fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Prawo karne

Koszty procesu za kradzież prądu

Sama ingerencja w licznik nie ma żadnego znaczenia dla zastosowania kary, jeżeli nie powoduje pobierania energii bez jej mierzenia
Fotorzepa, MW Michał Walczak
Proces mężczyzny, któremu udowodniono kradzież prądu na kwotę 12 groszy, kosztował ponad 5 tysięcy złotych.
Jesienią 2012 r. jeden ze stołecznych sądów rejonowych skazał Janusza Z. na trzy miesiące pozbawienia wolności za kradzież energii na kwotę... 70 gr. Wyrok więzienia zapadł, chociaż skazany naprawił szkodę, tzn. wysłał 10 zł tytułem jej naprawienia.
Proces w dwóch instancjach trwał   kilka miesięcy, a Skarb Państwa kosztował ponad 5 tys. zł. Czy warto było? Czy trzeba było? I kto za to wszystko tak naprawdę zapłaci?

Chciał się ogolić

Sprawa ma początek w październiku 2011 r., kiedy Janusz Z. wrócił do pustego mieszkania po odsiedzeniu wyroku za kradzież.
W czasie  gdy był w więzieniu, za niepłacenie rachunków odłączono mu prąd i inne media. Zdaniem prokuratury (tak też wyglądał akt oskarżenia w tej sprawie) Janusz Z.  „za pomocą przewodu elektrycznego podłączył się do żarówki oświetlającej klatkę schodową i doprowadził prąd do mieszkania".
W akcie oskarżenia wartość skradzionej energii wyceniono na 10 zł. Mężczyzna za namową adwokata wpłacił taką kwotę na poczet naprawienia szkody. Nie chciał po raz kolejny popadać w konflikt z prawem.

Kosztowny proces

Mimo to sąd postanowił zająć się na serio aktem oskarżenia. Jako świadków przesłuchał sąsiadów. Chciał się od nich dowiedzieć, czy widzieli  lewe  podłączenie do prądu, ile czasu kable wisiały na klatce itd.
Powołał także biegłych. Ich zadaniem, jak się okazało niełatwym, było ustalenie wartości skradzionego prądu. Cena energii   zależy od pory dnia, a świadkowie nie potrafili precyzyjnie podać godzin, w których widzieli podłączenie na klatce. Wyraźnie nie wskazali też, ile czasu kradzież trwała.
Na odebranie zeznań i wysłuchanie opinii biegłych sąd wyznaczył aż sześć terminów rozpraw. W końcu ustalił, że wartość skradzionej energii wyniosła 70 gr,  i skazał Janusza Z. na  trzy miesiące więzienia. Wykonania kary zawiesić nie mógł, ponieważ skazany był już wcześniej karany.
Problem w tym, że proces tylko w pierwszej instancji kosztował państwo wielokrotnie więcej niż szkoda. Honorarium za obronę z urzędu to ponad 900 zł, do tego wynagrodzenie biegłego i koszty procesowe. W sumie ponad 2 tys. zł. W grę wchodziły jeszcze koszty  wykonania kary: miesiąc pobytu w więzieniu to 2,5 tys. zł, więc trzy miesiące to 7,5 tys. zł.
Tuż po tym, gdy sąd rejonowy wydał w sprawie Janusza Z. wyrok, a „Rzeczpospolita" ją opisała, Prokuratura Rejonowa Warszawa–Żoliborz zapowiedziała apelację. Informacja   pojawiła się na stronie internetowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie.
15 listopada 2012 r. PR wystąpiła do Sądu Rejonowego dla Warszawy–Żoliborza z wnioskiem o sporządzenie uzasadnienia  wyroku. To samo zrobił obrońca skazanego Janusza Z.
1320 zł kosztowała obrona Janusza Z. oskarżonego o kradzież prądu o wartości poniżej 1 zł

Apelacja lekko łagodzi

Po analizie uzasadnienia – 6 grudnia 2012 r. – prokurator rejonowy ostatecznie zaskarżył wyrok do sądu II instancji. Zarzucał mu rażącą niewspółmierność kary orzeczonej wobec oskarżonego oraz błąd w ustaleniach faktycznych. W konsekwencji wnosił o jego  zmianę na łagodniejszy.
Co proponował prokurator? Uznanie, że zarzucany oskarżonemu Januszowi Z. czyn stanowi wypadek mniejszej wagi. Wnosił o wymierzenie kary trzech miesięcy ograniczenia wolności z jednoczesnym nałożeniem obowiązku wykonywania nieodpłatnej, kontrolowanej pracy na cele społeczne. Janusz Z. miał przepracować 30 godzin każdego miesiąca.
Sąd II instancji, czyli Sąd Okręgowy w Warszawie, w marcu zajął się apelacją. Co zrobił?
Ustalił, że Janusz Z. ukradł prąd na kwotę nie 70 gr, lecz zaledwie 12 gr,  i zmienił wyrok. Uznał, że przestępstwo, którego się dopuścił oskarżony, stanowi wypadek mniejszej wagi.
W poprawionym i złagodzonym wyroku skazał Janusza Z.  na   jeden miesiąc  ograniczenia wolności, tj. 20 godzin nieodpłatnej kontrolowanej pracy na cele społeczne.
Sąd zasądził też kolejne pieniądze dla pełnomocnika Janusza Z., obrońcy z urzędu. Za reprezentowanie klienta w instancji odwoławczej mecenas otrzymał 420 zł.
Na tym nie koniec wydatków opłacanych z kieszeni podatników. Sąd bowiem zwolnił oskarżonego od opłat za obie instancje i kosztów postępowania odwoławczego. Wszystkimi obciążył Skarb Państwa.
Nie tylko przepisy (oskarżony według prawa był recydywistą) spowodowały, że proces w sprawie 70 groszy rozpoczął się i trwał kilka miesięcy.

Statystyki zwalniają od myślenia

– Poraża mnie brak refleksji prokuratury i sądu, ale także brak poszanowania dla publicznych pieniędzy i czasu uczestników postępowania – mówi Marta Lech, adwokat, obrońca z urzędu Janusza Z.
Wyjaśnia też, że za kradzież 12 gr  oskarżony był przez jeden dzień pozbawiony wolności,  a teraz jeszcze przez miesiąc ma pracować społecznie. To ostatnie zresztą może być trudne, ponieważ mężczyzna poważnie podupadł na zdrowiu.
– Przyjmując nawet minimalne wynagrodzenie za pracę, które aktualnie wynosi 1,6 tys. zł, Janusz Z. odpracuje ponad 1600 proc. wartości szkody przyjętej w wyroku – zauważa adwokat.
Prokurator Łukasz Będkowski uważa, że prokuratura i sąd zbyt rygorystycznie podeszły do zasady legalizmu, mogły bowiem skorzystać z instytucji znikomej społecznej szkodliwości czynu.
Inny prokurator tłumaczy kolegów ze stolicy sytuacją w prokuraturze. – Liczy się statystyka i to, co powie przełożony. Wielu z prokuratorów woli stosować prawo wprost, nawet nieracjonalnie, niż wychylać się z umarzaniem – wyjaśnia.
Sędziowie, choć przyznają, że sprawę można było umorzyć, za śmieszność opisanej sytuacji obwiniają nasze prawo. Konkretnie chodzi o art. 278 kodeksu karnego, który dotyczy kradzieży.

Kradzież to kradzież

Przepis ten zasadniczo przewiduje od trzech miesięcy do pięciu lat więzienia za przywłaszczenie cudzej rzeczy. Za kradzież   niższej wartości  kara jest łagodniejsza. Sprawca podlega grzywnie, ograniczeniu wolności lub jej pozbawieniu przez maksymalnie rok. W art. 278 § 5 zapisano dodatkowo, że przepisy te stosuje się odpowiednio do kradzieży energii.
Właśnie ten przepis zastosowano w sprawie Janusza Z. Należy zaznaczyć, że mężczyzna odpowiadał w warunkach recydywy. Przed sprawą o prąd wyszedł z więzienia, w którym odsiadywał wyrok również za kradzież. I być może również dlatego sądy nie zdecydowały się sprawy umorzyć. Choć, jak zauważają prawnicy, mogły.
masz pytanie, wyślij e-mail do autorki a.lukaszewicz@rp.pl
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA