fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Teatr

Dobry teatr to prosty teatr

Isabelle Huppert w „Wiśniowym sadzie” w reżyserii Tiago Rodriguesa
Festival d'Avignon, Christophe Raynaud
„Wiśniowy sad" Tiago Rodriguesa z Isabelle Huppert w roli Raniewskiej to najważniejsze wydarzenie imprezy.

Spektakl grany na dziedzińcu głównym Pałacu Papieskiego wyjątkowo precyzyjnie opisuje zmiany zachodzące na najbardziej prestiżowym na świecie festiwalu teatralnym. Tiago Rodrigues został właśnie jego nowym dyrektorem, zmieniając kierującego nim od 2013 roku znakomitego reżysera Oliviera Py. Adaptację Czechowa uznać należy więc za teatralne exposé nowej dyrekcji. Wyczytać z niej można o przyszłości awiniońskiego festiwalu, ale też teatru w ogóle, o wiele więcej niż z wypowiedzi towarzyszących nominacji Portugalczyka.

Drzewa z żyrandoli

Koncepcja inscenizacyjna Rodriguesa zbliżona jest do konwencji opery: mamy oto proste rozwiązania i metafory, zza których wygląda obraz świata złożony, wstrząsający i pozostający długo w głowie widza.

Spektakl zaczyna się niezwykłą sceną powrotu Raniewskiej do domu, do korzeni. Ponieważ jednak jesteśmy nie w kraju Czechowa, tylko we Francji, Raniewska ucieka na prowincję z Paryża. Gdy dołożyć do tego pomysł, że wiśniowy sad w spektaklu Rodrigueza to my, widzowie, symbolizowani również przez rzędy równo ustawionych krzeseł, okazuje się, że głównym tematem tego przedstawienia jest teatr. Jednak nie ten ukazywany przez pryzmat rozterek twórców, lecz uosabiany przez widzów.

Dla Francuzów temat ten jest jeszcze bardziej czytelny, gdyż jest to przecież spektakl o ucieczce wielkiej damy kina i teatru Huppert z Paryża, w którym nie ma już widza dla bardziej wyrafinowanego teatru. Jest tam bowiem głównie teatr gwiazd i celebrytów.

Po duchową strawę należy więc udać się gdzie indziej. Spragniona jej Huppert przyjeżdża do Awinionu, bo tylko tu teatr jeszcze kogoś obchodzi, dotyka i jest prawdziwym centrum świata. Niestety, jest też otoczoną średniowiecznymi murami twierdzą – siedzimy wszak na gigantycznej widowni, ale odgrodzonej od świata murami. Inne filtry selekcji stanowią cena biletu, covidowe restrykcje oraz obsługa bezwzględnie przestrzegająca zasad bezpieczeństwa, uwrażliwiona na materiały wybuchowe. Jak zatem nowy dyrektor Awinionu zamierza otworzyć teatr na ludzi i walczyć z jego stopniową anihilacją? Odpowiedź znajdziemy właśnie w jego spektaklu.

Kluczem wydaje się postać Charlotty, ekscentrycznej towarzyszki Raniewskiej, guwernantki jej dzieci, córki cyrkowców bez historii i tożsamości. Uwielbia improwizować cyrkowe sztuczki ku uciesze towarzyszących jej osób. Rodrigues każe jej również bawić się światłem. A ma czym, bo scenografię „Wiśniowego sadu", prócz krzeseł, stanowią jeżdżące na szynach z filmowego planu monumentalne drzewa żyrandoli, co jest zjadliwą ironią w pokazywaniu klasowej przewagi.

W najważniejszej scenie spektaklu Charlotta pokazuje niezwykle znaczącą sztuczkę: gasi światło i na kilkanaście sekund pozostawia nas w ciemności. Tak kiedyś będzie wyglądał świat: nie będzie światła, nie będzie teatru, nie będzie nas. Charlotta ponownie zapala światło, bo na razie to tylko sztuczka, ale wystarczająco przejmująca. Rodrigues zaś wchodzi w buty cyrkówki. Jej społeczny status jest nieważny, jeśli umie nas zaczarować. Czy to droga teatru przyszłości? Zobaczymy.

Wątek społeczny jest eksponowany szerzej. Portugalczyk obsadził bowiem białą, francuskojęzyczną, uprzywilejowaną aktorkę w roli Raniewskiej w opozycji do Łopachina i kilku innych postaci, granych przez przedstawicieli nacji przez Francję kiedyś uciskanych i wykorzystywanych. Pomysł prosty, a jednak gdy Łopachin mówi, że udało mu się to, co było niemożliwe dla jego ojca i dziadka, łzy same płyną po policzkach.

Raniewskiej pozostaje zejść z pustej sceny i usiąść w magazynie rekwizytów, jej dom przejmują bowiem jej ofiary. Będzie musiała wrócić do Paryża: Raniewska, żeby się ratować, zaś Huppert, żeby od października grać „Wiśniowy sad" w Odeonie i znów smakować szampana pod żyrandolami. Taki to dziwny świat.

Czy zatem festiwal, a wraz z nim teatr, otworzą się bardziej na zwykłą publiczność? Dobrze się robi takie spektakle, trudniej podejmować konkretne, oparte o finanse decyzje. Zmorą jest także „wizerunkowa niewola" sztuki: najlepsze wszak kojarzy się przecież z najdroższym. Warto się zatem nowej dyrekcji portugalskiego reżysera bacznie przyglądać.

A już niedługo można będzie w Polsce posmakować jego teatru. Lizboński „Antoniusz i Kleopatra" zostanie w tym roku pokazany na Festiwalu Szekspirowskim w Gdańsku.

Zadowolony widz

Do najciekawszych wydarzeń pierwszej części 75. Festiwalu w Awinionie należały z pewnością spektakle Włoszki Emmy Dante. „Puppo de zucchero – la festa dei morti" to przypominające Tadeusza Kantora włoskie „Dziady" (akcja ma miejsce 2 listopada), eksplorujące granicę życia i śmierci. „Misericordia" z kolei, spektakl słynnego Piccolo Teatro di Milano, to studium macierzyństwa, które realizuje się bez względu na naturę – niepełnosprawny bohater jest wychowywany przez trzy przybrane matki, prostytutki.

Tym, co uderza w teatrze Emmy Dante, jest prostota formy i treści – jakby teatr zaczynał wreszcie pojmować, że widz, który go nie rozumie, to stracona szansa – na spotkanie, na wspólnotę, na zmianę.

Dobrze to pojął również choreograf Jan Martens, którego olśniewające taneczne show „Any attempt will end in crushed boddies and shattered bones", poświęcone człowiekowi i jego miejscu w świecie, wprawiło awiniońską publiczność w ekstazę. Prosty teatr to zadowolony widz. Czy do tego właśnie zmierza teatr po pandemii? Zobaczymy.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA