fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wynagrodzenia

Najszybszy od dziesięciu lat wzrost wynagrodzeń

shutterstock
Płace dynamicznie rosną nie tylko w większych firmach, ale także w sferze budżetowej. W tym roku można się spodziewać jeszcze większej presji ze strony urzędników.

Przeciętne miesięczne wynagrodzenie w gospodarce narodowej w całym 2018 r. wyniosło 4585 zł – podał w poniedziałek GUS. To nominalnie aż o 7 proc. więcej niż w 2017 r., a realnie (po uwzględnieniu inflacji) – o 5,3 proc. więcej. Oba wskaźniki okazują się najwyższe od 2008 r. (wówczas było to odpowiednio 10,1 oraz 5,9 proc.).

Dane o wynagrodzeniach w gospodarce obejmują wszystkie podmioty, w tym również firmy zatrudniające mniej niż dziesięć osób, a także sferę budżetową. – W sumie chodzi o ok. 9,5 mln zatrudnionych, więc jest to bardziej miarodajny wskaźnik sytuacji na rynku pracy niż comiesięczne informacje urzędów statystycznych z sektora przedsiębiorstw – wyjaśnia Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich. – I pokazują, że presja płacowa i dynamiczny wzrost płac odczuwalne są w zasadzie na całym rynku – dodaje.

Czytaj także:  Samozatrudnienie oferuje nowe atrakcje 

Jeszcze kilka miesięcy temu wcale nie było to takie oczywiste. Przykładowo w I kw. tego roku płace w sektorze przedsiębiorstw (tych zatrudniających dziesięć osób i więcej) wzrosły nominalnie rok do roku 0 7,5 proc., a w sferze budżetowej – tylko o 4,3 proc. Dopiero od III kw. pracownicy budżetówki zaczęli nadrabiać „straty".

Pytanie, jak będą rosły nasze zarobki w tym roku? – Wydaje się, że 2019 r. nie będzie już tak dobry jak ten miniony. Spodziewane jest bowiem spowolnienie tempa wzrostu gospodarczego. Firmy co prawda wciąż narzekają na brak rąk do pracy, ale prowadzone rekrutacje nie są już na tak wysokim poziomie jak w 2018 r. – zauważa Kozłowski.

Jego zdaniem pewne symptomy widać już było pod koniec 2018 r. Płace w większych firmach rosły nieco powyżej 6 proc., podczas gdy na początku roku – o prawie 8 proc. Także stopa bezrobocia, wyrównywana sezonowo, przestała spadać.

– Wydaje się, że 2019 r. przyniesie osłabienie pozytywnych trendów na rynku pracy – zaznacza też Monika Fedorczuk, ekspert Konfederacji Lewiatan, komentując poniedziałkowe dane GUS. Wylicza, że widać już oznaki oznaki zmniejszającego się zapotrzebowania na pracę prostą, świadczoną przez osoby nisko wykwalifikowane. Raczej nie należy się też spodziewać istotnego wzrostu liczby pracujących, ponieważ brakuje dużych inwestycji tworzących liczne miejsca pracy.

– To może oznaczać, że przeciętne wynagrodzenia w gospodarce nie będą już rosły w tak szybkim tempie, jak miało to miejsce w roku ubiegłym, choć oczywiście mogą być firmy lub sektory gospodarki, które będą nadal chciały konkurować o najlepszych pracowników oferując im wyższe niż konkurencja płace – analizuje Fedorczuk.

– Ale proszę nie spodziewać się załamania na rynku pracy – zaznacza Marcin Mrowiec, główny ekonomista Banku Pekao. – Przez ostatnich 30 lat przyzwyczailiśmy się, że słabsze tempo wzrostu PKB oznacza, iż presja płacowa natychmiast odpuszcza. Tym razem będzie inaczej, ponieważ popyt na pracę pozostaje silny, za to podaż – wciąż spada – podkreśla.

Zdaniem Mrowca wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw w 2019 r. wzrosną nominalnie o 6–6,5 proc. (w 2018 było to 7,1 proc.). Sporych zwyżek można się też spodziewać w sferze budżetowej. – Pociąg z podwyżkami omijał pracowników publicznych przez ostatnie lata, nic dziwnego, że domagają się rekompensaty – dodaje.

Widać to dobrze na „ulicy", czyli protesty tzw. budżetówki. We wrześniowych manifestacjach wzięli udział m.in. nauczyciele, strażacy, urzędnicy sądowi, pracownicy służby zdrowia, opieki społecznej i tysiące innych instytucji publicznych zrzeszonych w OPZZ. Policjantom, w efekcie trwającej kilka miesięcy akcji protestacyjnej, udało się wywalczyć podwyżki o ok. 560 zł (rozłożone w tym roku na dwie raty, a nauczyciele – po ostrych rozmowach z minister edukacji – otrzymali obietnice podwyżki o 10 proc. (dwa razy po 5 proc.). Najbardziej poszkodowani w tym kontekście wydają się pracownicy urzędów centralnych, których płace są zamrożone od prawie dziesięciu lat (choć otrzymują indywidualne podwyżki), a którym trudno wyjść na ulice.

– Presja płacowa to rzeczywiście problem dla firm opartych na taniej pracy i dla sfery publicznej – zaznacza Mrowiec.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA