fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Z relacji świadka: Jak się nie zestarzeć w Korei Północnej

AFP
Krowy pojone piwem, tłuszcz wyciskany z żab oraz specjalnie podrasowywany alkohol i papierosy to tylko niektóre z wynalazków opracowywanych w instytucie zajmującym się długowiecznością przywódców Korei Północnej.

Kim Hyeong-soo jest biologiem, który przez ponad 20 lat pracował w instytucie. Jego ojciec studiował w Bratysławie, Kim jeździ po świecie i opowiada nie tylko innym naukowcom o tym, jak wyglądały starania o przedłużenie życia najdroższych przywódców północnokoreańskiego reżimu.

Metody osiągania pożądanego rezultatu - Kim Ir Sen chciał dożyć 120 lat - bywały rozmaite. Wieczny prezydent lubił się śmiać, więc zapraszano przed jego oblicze 5- i 6-latków, by dziecięcymi wygłupami rozluźniały atmosferę. Lubił też dobrze zjeść, dlatego w laboratoriach badano tzw. owoce mnicha uchodzące za najlepsze naturalne źródło cukru (zawierają go do 300 razy więcej niż buraki cukrowe), masowano krowy sprowadzane z Danii, które uprzednio pojono piwem (dla lepszego mięsa) i pozyskiwano tłuszcz z wątróbek specjalnego gatunku żab (miał podobno działać na potencję). Cały naród szukał konkretnych egzemplarzy tych płazów, za jedną super żabę można było dostać kilogram ryżu.

W instytucie opracowywano bardziej wydajne w produkcji jaj kury, badano metody wzmacniania ścian tętnic i naczyń krwionośnych, by ich najważniejszego posiadacza jak najdłużej chronić przed zawałem, a także chciano ulepszyć papierosy i alkohol, po które sięgał zarówno ojciec, jak i syn, Kim Dzong Il. Według relacji Kim Hyong-soo cała działalność instytutu objęta była ścisłą tajemnicą, a badaczy zmuszano do pracy także w weekendy i święta, ponieważ proces starzenia się przywódców nie robił sobie nigdy przerw.

Hyeong-soo uciekł w 2009 roku, 11 lat po tym, gdy na własne oczy zobaczył ofiary wielkiego głodu. Ciała mieszkańców jego rodzinnej prowincji Ryanggang leżały wzdłuż drogi. Do swojego miasta Hyesan jechał wówczas pierwszy raz od 7 lat. Był to jego dawno nie doświadczany urlop. Ludzie umierający z braku jedzenia nie za bardzo pasowali do koncepcji jak najdłuższego utrzymywania przy życiu przywódców. Do tego, gdy przyszłego uciekiniera umieszczono w jednostce nr 38 zajmującej się pozyskiwaniem walut obcych na fundusz lojalnościowy dla rodziny Kimów, miara się przebrała.

Naukowiec miał więcej szczęścia niż jego matka. Jej ucieczka z 2010 skończyła się złapaniem, sześcioma miesiącami tortur i śmiercią. Dzisiaj Kim opowiada swoją historię m.in. na forum ONZ (wystąpił tam w grudniu ubiegłego roku) i w Londynie (w marcu 2016 na forum dotyczącym kwestiom uciekinierów z Korei Północnej). Sugeruje cztery najważniejsze kroki, dzięki którym sytuacja na podzielonym półwyspie może się zmienić na lepsze. Trzeba stawiać na informowanie zwykłych ludzi, osób z kierownictwa partii, zaostrzyć sankcje do granic możliwości oraz szerzyć wszędzie na świecie świadomość tego, że nad 38. równoleżnikiem istnieje państwo, które od końca II wojny trzyma wszystkich swoich obywateli jako zakładników.

Można próbować negocjować przy pomocy ONZ, sześciostronnej komisji powołanej w celu denuklearyzacji obu Korei. Można myśleć o pojednaniu przy pomocy sportu - jak chciałby nowy prezes FIFA dążąc do wspólnego meczu między Północą a Południem. Powstaje także koncepcja stworzenia nowej zjednoczonej Korei na wzor szwajcarski, jako kraju neutralnego i wyłączonego tym samym z gry o wpływy w regionie. Jak na razie co kilka tygodni ponad strefą zdemilitaryzowaną (tak nazywa się granicę między Koreami) w stronę Pjongjangu lecą balony. Zrzucają na Północy ulotki mówiące prawdę o reżimie, dostarczają mieszkańcom małe radyjka, dyski USB oraz płyty CD z audycjami, filmami i materiałami tłumaczącymi zachodnią rzeczywistość. Można też docierać do krewnych i przyjaciół pozostawionych państwie-wiezieniu za pośrednictwem przemytników. Za pieniądze granica między Koreą Północną a Chinami przestaje być tak szczelna, jak chciałby tego Kim Dzong Un. Nie działa już także zasada współudziału rodzin uciekinierów do trzech pokoleń wstecz. Zbiegów jest coraz więcej, a aparat państwa nie nadąża za namierzaniem ich rodzin. Inaczej trzeba by wysłać do obozów pracy jakieś 90 proc. mieszkańców wspominanego miasta Hyesan. Lepiej dać łapówkę, bo w końcu najmłodszy z Kimów musi mieć za co sprowadzać szampany, ser i drogie zegarki.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA