na obliczu szmalcownika i pazernego kombinatora? Taka obowiązkowa moda nie może nie mścić się bezlitośnie.
„Tamto to były ewidentnie bzdury jakichś zapyziałych, małych ludzi" – w tych słowach przyłożono z buta, zdaje się, jakiejś większej grupie. Niewiarygodnie łatwo jest w naszym kraju pojedynczym wybrańcom losu rzucić anatemę na całą, domniemaną zbiorowość. Trzeba chyba mieć ku temu pewność, że to całkiem bezpieczny, nieryzykowny sport. Kopy w ludzi nawet bez kabaretowych przykrywek. Na poważnie i z własnych piedestałów, z których wydaje się, że nieważne, czy Cedynia czy Głogów, czy przywiązywali, czy byli przywiązywani. W ludzi urażonych, zaniepokojonych, może zawstydzonych jakimś filmem. Niewykluczone, że i w takich, którzy chcieli się tłumaczyć. Być może w takich, którzy mówili rzeczy niemądre. Niektórzy pewnie chcieli dyskusji. Wzgarda dla nich w ustach kogoś, kto sam nie dał małym, zapyziałym ludziom przykładów wznoszących, kto zarobił sporo na oswajaniu typu ludowego prostaka, życie strawił na stawianiu na piedestał małego, zapyziałego cwaniaczka, musi wprawiać jednak w stan dysonansu poznawczego. Włos jeży się na głowie, gdy z racji następnego pokolenia dziedzicznego piedestału można jakiś nagle niesympatyczny tłum nazwać ludzkimi wszami. Od tej przerażającej stylistyki tylko krok do myśli o dezynsekcji. Siedemdziesiąt lat temu dużo się mówiło i robiło na rzecz dezynsekcji.
Biada, gdy na piedestale należnym nieobecnym odtwórcom Kordiana, Konrada, Poety z "Wesela", czy tylko zwykłego, za to przedwojennego kowala z pięknej sztuki Szaniawskiego „Kowal, pieniądze i gwiazdy" postawimy Maliniaka. Gdy Maliniak zacznie mówić, co mu w duszy gra, możemy doznać szoku oraz niejednego dysonansu. A jego trywialny spicz nie brzmi strofą Słowackiego.
Wzajemne odpisywanie od siebie przez gazetki cierpiące na brak idiotycznych tematów, nie wyssanej z palca, a podanej do publicznej wiadomości nazwy patchworkowej rodziny jest normalnym dziś widnokręgiem medialnego blichtru. W identycznym celu bryluje się na prestiżowych balach i pozuje w smokingu na benefisach, bo celebrytyzmu nie da się cofnąć. Ten przemysł już się urodził. Niewinne dzieci celebrytów narażone są także na jego praktyki z natury rzeczy tak, jak dzieci lekarzy oswojone są od niemowlęcia z odorami szpitala . „39 lat po ślubie, a kocham Basię bez pamięci" – mełła dotąd bezszmerowo gwoli piedestału ta fabryczka. Szokująca riposta z piedestału o wkładaniu rąk do majtek, to niestety świat, w którym ludzkość nie czyta już nawet kolorowych pisemek. Tak odwinąć się może tylko Danielak z krwi i kości, albo ten kreton, który widział ciemność. Nie człowiek, który Danielaka udaje dla satysfakcji artystycznej i dla mamony.
Roger Moore nigdy by czegoś takiego nie powiedział, choć grał tylko obytego, królewskiego agenciaka. Musiał się jednak z definicji kojarzyć z pożądanym poziomem narodowej wytworności. Przez kilkadziesiąt lat pracy i trwania w źrenicy oka krwiożerczych mediów dla ubogich, wciąż udaje mu się to nadzwyczajnie. Nigdy nie zawiódł tych, którzy obdarzyli go tytułem „sir". Szczęśliwe są kraje, w których nawet na fikcyjnych bohaterów filmów i sztuk nie kreuje się paskud, nieuków, kanalii, ani ofiar losu. Gdzie nawet służbiści funkcjonariusze starają się o maniery dżentelmenów i różnią się od klientów zakładów penitencjarnych. Stąd i poziom tamtych aktorów musi polegać jeszcze na czymś wyższym, niż wyrafinowanie, z jakim potrafią oni trzymać kieliszek martini.
Nazywa się to klasą. Zwyczajnie, klasą.
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA