fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Zdrowie

Koronawirus: Fikcyjna kwarantanna. Służby nie radzą sobie z izolowaniem chorych

COVID-19 punkt pobrań
Fotorzepa, Jakub Czermiński
Służby nie radzą sobie z izolowaniem chorych, których liczba szybko rośnie. Do sanepidu trudno się dodzwonić, a zakażeni swobodnie chodzą po ulicach.

Choć w czwartek padł kolejny rekord zakażeń (4280), a od soboty żółtą strefą zostanie objęty cały kraj, służby sanitarne coraz gorzej radzą sobie z izolowaniem chorych. Kilkunastotysięczny sanepid nie jest w stanie obsłużyć wszystkich zgłoszeń.

– Jeśli nie wprowadzimy zdecydowanych działań, co trzy dni czeka nas podwojenie liczby zakażeń – mówił podczas konferencji prasowej premier. – Mamy do wyboru albo zamknięcie ruchu, albo wprowadzenie obostrzeń.

Zapowiedział m.in. obowiązek noszenia maseczek i zmniejszenie liczby osób biorących udział w imprezach okolicznościowych. Wszystko pod groźbą mandatu.

Czytaj także:

Pozostaje jednak pytanie o egzekucję kar. Jak dotąd służby sanitarne średnio sobie z tym radzą.

„O dodatnim wyniku testu u jednej osoby wiemy od wtorku, ale sanepid zamknął przedszkole dopiero w czwartek. W środę dyrektorka 34 razy dzwoniła na telefon interwencyjny przeznaczony dla oświaty, ale było zajęte. Dostaliśmy tylko ozonator do sali" – napisała w mediach społecznościowych wychowawczyni z państwowej placówki w Warszawie.

Podobnych historii są tysiące. W ciągu ostatnich kilku dni dotarliśmy do kilkunastu osób, które po kontakcie z osobą z pozytywnym wynikiem testu albo nie mogły dodzwonić się do sanepidu, albo na próżno czekały na kontakt z jego strony. Część z nich doczekała się wysłania na test, inne po dziesięciu dniach samoizolacji uznały, że już nie zakażają. Wszyscy jednak narzekają, że izolacja zakażonych to fikcja.

– Gdy okazało się, że mamy koronawirusa, zgodnie z wytycznymi wysłaliśmy do sanepidu listę osób, z którymi mieliśmy kontakt. Inspektorzy zadzwonili tylko do dwóch pierwszych osób z listy – moich teściów – mówi warszawski lekarz z dużego szpitala.

– Miałem poczucie, że narzucam się systemowi z testami i potrzebą izolacji – opowiada Jakub Górnicki, dziennikarz międzynarodowego serwisu Outriders, który po powrocie z Mińska z objawami koronawirusa sam zgłosił się do szpitala zakaźnego i zdecydował, że bezpieczniej będzie nie wracać do domu i nie zakażać żony i dwójki dzieci. W szpitalu dostał kartkę, że w ciągu 72 godzin szpital się z nim skontaktuje i karetką dowiezie na badania. Tak się nie stało.

Lekarz Damian Patecki do dziś nie doczekał się telefonu z sanepidu, choć w połowie sierpnia wracał samolotem z wakacji z zakażonym.

Były główny inspektor sanitarny Marek Posobkiewicz zauważa, że przyznany od września dodatek w wysokości do 75 proc. wynagrodzenia nie poprawi wydolności pracowników: – Żadna służba sanitarna na świecie nie była gotowa na pandemię o takiej skali.

Rzecznik GIS Jan Bondar zwraca uwagę, że większość zarzutów pod adresem inspektorów jest nieuzasadniona.

– Część osób uważa, że powinna być w kwarantannie, gdy minie się z zakażonym na ulicy. Zaufajmy inspektorom. Oni wiedzą, kogo na nią wysyłać, a kogo nie – twierdzi.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA