fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Unia Europejska

Nowy budżet UE będzie najmniejszy od 30 lat

Premier Mateusz Morawiecki przedstawił 7 lutego w Brukseli przewodniczącemu Rady Europejskiej Charlesowi Michelowi postulaty budżetowe Polski
AFP
Wspólnota szykuje najmniejszy budżet od trzech dekad. Ambitne plany integracji pozostaną na papierze.

Dwa i pół roku wcześniej w wywiadzie dla tygodnika „Le Point" francuski prezydent snuł ambitny plan powołania odrębnego budżetu dla państw strefy euro, który odpowiadałby „kilku punktom procentowym" PKB tych krajów. W ten sposób możliwości działania Unii choć trochę zbliżyłyby się do tych, jakie mają państwa narodowe: we Francji wydatki publiczne równają się 56 proc. PKB, w Polsce 41,6 proc., a w USA 37,8 proc.

Rutte może czekać

Jednak na ostatniej prostej rokowań przed rozpoczynającym się 20 lutego szczytem przywódców UE, który ma podjąć próbę ustalenia budżetu Unii na lata 2021–2027, nie tylko ambicje Macrona poszły w niepamięć, ale wygląda na to, że Wspólnota będzie miała najniższy budżet od 1988 r., kiedy zaczęto ustalać w Brukseli wieloletnie ramy finansowe. Wówczas, jak przypomina hiszpański dziennik „El Pais", wydatki Unii osiągnęły 1,28 proc. PKB. Jednak później z każdym kolejnym okresem rozliczeniowym były już systematycznie redukowane. Ale jeszcze w kończącym się w tym roku okresie, jeśli pominąć udział Wielkiej Brytanii (która korzystała z bardzo hojnego rabatu od swojej składki), wskaźnik ten wynosił 1,16 proc. PKB.

Teraz poziom ambicji jest o wiele niższy. Komisja Europejska zaproponowała, aby było to 1,11 proc., co popiera 15 krajów należących do tzw. klubu przyjaciół spójności (w tym m.in. Polska i Hiszpania). Jednak punktem wyjścia negocjacji w przyszłym tygodniu, które będzie prowadził przewodniczący Rady Europejskiej Charles Michel, jest wyraźnie niższy wskaźnik 1,07 proc., jaki zaproponowała przewodząca do końca ub.r. Unii Finlandia.

Ale nawet na takich cięciach niemal na pewno się nie skończy. Naprzeciwko „przyjaciół spójności" stanęła mniejsza, ale zdeterminowana grupa krajów, które dopłacają zdecydowanie więcej do wspólnej kasy, niż z niej pobierają (Szwecja, Dania, Austria). Przewodzi jej premier Holandii Mark Rutte, ten sam, który wcześniej dzięki szerszej grupie tzw. nowej Hanzy pokrzyżował plany Macrona pogłębienia strefy euro.

– Zawetujemy wszelkie porozumienie, które będzie zakładało większe wydatki niż 1 proc. PKB – ostrzegł najbliższy sojusznik Ruttego, austriacki kanclerz Sebastian Kurz.

„Klub skąpców" ma kluczową przewagę nad „przyjaciółmi spójności": może czekać. Brak porozumienia przed końcem roku zagrozi realizacji projektów z funduszy strukturalnych w Europie Środkowej czy na południu Unii, ale znacznie mniej dotknie Holandii czy Austrii. A w negocjacjach budżetowych każdy kraj członkowski ma prawo weta.

Budżetowa batalia rozgrywa się także wokół tzw. rabatów, czyli specjalnych ulg, z jakich korzysta dziś pięć najbogatszych krajów Unii. Jej ideę wywalczyła w 1984 r. na szczycie w Fontainebleau Margaret Thatcher. Polska uważa, że w Europie po brexicie rabaty nie mają sensu, i domaga się ich likwidacji już od 2021 r. Komisja Europejska podziela to stanowisko, ale chce tej likwidacji stopniowo, przez pięć lat. Jeśli jednak rabaty miałyby zostać utrzymane do 2027 r., może się okazać, że za wyższy poziom wydatków zapłacą w coraz większym stopniu biedniejsze kraje Unii, co stępi ich zapał do zwiększania wspólnego budżetu.

Skromny kompromis Merkel

Jeszcze kilka tygodni temu sojusznikiem Holendra była też Angela Merkel. Jednak w miarę jak staje się coraz bardziej prawdopodobne, że porozumienia budżetowego nie uda się osiągnąć przed 1 lipca, kiedy przewodnictwo w UE przejmą Niemcy, kanclerz łagodzi stanowisko. Zapowiedziała, że „każdy musi wykazać gotowość do kompromisów". To może oznaczać, że Niemcy zgodziłyby się na minimalnie wyższy poziom wydatków, niż wyznacza „klub skąpców", czyli ok. 1,03 proc. PKB.

Wynik rokowań jest też w rękach Francji. W czasie wizyty w Warszawie Macron zapowiedział, że wraz z Polską będzie „bronił" przed nadmiernymi cięciami Wspólnej Polityki Rolnej (CAP), która – razem z funduszami strukturalnymi – stanowi dwie trzecie wydatków Unii. Jednak mimo popisów retorycznych Paryża Francja, która po brexicie stała się drugim płatnikiem netto, w rzeczywistości też już nie jest aż tak bardzo gotowa do otwarcia własnego portfela. Z długiem odpowiadającym 100 proc. PKB i deficytem bliskim 3 proc. PKB republika musi raczej szukać źródeł oszczędności niż dodatkowych wydatków.

Trzecia linia metra

Wszystko to pokazuje, jaką realną wagę unijne stolice przywiązują do wprowadzenia w życie nowych projektów integracji. W ostatnich latach w Brukseli pojawiło się wiele nowych koncepcji. Zaraz po objęciu przewodnictwa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen wylansowała zielony ład, fundusz na wsparcie bardziej przyjaznych źródeł energii. Wcześniej priorytetem było powołanie funduszu rozwoju europejskiej obronności oraz skokowy wzrost wsparcia dla Frontexu i szerzej wspólnej polityki migracyjnej. Unia od dawna chciała także większych nakładów na nowe technologie.

Ustalenie limitu wydatków na poziomie ledwie przekraczającym 1 proc. PKB oznacza jednak, że we wszystkich tych punktach więcej będzie retoryki niż realnego działania. Tym bardziej że z jednej strony Francja, Polska i Irlandia, a z drugiej klub przyjaciół spójności będzie chciał w ramach relatywnie niewielkiego budżetu możliwe ograniczyć cięcia w polityce rolnej i funduszach strukturalnych.

Na oszczędności budżetowe nakłada się warta 12 mld euro rocznie dziura, jaką w budżecie Unii pozostawia Wielka Brytania, dotychczasowy drugi co do wielkości płatnik netto.

Mimo wszystko, jeśli trzymać się propozycji KE, Polska z 64 mld euro na lata 2021–2027 pozostałaby największym całościowym beneficjentem funduszy strukturalnych. Rząd liczy, że dzięki temu uda się zrealizować kolejne wielkie projekty infrastrukturalne, jak Centralny Port Komunikacyjny, Via Carpatia czy trzecia linia warszawskiego metra.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA