fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Nowy program dla Platformy

Jarosław Makowski
Fotorzepa, AW Andrzej Wiktor
Musimy odrzucić myślenie, którym karmiono Polki i Polaków przez ostatnie 20 lat – że niewidzialna ręka rynku wszystko załatwi – pisze publicysta.
Byłoby dziwne, gdyby partia, która rządzi od sześciu lat krajem, nie przeżywała kryzysów, przesileń czy spadku poparcia społecznego. Jednak siły każdej partii i jej potencjału nie poznaje się wtedy, kiedy wszystko idzie dobrze. Siłę partii poznaje się po tym, jak potrafi przezwyciężać problemy.
Byłoby też nieroztropne, gdyby źródeł kryzysu partia szukała tylko na zewnątrz – że opozycja jest niemerytoryczna, że media nieprzyjazne, że kryzys gospodarczy. Jeśli nie wiesz, gdzie leży źródło kryzysu, najlepiej uderzyć się w swoje piersi.

Rozmowa, nie debata

Każda partia rządząca zaczyna tracić poparcie, co wiemy doskonale nie od dziś, gdy na światło dzienne wychodzą wewnętrzne utarczki. Bo obywatele zaczynają mieć poczucie, skądinąd słuszne, że władza bardziej zajmuje się sobą niż ich losem.
Dlatego dziś, gdy partie w Polsce – wszystkie zresztą partie, nie tylko Platforma – mają tak złą prasę, powinny sobie odpowiedzieć na kluczowe pytanie: czym jest (ma być?) partia polityczna? Jaką rolę powinna odgrywać w wolnym społeczeństwie? I dlaczego ludzie dystansują się od partii politycznych?
Po pierwsze, partia to coś więcej niż grupa osób zasiadająca wieczorem przy wspólnym stoliku. Grupę tworzą przypadkowe osoby albo ludzie dobrani do załatwienia pragmatycznych celów. „Przyjaźń polityczna" oznacza tu tyle, by znaleźć wroga lub się przed nim bronić. Kiedy wróg zniknie, zniknie i „przyjaźń". Grupa osiąga cel, każdy idzie w swoją stronę. Ale do realizacji takich celów nie jest konieczna partia.
Bo partia, i to po drugie, to wspólnota ludzi patrzących w tym samym kierunku i działających na rzecz tej samej zmiany. Autentyczną wspólnotę polityczną łączą nie tylko pragmatyczne cele, ale także idee i wartości. One są ważniejsze niż doraźne rozgrywki personalne. One trwają dłużej niż czasowe sprawowanie władzy. Jasne, że każdy z członków partii jest autonomiczną jednostką, że ma prawo do własnych przekonań, gdyż wielogłos nie zawsze musi oznaczać kakofonii. Ale siła i skuteczność partii liczona jest poprzez wspólny trud. Wedle zasady: „jedność w różnorodności".
Sukces polega więc na unikaniu głupich sporów, a nie na odrzucaniu mądrych różnic zdań. Przenikliwie pisze o tym Richard Sennett w swojej najnowszej książce pt. „Razem. Rytuały, przyjemności i polityki kooperacji": „Życie z innymi ludźmi, którzy przecież nie są tacy sami jak my, wymaga trochę więcej niż tylko dobrej woli – wymaga też umiejętności. Podstawa umiejętnej współpracy leży w nauczeniu się słuchać i dyskutować, a nie tylko prowadzić debatę". Zbudowanie autentycznej wspólnoty politycznej jest dużo trudniejszym zadaniem niż budowa drogi.

Obywatel drogą państwa

Jakie idee w czasie kryzysu, niepewności i ryzyka mogłyby stać się dla Platformy Obywatelskiej osią rządzenia? Dwie zdają się szczególnie ważne. Po pierwsze, Platforma musi konsekwentnie budować elastyczne państwo. Nie jest to zadanie ani łatwe, ani tym bardziej nie da się go osiągnąć w krótkim terminie. Ale takie właśnie państwo – mimo problemów i potknięć – trzeba budować, gdyż staje się ono narzędziem służącym do poprawy jakości życia ludzi. Starszych i młodszych, bogatszych i biedniejszych, liberałów i konserwatystów, lewicowców i prawicowców... Wszystkich.
Ludzie są gotowi przystać na proponowane reformy, nawet za cenę tego, że będą one trochę bolały, gdy rządzący wymagania w pierwszej kolejności zaczynają stawiać państwu i reprezentującym go instytucjom, a w drugiej kolejności obywatelom. Trzeba więc pokazywać codziennie, że każda reforma, którą się proponuje, kreślona jest podług zasady: „obywatel jest drogą państwa, a nie państwo drogą obywatela".
Takie państwo opiera się także na zasadzie zrównoważonego rozwoju społecznego i gospodarczego. Dlatego nie może bać się powiedzieć bogatym: „Zgoda, bądźcie bogaci, ale nie stworzymy wam dodatkowych komfortowych warunków dla pomnażania waszego bogactwa kosztem 95 proc. społeczeństwa". Takie państwo ma obowiązek zapewnić biedniejszych: „Chcecie żyć w biedzie – nie ma sprawy, ale jeśli chcecie z niej wyjść, to państwo stworzy wam do tego sprzyjające warunki". Krótko: celem elastycznego państwa nie jest budowanie fabryk. Zadaniem elastycznego państwa jest stworzenie najlepszych z możliwych warunków, by ludzie sami chcieli budować fabryki, by polscy przedsiębiorcy, małe i rodzinne firmy, chcieli tworzyć nowe miejsca pracy, by ludzie sami chcieli podnosić swoje kwalifikacje, rozwijać talenty i budować lepszą jakość własnego i społecznego życia.
Po drugie, kryzysu nie da się pokonać z dnia na dzień, gdyż on nie zrodził się z dnia na dzień – ale można go pokonać, jeśli prowadzi się konsekwentną politykę rozwojową. Do tej pory Polska przechodziła zmianę, którą można określić mianem „twardej modernizacji" – budowa koniecznej z punktu widzenia rozwoju gospodarczego kraju infrastruktury. Od dróg i mostów poczynając, a na dworcach, instytutach naukowych i filharmoniach kończąc.
Ale teraz przychodzi czas na „miękką modernizację". Jej źródłem musi się stać rodzina oparta na zasadzie partnerstwa i odpowiedzialności, czerpiąca z tradycji i twórczej inicjatywy Polek i Polaków. To właśnie dzięki tym wartościom już wielokrotnie w historii dowiedliśmy, że potrafimy zrobić to, czego inni nie potrafią. To właśnie w oparciu o więzy rodzinne, tradycję i nasz naturalny talent do przedsiębiorczości możemy w świecie niepewności zbudować nasz własny stabilny model społecznej gospodarki rynkowej.
Podstawą tego modelu nie może jednak być dotychczasowy typ kapitalizmu, który sam podważył swoją przydatność dla ludzi i całych społeczeństw. Kapitalizm, którego głównymi cechami są bezwzględny egoizm, wyzysk, podziały i nierówności społeczne. Nie powinniśmy mieć więc oporu, by odrzucić myślenie, którym karmiono Polki i Polaków przez ostatnie 20 lat – myślenie, że niewidzialna ręka rynku wszystko załatwi. Przeciwnie: kiedy przyszedł kryzys i krach bankowy, niewidzialna ręka rynku okazała się rzeczywiście niewidzialna.
Taki model kapitalizmu zdecydowanie należy odrzucić, bo nie na takim fundamencie buduje się rozwój i dobrobyt kraju i społeczeństwa. Polskim modelem gospodarki powinien być nie tyle „kapitalizm korporacyjny", którego jak niepodległości bronią rodzimi neoliberałowie, ale „kapitalizm rodzinny", czerpiący z siły naszej tradycji i kultury tak, jak polską ideą organizującą nam drogę do wolności była idea solidarności.
Ten rodzaj gospodarczej aktywności opierający się na małych i średnich przedsiębiorstwach jest już u nas zakorzeniony, ale musimy go dalej skutecznie rozwijać – dla dobra całego społeczeństwa. Firmy budowane wspólnym wysiłkiem przez bliskich i tworzone przez pokolenia mogą być z jednej strony źródłem dobrobytu i stabilności milionów obywateli, a z drugiej szansą dla osób zdolnych, pomysłowych i aktywnych. To także drzwi do przyszłości dla sporej części młodzieży, która może znaleźć pracę i satysfakcję nie w zagranicznych czy globalnych korporacjach, lecz w naszych własnych, polskich, rodzinnych przedsiębiorstwach.

Zyskujemy, gdy współpracujemy

Projekt „rodzinnego kapitalizmu" byłby więc logiczną kontynuacją wsparcia dla polskich rodzin w ramach ogłoszonego przez premiera Donalda Tuska Roku Rodziny. Polityka rodzinna oparta na zasadzie odpowiedzialności i partnerstwa oraz „przedsiębiorczość rodzinna" oparta na kreatywności ludzi i sile małych przedsiębiorstw to dwie strony medalu elastycznego państwa i przyzwoitego społeczeństwa. Sęk w tym, że nie ma skutecznej polityki i, o czym zapominają czasami politycy, nie składa się hołdu określonym wartościom. Jakie to wartości?
Po pierwsze, ambicja i pokora. Nie można uprawiać polityki bez wielkich ambicji. Są żywiołem każdej polityki. Ale jeszcze ważniejsze jest, by prócz wielkich ambicji mieć także wielką pokorę. Tylko pokora jest w stanie okiełznać złe ambicje. Sukces polityczny osiąga ten, kto polityczne ambicje potrafi poskromić za pomocą własnej pokory.
Kołem zamachowym każdej modernizacji jest też optymizm i nadzieja obywateli. Rozwój zawsze dokonuje się w imię nadziei. Mamy z nim do czynienia wtedy, kiedy matki i ojcowie mogą zostawić swoje dzieci w przyjaznych żłobkach, by sami mogli iść do pracy. Rozwój jest wtedy, gdy posyłając dzieci do szkoły, wiemy, że państwo stwarza im dobre warunki wychowawcze i edukacyjne. Rozwój jest odczuwalny, gdy trafiając do szpitala, wiemy, że czeka na nas profesjonalna opieka medyczna. Rozwój dokonuje się wtedy, gdy tworzymy bardziej egalitarystyczne społeczeństwo.
Nadziei na lepsze jutro Polek i Polaków musi towarzyszyć nowa umowa społeczna, której imperatyw kategoryczny należałoby sprowadzić do takiej oto zasady: „Jeśli ze sobą współpracujemy – w szkole, pracy, na osiedlu, w mieście, w partii... – wszyscy na tym zyskujemy. Jeśli ze sobą bezwzględnie i w głupi sposób konkurujemy, wszyscy na tym tracimy". Krótko: współpracując, zyskujemy, konkurując, tracimy!
Autor jest filozofem, szefem Instytutu Obywatelskiego, think tanku Platformy Obywatelskiej, redaktorem naczelnym kwartalnika „Instytut Idei"
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA