Syryjski nadawca publiczny informuje, ze eksplozje było słychać na lotnisku T-4, niedaleko starożytnej Palmiry. Podaje też, że w ataku rakietowym zginęło kilka osób, byli też ranni.

Lotnisko w pobliżu Hims jest bazą dla syryjskiego lotnictwa biorącego udział w atakach powietrznych na pozycje rebeliantów. Na terenie bazy wojskowej w Hims mają też znajdować się rosyjscy żołnierze.

Syryjskie media publiczne podejrzewają o atak rakietowy USA, ale przedstawiciele Stanów Zjednoczonych zaprzeczają jakoby amerykańskie wojsko przeprowadziło atak powietrzny na terytorium Syrii. Pentagon oświadczył, że "w tym momencie" nie prowadzi żadnych operacji powietrznych w Syrii.

Z kolei Izrael odmówił komentarza ws. ataku na bazę w Hims. Po wybuchu wojny domowej w Syrii w 2011 roku izraelskie lotnictwo atakowało już cele w tym kraju, bombardując konwoje i bazy wojskowe, w których stacjonowały irańskie jednostki wspierające prezydenta Syrii Baszara el-Asada.

W niedzielę Donald Trump ostrzegał, że winni "zapłacą wysoką cenę" za domniemany atak z użyciem broni chemicznej, do jakiego miało dojść w mieście Duma. Atak miała przeprowadzić syryjska armia, a jego celem byli rebelianci.

Władze Syrii zaprzeczają jednak, jakoby użyły broni chemicznej w czasie prowadzonej przez siebie ofensywny.

Również Rosja, sojusznik prezydenta Syrii Baszara el-Asada, nazywa doniesienia o ataku chemicznym w Syrii "nieprawdziwymi".