fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Zdrowie

Koronawirus: Łukasz Szumowski o walce z epidemią - albo zamknięcie państwa, albo setki zmarłych

prof. Łukasz Szumowski
Fotorzepa, Jakub Czermiński
Mamy wybór – ograniczenie aktywności społecznej do minimum albo dziesiątki tysięcy chorych – mówi prof. Łukasz Szumowski, minister zdrowia

Ile osób w Polsce zachoruje?

Są różne scenariusze rozwoju sytuacji. Na pewno w najbliższych dniach zanotujemy ok. 1–1,5 tys. zakażeń. Oczywiście w kolejnych dniach ta liczba będzie rosła, może do kilkunastu tysięcy. Liczymy jednak, że za tydzień, może dwa tygodnie efekt przyniosą nasze działania prewencyjne, jak zamknięcie szkół, przedszkoli czy galerii handlowych i liczba nowych zakażeń wyhamuje. Podkreślam tu słowo „wyhamuje". Nam chodzi teraz o wyhamowanie liczby zachorowań.

A ilu umrze?

Statystycznie rzecz biorąc, jak patrzymy na to, co się dzieje na świecie i w Europie, umieralność jest na poziomie 4 proc. zarejestrowanych przypadków zachorowań. Niestety, większość zapaleń płuc, a ten wirus powoduje poważne zapalenie płuc, kończy się tragicznie – szczególnie u osób, które są starsze, mają deficyty odporności czy współistniejące choroby.

Spodziewa się pan podobnej sytuacji jak we Włoszech?

Wszystkie działania, które podejmujemy, mają nas uchronić przed scenariuszem włoskim. Działamy zawczasu, żeby uniknąć dramatycznych scenariuszy. Jednak nie możemy ukrywać, że zapewne na przełomie tego i przyszłego tygodnia będziemy mieli w granicach 1–1,5 tys. zachorowań. Do tych wzrostów się przygotowujemy. W sieci szpitali zakaźnych, którą właśnie uruchomiliśmy, mamy 10 tys. łóżek, z których 10 proc. to łóżka tzw. respiratorowe. Sieć oczywiście możemy rozszerzać. Jeżeli np. wypełni się szpital w Łomży, uruchomimy szpital w Białymstoku. W Warszawie, gdzie szpitalami zakaźnymi są Wojewódzki Szpital Zakaźny i Szpital Kliniczny MSWiA, potencjalnie możemy jeszcze wykorzystać Wojskowy Instytut Medyczny.

Kwarantanna nie pomoże?

Została wprowadzona po to, by powstrzymać rozprzestrzenianie się wirusa. Musimy ochronić naszych starszych rodziców, osoby chore onkologicznie i z upośledzoną odpornością. Na razie kwarantanna się sprawdza. Jestem pod ogromnym wrażeniem odpowiedzialności społecznej. Nie spodziewałem się, że Polacy będą tak zdyscyplinowani. Na 13 tys. osób w kwarantannie, sprawdzonych jednego dnia przez policję, tylko kilkanaście osób było poza domem. Zdaję sobie sprawę, że wprowadzenie tzw. kwarantanny społecznej, czyli zamknięcie szkół, przedszkoli i galerii handlowych, dla wielu osób to poważny problem finansowy. Wiem, że skutki lockdownu odczuje cała gospodarka. Ale mamy wybór – swoiste zamknięcie państwa i ograniczenie aktywności społecznej do minimum albo dziesiątki i setki tysięcy chorych, a do tego setki zmarłych. Nie chcę, by jak we Włoszech lekarze musieli wybierać, kogo podłączyć pod respirator.

Ile potrwa kwarantanna?

Nie wiem. Tu nie ma prostej i łatwej odpowiedzi. Dziś tak rozedrgane są wszystkie doniesienia epidemiczne, że nie możemy powiedzieć za wiele, a na pewno nie możemy mieć 100-procentowej pewności naszych sądów.

Wiele osób uważa, że Covid-19 jest podobny do grypy. Nie minie, jak ona, wraz z nadejściem lata?

Tego nie wiemy. Obecny koronawirus jest dla nas, dla naukowców i ekspertów czymś nowym. Bardzo się od wirusa grypy różni – jest bardziej zakaźny, powoduje groźniejsze konsekwencje.

Tyle że ludzie już poczuli wiosnę i przy 17 stopniach wylegli nad wodę czy do parków.

Jeżeli idą na spacer, z pominięciem tych poddanych kwarantannie, to nie jest to nic złego. Ważne, żebyśmy spacerowali rodzinnie, a nie organizowali większe spacery szeregu znajomych. Większe prawdopodobieństwo zakażenia jest w sklepie.

Polacy się boją, ale nie tak bardzo jak lekarze, którzy uważają, że zostali pozostawieni sami sobie, że brakuje im sprzętu, i pytają: dlaczego mamy umierać. Uważa pan, że lekarz nie powinien mieć tego typu dylematów?

To nie jest tak, że lekarze mają być bohaterami z nadania. Jednak jest duża doza zaufania społecznego do lekarzy. Jeżeli mamy reanimację na ulicy, np. osoby bezdomnej, to nie zastanawiamy się, czy ten człowiek jest zakażony czy nie, tylko ratujemy mu życie. Kiedy po studiach razem z żoną pojechaliśmy do „umieralni" Matki Teresy w Kalkucie, stykaliśmy się z przeróżnymi chorobami zakaźnymi, choćby trądem. Nie zastanawialiśmy się, czy możemy się zakazić. Trudno mówić, że ratowanie z narażeniem własnego życia to obowiązek. Ale istnieje poczucie, że zawód lekarza, pielęgniarki czy ratownika jest wyjątkowy. To trochę jak z ratownikiem GOPR, który wie, że może go przysypać lawina. Gdy wybieramy tę drogę życiową, mamy z tyłu głowy, że coś nam się może stać. Dlatego priorytetem są szpitale zakaźne z najlepszym sprzętem. Dziś bardzo ważna jest zasada „chronić ratownika".

A jednak „ratownicy", również ze szpitali przekształconych w zakaźne, skarżą się, że nie zapewniono im odpowiedniej ochrony – szef im powiedział, że kombinezon z rezerw rządowych tak naprawdę ich nie ochroni. Skuteczny byłby dopiero kombinezon kosmonauty.

Ależ to jest nieprawda. Przecież do niedawna na oddziałach zakaźnych, gdzie leżą ciężko chorzy, lekarze chodzili w fartuchu, chociaż są tam pacjenci z WZW C, z WZW B, grypą. W kombinezonie najczęściej wchodzi się do pacjenta, który jest wysoce zakaźny. Wspólnie z Agencją Rezerw Materiałowych na bieżąco wysyłamy środki ochrony osobistej do szpitali zakaźnych. Tylko w tym tygodniu każdy szpital zakaźny otrzymał po tysiąc sztuk masek i tysiąc sztuk kombinezonów. Taki sam sprzęt trafia do stacji ratownictwa medycznego.

Lekarze ze szpitala zakaźnego mówią, że w kombinezonie trudno wytrzymać, również psychicznie, dlatego chodzą w nim tylko trzy godziny, a potem na oddziale zmienia ich inny człowiek w kombinezonie.

Owszem, najwyższej klasy kombinezon chroniący przed skażeniem biologicznym czy chemicznym jest niewygodny, ale zdejmowanie go po trzech godzinach to błąd w sztuce. Po pierwsze dlatego, że zmiana kombinezonu jest ryzykiem dla personelu. We Włoszech do zakażenia personelu najczęściej dochodziło podczas zmiany kombinezonu, do której potrzeba dwóch osób. Najlepiej go włożyć i zmieniać tylko rękawiczki do każdego pacjenta. Jak słyszę, że któraś izba przyjęć zużywa 100 kombinezonów na dobę, to mi włos na głowie staje. Konsultant krajowy ds. chorób zakaźnych prof. Andrzej Horban mówi, że na jednego pacjenta z Covid-19 powinniśmy dziennie zużyć pięć do dziesięciu kombinezonów.

Boją się też lekarze szpitali niezakaźnych, które nie mają masek i gogli.

Ja rozumiem ten strach. Z drugiej strony, nigdy żaden urząd centralny nie zaopatrywał szpitali w maseczki chirurgiczne. Ale na czas epidemii powinniśmy dostarczyć ultraspecjalistyczny sprzęt do miejsc, gdzie kierowane są osoby zakażone. Tam jest ten front walki z koronawirusem.

Ochronę zdrowia mogłoby zasilić kilka tysięcy lekarzy, którzy skończyli rezydenturę (szkolenie specjalizacyjne) i w marcu i kwietniu mieli zdawać państwowy egzamin specjalizacyjny (PES). Egzamin jednak odwołano, a oni zostali w zawieszeniu – bez tytułu specjalisty i często bez pracy. Co mają zrobić?

Tym, którzy zdali egzamin pisemny, specjalne rozporządzenie zagwarantowało status specjalisty do czasu zdania egzaminu ustnego. Lekarz po sześciu latach specjalizacji, bez PES, potrafi rozpoznać pogarszający się stan pacjenta, spadającą saturację (wysycenie tlenem), wzrastającą liczbę oddechów i kiedy takiego pacjenta skierować pod respirator. Takich lekarzy najbardziej potrzeba w szpitalach zakaźnych. Taki lekarz może też podjąć czasową pracę w stacji sanitarno-epidemiologicznej.

A pan by poszedł do sanepidu? Lekarze po sześciu latach specjalizacji mówią, że nie po to uczyli się tyle lat, żeby teraz za marne grosze pracować na słuchawce. Uczyliśmy się po to, by teraz dostawać np. 200 zł za godzinę.

Ale każdy szpital zakaźny dostaje duży dodatek za tzw. gotowość. 450-łóżkowy szpital w Łomży dostanie dodatkowo 1,5 mln zł. Jego dyrektor ma więc za co tym lekarzom zapłacić.

Gdyby pan był dyrektorem takiego szpitala, to zapłaciłby pan tyle za godzinę?

Zapłaciłbym tyle, żeby zapewnić obsadę. Zresztą, to nie jest wygórowana stawka dla ludzi, którzy ponoszą ogromne ryzyko, są – można rzec – na froncie. Jest ogromna różnica między pracą w szpitalu zakaźnym a zwykłym, który, owszem, jest przepełniony i w którym także pracuje się pod presją.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA