fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Teatr

„Cesarz" w Teatrze Ateneum: Pęcznieją kiesy dworzan

Marian Opania w „Cesarzu” Ryszarda Kapuścińskiego. Premiera 30 marca
Fotorzepa, Bartek Warzecha
„Cesarza" Ryszarda Kapuścińskiego z Marianem Opanią wystawia Mikołaj Grabowski w warszawskim Ateneum.

Marian Opania nie chciał zagrać Lecha Kaczyńskiego w „Smoleńsku", bo film o nim lansował teorię zamachu, na co nie ma dowodów....

... a dziwi to pana, że nie chciał zagrać?

A czy miał opory, żeby zagrać tytułową rolę w „Cesarzu", który pokazuje władcę rządzącego krajem, a nie podpisującego żadnego dokumentu?

Nie chcę odpowiadać za Mariana, ale rzuca się w oczy, że te dwa artystyczne byty dzieli otchłań kosmosu. Film jest produkcyjniakiem zrobionym na zamówienie partii politycznej, „Cesarz" jest uznanym na całym świecie reportażem o upadku autorytarnej, a może trzeba powiedzieć, schizofrenicznej władzy etiopskiego cesarza Hajle Syllasje.

Książka z 1978 roku w PRL była traktowana jako pamflet na I sekretarza Edwarda Gierka. Jakie emocje towarzyszyły tej lekturze, gdy działała już opozycja, władza chyliła się ku upadkowi, ale wydawało się to mało prawdopodobne?

W owych czasach, jeżeli teatr nie był stricte „polityczny", to był „podszyty polityką". Lepiej czy gorzej artyści tamtych czasów dawali odpór władzy ludowej. Nie wiem, czy ktoś z piszących zabrał się poważnie do tego tematu. A szkoda! Doszedłby do wniosku, że po pierwsze, artyści teatru zawsze byli i będą przeciw establishmentowi, a po drugie, że wynaturzenia rzeczywistości będą zawsze na rękę twórcom. I tak, wracając do lat 70. absurd epoki Gierka rymował się z teatrem absurdu, który królował w Polsce od lat 60.

Cesarz nie brał udziału w wyzwalaniu kraju spod władzy obcego imperium, a gdy doszedł do władzy – tych, którzy walczyli o wolność na pierwszej linii, niszczył i dawał fawory dawnym kolaborantom. Dlaczego polityk afiszujący się jako zwolennik lustracji i dekomunizacji korzysta z dawnych komunistów i esbeków?

To przecież bardzo proste. Kolaborant ma tyle za uszami, że jest wdzięcznym obiektem do sterowania nim. Może się podjąć najbrudniejszej roboty, byle społeczeństwo nie dowiedziało się o jego świństwach. A jak już wpadnie, to ma za sobą kolegów, którzy utrzymają go na powierzchni. Będzie dryfował w założonym mu na szyję, jak kaganiec, kapoku.

System etiopskiego cesarza Hajle Syllasje oparty był na donosicielstwie i korupcji. Demokratyczna władza nie może się bez tego obyć?

O jaką demokratyczną władzę pan pyta? O dzisiejszą? Wcześniej mieliśmy „demokrację socjalistyczną" – ile wspólnego miała ona z prawdziwą demokracją? Teraz mamy – nie wiem, jak ją nazwać – „demokrację suwerena", na którego powołuje się rząd, demontując zabezpieczenia demokratycznego systemu, bez których demokracja zamienia się w jej karykaturę. Każda władza potrzebuje donosicieli, niedemokratyczna na pewno. Musi likwidować ogniska zapalne, ale wcześniej musi o nich wiedzieć. A korupcja jest narzędziem nagradzania ludzi.

Zacytuję autora: „Najosobliwszy nasz lubił, żeby ludzie dworu mnożyli swój majątek, żeby rosły im konta i pęczniały kiesy. Nie pamiętam wypadku, żeby szczodrobliwy monarcha cofnął komuś nominację i przycisnął mu głowę do bruku z powodu korupcji. A niechże się pokorumpuje, byle tylko okazywał lojalność!". A owe „napęczniałe kiesy" to z dawnego polskiego języka. W którymś wywiadzie Kapuściński mówi o tym, jak szukał w słowniku słów czy fraz na oddanie tego, co było tam. A szukał w słowniku staropolskim. Wiedział, że pisze o Etiopii, ale widział ją w Polsce od wieków zmagającej się z dziedzictwem trującej nas anarchii.

Widzowie usłyszą ze sceny, że nawet lojalnej prasy nie należy dystrybuować w nadmiarze. Ale czy teraz nie ma innego problemu: nieważne, że władza popełnia błędy i kłamie, ważne by władzy nie zdobyła opozycja, bo stracimy wszystko?

Tu chodzi o rzecz wielkiej wagi: im mniej ludzie wiedzą, tym lepiej. A jeżeli już ich informować, to tylko po to, by wbić w głowy ciemnemu ludowi (jakie to upokarzające stwierdzenie!), że ma najlepszy rząd w całej historii Polski. To zdumiewające, jak dzisiejsza telewizja publiczna powtarza błędy telewizji czasów socjalizmu. Udowadnia ludziom – rzecz w moim pojęciu nie do udowodnienia – że przez te 40 lat (liczę od pierwszej „Solidarności") nic się nie stało. Że Polska nie zmieniła się, nie obudziła się z letargu zniewolonego myślenia, że nie zdobyła się na wydobycie głosu własnego. Najbardziej ponura diagnoza byłaby taka: ktoś tam w górze wie, że naród nie wyszedł z „saskiej groteski" – jak to formułował Gombrowicz. Że dalej jesteśmy śmiesznym, dziecinnym, niedojrzałym „upupionym" narodem, którym łatwo kierować.

Ryszard Kapuściński napisał, że politykom najtrudniej jest wyczuć moment przejścia od wszechmocy do niemocy. Zauważa pan objawy?

Każdemu z nas zdaje się, że kreuje rzeczywistość. Mnie jako reżyserowi, panu jako dziennikarzowi, także proboszczowi, biskupowi, również naukowcom, politykom, cesarzom. Pytanie fundamentalne jest, czy naprawdę ją kreuje. Czy zmienia świat, wpływa na rzeczywistość, rozwija drugiego człowieka, czy tylko rozwija sam siebie. Siebie samego w sobie rozwijając, można dojść do wniosku, że się jest prorokiem. Kimś „świat stwarzającym albo świat niszczącym", jak mówi Kapuściński. Takich ludzi należy się przede wszystkim obawiać, gdyż oni zniszczą wszystko, co stanie na ich drodze do własnej chwały.

Jak się okazało, Kapuściński, ogłaszając, że stworzył reportaż z relacji dworzan cesarza, stworzył literacką fikcję. Pan nie cytuje wiernie Kapuścińskiego, tylko stworzył adaptację, która eksponuje gombrowiczowską absurdalność, a także ducha przypominającego czasy saskie, a może współczesne, które sportretował pan w swoich przedstawieniach. Jak przebiegał ten proces?

Kiedy pierwszy raz przeczytałem „Cesarza", wywarł na mnie piorunujące wrażenie, ale będąc przed moją główną przygodą z Gombrowiczem – „Trans-Atlantyk" wystawiłem w roku 1980 – nie do końca dostrzegałem wpływ Witolda na Ryszarda. Lektura ostatnich lat przekonała mnie o tym, jak wielką pomocą dla Kapuścińskiego była twórczość Gombrowicza. Kapuściński z reportażu stworzył przecież nieomal szekspirowski dramat władzy, podlany sosem absurdu rodem z Mrożka, a zachłyśnięcie się gombrowiczowską frazą nadało tekstowi wymiar poetycki. Nie mylę się. Niektóre teksty autora brzmią jak najlepsze wiersze poezji dekadenckiej. Mogłem przepuścić taką okazję i nie ujawnić reportażu w formie wybiegającej poza schemat? To przecież okazja, by poszaleć z aktorami w oparach rzeczywistości groźnej, ale groteskowej zarazem. W oparach depresyjnej groteski. I nie będę miał za złe publiczności, jeżeli od czasu do czasu na spektaklu wybuchnie śmiechem.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA