fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sędziowie i sądy

Trudno wzruszyć nominację pierwszej prezes Sądu Najwyższego

Prezydent Andrzej Duda powołuje Małgorzatę Manowską na stanowisko Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego.
Kancelaria Prezydenta RP
W sporze o wybór Małgorzaty Manowskiej nie chodzi o to, by nominację otrzymał ten, kto uzyskał najwięcej sędziowskich głosów, ale aby miał poparcie większości.

Żaden przepis tego wyraźnie nie mówi, a stara część SN mająca w nim większość i prawnicy ją wspierający powołują się na zwyczaj (tak było w poprzednich wyborach, np. prof. Małgorzaty Gersdorf) oraz na to, że zgromadzenie SN „przedstawia" kandydatów.

Rzeczywiście art. 183 ust. 3 konstytucji stanowi, że pierwszego prezesa Sądu Najwyższego powołuje prezydent RP na sześcioletnią kadencję spośród kandydatów przedstawionych przez Zgromadzenie Ogólne Sędziów SN.

Stara część SN uważa, że w trakcie zgromadzenia wyborczego powinna była być zatem podjęta, obok głosowania i ogłoszenia wyników, jeszcze uchwała, która poparłaby całą tę piątkę czy jej część (wtedy wybory byłyby chyba nieważne). Prowadzący zgromadzenie się na to nie zgodził, a prezydent powinien mianować pierwszym prezesem Włodzimierza Wróbla, nieformalnego lidera „starych" sędziów. Dostał 50 głosów na 95 głosujących. Tymczasem prezydent mianował Małgorzatę Manowską, sędzię z nowego nadania, choć z dużym stażem sędziowskim, która dostała 25 głosów.

Czytaj także:

Pierwszy prezes SN czy neoprezes?

W tym sporze jest wiele nieporozumień. Po pierwsze, prezydent nie musi powoływać na pierwszego prezesa sędziego, który uzyskał najwięcej głosów, choć taki był zwyczaj, gdyż wtedy jego wybór byłby iluzoryczny. Zresztą zwyczaj w Polsce i Europie ma marginalne znaczenie i musi ustępować przed prawem stanowionym.

A prawo stanowione, czyli ostatnia nowela ustawy o SN („dyscyplinująca"), ustanowiło dokładne zasady wyboru kandydatów na pierwszego prezesa, by uniknąć zapowiadanego wcześniej niedopuszczenia do wyboru kandydatów na następcę prof. Gerdorf spoza starych sędziów. Krok po kroku określa ona tryb prowadzenia ich wyboru – a to jest ustawa, którą nawet zgromadzenie SN musi respektować. Stanowi ona, że każdy sędzia SN ma prawo zgłosić jednego kandydata, a w głosowaniu tajnym wybiera się pięciu, którzy uzyskali najwięcej głosów. Niezwłocznie po ich wybraniu przewodniczący albo inna osoba wskazana przez zgromadzenie przekazuje ich nazwiska prezydentowi.

Dodajmy, że tego samego dnia prezydent mianował prezesem Izby Karnej SN sędziego Michała Laskowskiego ze starego nadania, który wśród wyłonionych wcześniej w tej izbie kandydatów nie otrzymał najwięcej głosów. Różnica jest tylko taka, a może aż taka, że o prezesach izb SN konstytucja milczy. Nie ma wątpliwości, że strona prezydencko-rządowa chciała od dawna, aby SN kierował nowy sędzia, a starzy chcą kogoś z ich grona. W sporze prawnym liczą się jednak nie tylko przepisy, ale też ich wykładnia.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA