fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Bremain nie całkiem wykluczony

AFP
Jeśli kryzys stanie się odczuwalny, Brytyjczycy mogą zmienić zdanie.

„Zostańmy, Brexit to szaleństwo", „Europo, kochamy cię" – pod takimi hasłami dziesiątki tysięcy osób protestowało w Londynie przeciwko wynikowi niedawnego referendum. Pewną nadzieję w sercach zwolenników integracji obudziło w piątek oświadczenie Miroslava Lajcaka, szefa dyplomacji Słowacji, która od 1 lipca przejęła na pół roku przewodnictwo w Unii.

– Będziemy popierać wszelkie inicjatywy, które powstrzymają Brexit – powiedział minister.

Już dwa dni wcześniej sekretarz stanu John Kerry po spotkaniu z Davidem Cameronem w Londynie przyznał, że możliwe jest „odwrócenie" wyniku referendum.

– Istnieje na to wiele sposobów, choć jako sekretarz stanu nie chcę o tym mówić, bo byłoby to kontrproduktywne – powiedział Amerykanin.

Strategia Lajcaka i Kerry'ego, którą po cichu aprobuje wielu proeuropejskich polityków w Londynie, to zasadniczo gra na czas. Zaczął ją już stosować sam Cameron, zapowiadając, że to jego następca, a nie on, formalnie wystąpi do Brukseli o rozpoczęcie negocjacji w sprawie wyjścia kraju z Unii. W ten sposób premier złamał słowo dane przed referendum, gdy, chcąc zastraszyć wyborców, zapewniał, że w razie zwycięstwa Brexitu „natychmiast" rozpocznie negocjacje rozwodowe z Unią.

Nazwisko nowego szefa rządu będzie znane 9 września. Ale faworytka do tego stanowiska, dotychczasowa minister spraw wewnętrznych Theresa May, zapowiedziała, że i wówczas rozwód się nie rozpocznie. Jej zdaniem formalne negocjacje nie zaczną się „przed końcem roku", a ustalenie nowego modus vivendi między Brukselą i Londynem „zajmie lata".

– Brytyjskie społeczeństwo jest w tej chwili bardzo negatywnie nastawione do Unii. Żadna partia nie będzie chciała frontalnie przeciwstawić się decyzji podjętej 23 czerwca przez 17 mln wyborców. Ale jeśli okres niepewności będzie się przedłużał, a w szczególności jeśli kraj wejdzie w recesję, nastroje społeczne mogą się stać bardziej przychylne Unii – mówi „Rz" Agata Gostyńska-Jakubowska z Center for European Reform (CER) w Londynie.

Unia może tu pomóc na kilka sposób. Przede wszystkim nie naciskając nadmiernie na Brytyjczyków, aby inicjowali procedurę z art. 50, która w ciągu dwóch lat zmusiłaby Królestwo do wyjścia ze Wspólnoty (o ile 27 krajów UE jednomyślnie nie zgodzi się na wydłużenie rozmów). Ale także ponownie rozważając zgodę na wstrzymanie w nadzwyczajnych sytuacjach swobody przemieszczania się osób, co Angela Merkel do tej pory odrzucała.

W wywiadzie dla „Bilda" Helmut Kohl zaapelował do przywódców Unii właśnie o powstrzymanie się od „nadmiernej presji" na Brytyjczyków. Z kolei Nicolas Sarkozy, który ma całkiem spore szanse wrócić w przyszłym roku do Pałacu Elizejskiego, zaproponował utworzenie „nowej umowy Schengen" z ograniczoną liczbą państw, poza którymi nie musiałaby obowiązywać swoboda przemieszczania się osób. Taka inicjatywa miałaby zostać wprowadzona w życie w 2017 r. poprzez ogólnounijne referendum i mogłaby pozwolić na wstrzymanie masowej imigracji do Wielkiej Brytanii.

Formalnie referendum miało tylko charakter konsultacyjny. Od kilku dni wśród prawników na Wyspach trwa debata, czy premier w ogóle z własnej woli może na tej podstawie powołać się na art. 50 traktatu o UE i wystąpić do Brukseli o rozpoczęcie formalnych negocjacji w sprawie wyjścia kraju z Unii. Ci, którzy uważają, że nie ma takich uprawnień, wskazują, że Westminster jest suwerenem, którego władzy nikt nie może ograniczyć. A jeśli tak, to tylko parlament może odwołać własną ustawę z 1972 r., na mocy której Zjednoczone Królestwo stało się członkiem Wspólnoty.

Na 650 deputowanych Izby Gmin niewiele ponad 150, niemal wyłącznie z euroscepstycznej frakcji torysów, poparłoby Brexit. Reszta byłaby przeciw. Jeszcze gorsze dla przeciwników integracji są proporcje w Izbie Lordów, gdzie zwolennicy utrzymania więzi z Brukselą biją na głowę przeciwników w stosunku 6:1.

Jednak tej chwili w grę nie wchodzi przeprowadzenie ponownego referendum, chociaż domaga się tego już przeszło 4 miliony Brytyjczyków, którzy podpisali się pod stosowną petycją w tej sprawie.

Brytyjscy prawnicy są natomiast zgodni, że parlament będzie musiał formalnie zatwierdzić wyniki negocjacji w sprawie nowych relacji między Unią i Wielką Brytania, przypuszczalnie za kilka lat. Wówczas w zupełnie innej niż dziś atmosferze.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA