fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Adwokat: biurokraci wszystkich krajów – uczcie się

www.sxc.hu
Podczas przyjęcia imieninowego przygotowanego przez przeuroczą Annę, miałem możliwość wysłuchać narzekań na kanadyjską, a konkretnie prowincjonalną biurokrację.

Czytelnicy felietonów mogą odnieść wrażenie, że obserwując z Kanady i krytykując to, co widzę niewłaściwego w Polsce, dostrzegam same negatywy. Zanim zacznę o Kanadzie – ostatnio Sejm w Polsce z całą pompą przyjął zmianę do ustawy – Ordynacja podatkowa i wprowadził zasadę, że niedające się usunąć wątpliwości co do treści przepisów prawa podatkowego rozstrzyga się na korzyść podatnika (art. 2a. – Senat dopisał „lub innej strony postępowania").

Znana łacińska zasada „in dubio pro reo", która ma pochodzenie z prawa rzymskiego i dotyczy prawa karnego, znalazła swoje miejsce w ustawie podatkowej jako in dubio pro tributario (w razie wątpliwości na korzyść podatnika). Nie chcę trywializować ordynacji podatkowej, ale zastanawia mnie, dlaczego w ogóle jest potrzebny taki zapis.

Często używane powiedzenie, może nie prawne, „nie rób drugiemu, co tobie niemiłe", notabene wywodzące się od wypowiedzi Chrystusa, wystarcza, by rozwiać również prawne, niedające się usunąć, wątpliwości dotyczące przepisów prawa i nie tylko podatkowego. Moim zdaniem wystarczy przeszkolić urzędników, by tę prostą regułę stosowali nie tylko w życiu prywatnym, ale i w pracy. Czy potrzeba aż ustawy, by w sprawach, w których pojawiają się niedające się usunąć wątpliwości, decydowali na korzyść petenta? Wystarczy wejść w buty obywatela i zapytać – jak ja bym chciał, żeby ta sprawa – w razie niedających się usunąć wątpliwości – została załatwiona? Można przecież nonsensy usunąć, zwłaszcza takie, które naprawdę nie wymagają zmiany prawa, nowych ustaw czy zarządzeń. Trzeba tylko zmienić podejście urzędników.

Znajomi prowadzą w Kanadzie dom starców. Z uwagi na łatwość „wykorzystywania" osób starszych i często niedołężnych rząd prowadzi regularne inspekcje i interweniuje w przypadkach nieprawidłowości. Tak być powinno, ale życie jest życiem i ostatnio coś przyszło do głowy inspektorom, którzy zażądali, by rozdzielić mieszkającą w tym domu matkę w wieku powyżej 95 lat i córkę przed siedemdziesiątką. Inspektorzy poszli z tą sprawą do zarządu domu starców. Tam usłyszeli, że taka decyzja jest idiotyczna (oczywiście powiedziane bardzo kulturalnie i dyplomatycznie). Inspektorzy poszli więc do córki, która była mniej dyplomatyczna i wprost powiedziała – nie! Na co dostała ultimatum: albo się pani wyprowadzi do nowego domu (podano nazwę i adres) odległego od matki o 2 godziny jazdy komunikacją publiczną, do piątku wieczór, albo...

Córka pojechała, obejrzała i wieczorem w piątek wróciła do matki, do domu, w którym razem przebywały. W poniedziałek inspektorzy ponownie przyszli do zarządu, zrobili awanturę o brak pokory wobec ich decyzji. Na pożegnanie padło – że jeszcze popamiętają. Zarząd domu starców pomaga staruszkom i interweniuje. Obecnie sprawa trafiła do ministra zdrowia. A przecież wystarczyłoby, żeby inspektorzy weszli w buty córki...

Teraz wróćmy na chwilę do Polski. Petentka była nagabywana przez urząd do wykonania czynności, których nie musiała wykonywać. W końcu rozgoryczona napisała do dyrektora pismo i poszła do kancelarii, by tam je złożyć. Wywiązała się rozmowa, którą mi zacytowała w całości (uprzedzając, urząd nie ma prawa odmówić przyjęcia podania).

Pani – Chciałabym złożyć pismo do dyrektora.
Pan w kancelarii – Kim pani jest?
Pani – Człowiekiem.
PS – Kim jeszcze?
Pani – Kobietą.
PS – Skąd pani przychodzi, z resortu?
Pani – Z ulicy.
PS – Proszę przygotować to pismo!
Pani – Mówiłam panu, że chcę złożyć, jestem przygotowana.
Pan – Wziął pismo, popatrzył złym wzrokiem, pokwitował i nie powiedział ani dziękuję, ani do widzenia.
Pani wyszła.

Ja w takich sytuacjach mówię „a co to pana/panią obchodzi". Bo cóż to może skrzynkę pocztową obchodzić, kto do niej wrzuca listy?

Kanada. Idąc z psem na spacer, zobaczyłem, że metalowy rynsztok ma dziurę w kratownicy wielkości co najmniej 40 cm średnicy. Ktoś nie zauważy i wypadek gotowy. Dzwonię w piątek po południu (duży błąd, bo wszyscy już spakowani do wyjścia) i informuję gdzie, jaka dziura, podaję swój adres i nazwisko, numer telefonu. Telefonista, którego jedynym zadaniem jest odebranie zgłoszenia, zaczyna mnie wypytywać o szczegóły, od kiedy jest dziura – nie wiem, czy głowa dziecka (naprawdę!) zmieści się w dziurze – zmieści, czy wiem, jaka jest przyczyna powstania – nie wiem, skąd wiem, że jest dziura (!) – bo widziałem itp. Po 20 minutach takich wyjaśnień, nawet moja cierpliwość się skończyła. Następnego dnia już była czerwona barierka. Mój obywatelski obowiązek spełniłem, ale następnym razem to nie wiem, czy będę gotów tracić 20 minut na takie konwersacje.

I tak na powyższych przykładach stawiam tezę, że nie jest potrzebna ustawa, tylko tak chrześcijański naród jak Polacy powinien po prostu przeczytać Pismo Święte i zastosować się do nauk Chrystusa - „nie rób drugiemu, co tobie niemiłe", załatwiaj szybko, grzecznie i rozsądnie. I wtedy zapis nie tylko w ordynacji podatkowej nie będzie potrzebny.

Autor jest adwokatem od 34 lat i prowadzi kancelarię w Montrealu

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA