fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wojna w Syrii

Nowa fala uchodźców rusza do krajów Unii Europejskiej

Grecka policja ostrzeliwuje gazem łzawiącym imigrantów w pobliżu przejścia granicznego w Kastanies
AFP
Turecki rząd otwiera drogę tysiącom imigrantów do Europy. Szantażem chce wymusić pomoc Brukseli oraz NATO w opanowaniu sytuacji w Syrii.

Turecko-grecki punkt graniczny w Kastanies wygląda jak pole bitwy. Połamane barykady, zwoje drutu kolczastego, wypalone granaty po gazie łzawiącym i porozrzucane kamienie.

Nad brzegami granicznej rzeki Evros jest większy porządek, jeżeli nie liczyć porzuconych w nieładzie ubrań po stronie tureckiej. To tędy udało się z piątku na sobotę przedostać do Grecji grupie nielegalnych imigrantów. 66 z nich zostało już aresztowanych za nielegalne przekroczenie granicy. Próby przedarcia się do Grecji w nocy z soboty na niedzielę zakończyć się miały niepowodzeniem.

Nad graniczną rzeką

Zdaniem greckich służb w rejonie tym zgromadziło się od soboty ponad 15 tys. osób pragnących sforsować granicę Unii Europejskiej, gdyż ich celem nie jest bynajmniej Grecja, ale Niemcy i kraje północnej Europy. Liczą na powtórkę wydarzeń z 2015 roku, kiedy tzw. szlakiem bałkańskim na teren państw UE przedostały się setki tysięcy uchodźców z Syrii, Iraku, Afganistanu oraz innych państw.

Szef tureckiego MSW Suleyman Soylu zapewniał na Twitterze, że do granicy z Grecją i Bułgarią zmierzało do niedzieli ponad 75 tys. osób. Pod wpływem takich informacji tysiące imigrantów w Turcji zakładają plecaki i ruszają na północ, na granicę z Grecją i Bułgarią. A o to Ankarze chodzi.

Komentarz Jerzego Haszczyńskiego: Syria, czyli wszystkie lęki (i winy) Zachodu

– Udaremniliśmy próbę masowego przekroczenia granicy – zapewniał w sobotę Stelios Petsas, rzecznik rządu w Atenach. Grecy liczą na pomoc Frontexu, który dysponuje siłami szybkiego reagowania w liczbie 1,5 tys. funkcjonariuszy.

Ale nawet ich szybka mobilizacja niczego na granicach nie zmieni. Premier Kyriakos Mitsotakis od kilku dni telefonuje do Brukseli i innych stolic państw UE, uświadamiając wszystkim powagę sytuacji. W końcu granica turecko-grecka ma niemal 200 km długości i nie wszędzie jest na niej mur. Na o 100 km dłuższą granicę turecko-bułgarską władze wysłały dodatkowe oddziały żandarmerii. Wygląda na to, że przynajmniej na razie szlak bałkański jest nie do sforsowania.

– Nie zamkniemy drzwi w najbliższych dniach. Dlaczego? Unia Europejska musi wypełnić swe obietnice. Nie możemy zapewnić bytu wszystkim uchodźcom – mówił w ostatnich dniach prezydent Turcji. Recep Tayyip Erdogan realizuje tym samym groźby kierowane pod adresem Unii od kilku miesięcy, domagając się przelewu brakującej jeszcze kwoty do sumy 6 mld euro, ustalonej w porozumieniu Turcja–UE z 2016 roku. W zamian za to Turcja zobowiązała się do powstrzymania ponad 3,6 mln uchodźców przed naporem na Europę.

Grając uchodźcami

Tym razem jednak nie chodzi wyłącznie o pieniądze. Z punktu widzenia Ankary stawką jest bezpieczeństwo Turcji, która nie daje sobie rady z sytuacją w Syrii.

W granicznej prowincji Idlib trwa od grudnia ofensywa sił prezydenta Asada wspomaganych przez rosyjskie lotnictwo. Jest to ostatni bastion oporu antyreżimowych sił syryjskich oraz związanych z Al-Kaidą militarnych organizacji dżihadystów, jak potężny Hajat Tahrir asz-Szam.

Uciekając przed bombardowaniami, tysiące syryjskich uchodźców koczują w szczerym polu. Odnotowano przypadki śmierci dzieci z zimna. Granica z Turcją jest jednak szczelnie zamknięta podwójnym ogrodzeniem ze stalowej siatki oraz drutu kolczastego. Syryjczycy nie próbują jej nawet forsować.

Ale sytuacja w Syrii pogarsza się z dnia na dzień i Ankara obawia się pełnej destabilizacji całego nadgranicznego regionu.

Klucz w Moskwie

W ubiegły czwartek w wyniku nalotu na turecki konwój wojskowy zginęło 36 żołnierzy, a kilkudziesięciu zostało rannych. W odpowiedzi Turcja rozpoczęła ataki na siły syryjskie, domagając się równocześnie od NATO, by wprowadziło zakaz lotów nad Idlibem. Groziłoby to konfliktem zbrojnym w powietrzu z rosyjskim lotnictwem.

Na wezwanie Ankary powołującej się na art. 4 traktatu północnoatlantyckiego w piątek zostało zwołane nadzwyczajne posiedzenie Rady Północnoatlantyckiej. – Wyrażamy pełną solidarność z Turcją – zapewniał po spotkaniu Jens Stoltenberg, sekretarz generalny NATO, nie kryjąc jednak, że bezpośrednia militarna pomoc sojuszu nie wchodzi w grę.

Nie wiadomo przy tym, czy rosyjscy piloci nie siedzieli za sterami samolotów Su-24, które zbombardowały w czwartek wieczorem tureckie pozycje. Rosyjskie Ministerstwo Obrony kategorycznie zaprzecza. W takiej atmosferze odbędzie się 5 marca spotkanie w Moskwie prezydentów Recepa Tayyipa Erdogana i Władimira Putina.

W tej sytuacji nikt nie może zagwarantować, że nie dojdzie do bezpośredniej konfrontacji turecko-rosyjskiej. NATO musiałoby wtedy zareagować na apele Ankary. Tego jednak sojusz chce za wszelką cenę uniknąć, wzywając do porozumienia.

– Jeżeli Niemcy pragną uniknąć powtórki z 2015 roku, rząd w Berlinie nie może się tylko przyglądać, jak Turcja i Rosja dzielą Syrię – komentował „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, wskazując na zapomnianą już inicjatywę szefowej resortu obrony Annegret Kramp-Karrenbauer, która proponowała utworzenie na północy Syrii międzynarodowej strefy bezpieczeństwa. Bezskutecznie lansowała pomysł na spotkaniu NATO w październiku ubiegłego roku.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA