fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Sowiński: dywersyfikacja opozycji to nowe szanse

Władysław Kosiniak-Kamysz nie chce wspólnego bloku z PO.
Fotorzepa, Marian Zubrzycki
Jest szansa, że jesienne wybory nie będą tylko czarno-białym plebiscytem – uważa politolog.

Polityczna determinacja Polskiego Stronnictwa Ludowego sprawiła, że figury na politycznej szachownicy, zwłaszcza po jej stronie opozycyjnej, rozstawione zostały właściwie na nowo, a dotychczasowy szyk zwartej Koalicji Europejskiej zastąpiony został formułą trzech wyborczych bloków. Wiele wskazuje więc na to, że jesienna rozgrywka parlamentarnej opozycji z obozem władzy, inaczej niż ta wiosenna, toczyć się może na całej szerokości politycznej szachownicy, od lewej do prawej jej strony, oraz że niewolna będzie ona także od rywalizacji wewnątrzopozycyjnej.

Taka zaś polityczna dywersyfikacja niesie opozycji dobrze znane ryzyka, ale ma w sobie także sporo nowych szans. Warto je dziś przemyśleć i rozważyć.

Dobrze znane ryzyka

O ryzykach związanych z tym nowym rozstawieniem opozycji powiedziano już niemal wszystko – zwłaszcza jego krytycy. Słusznie zatem przypominali oni o istnieniu progu wyborczego, którego przekroczenie nie jest w przypadku mniejszych formacji sprawą oczywistą. Nie bez racji wskazywali również, że przeliczanie w poszczególnych okręgach głosów na mandaty według systemu d'Hondta premiuje duże i silne listy wyborcze, zwłaszcza tam, gdzie przewaga zwycięskiej listy nad kolejną sięgnie kilkunastu punktów procentowych.

Do tego dochodzą jeszcze zagrożenia czysto polityczne. Dość jednak zaskakujące zróżnicowanie się i rywalizację polityków, którzy jeszcze dwa miesiące temu z uśmiechem szli razem pod jednym wyborczym sztandarem, a wcześniej przez ponad trzy lata wspólnie krytykowali obóz władzy, muszą przecież zrozumieć i zaakceptować ich wyborcy. Nie można więc wykluczyć, że przynajmniej część z nich w tym politycznym zwrocie politycznej akcji dostrzec może niemoc opozycji i wynikającą z niej niezdolność do współpracy. Inni, odwrotnie, ale równie dla opozycji niekorzystnie, w tej dość niespodziewanej dywersyfikacji dostrzec mogą swego rodzaju polityczny fotomontaż, w ramach którego opozycja, jedynie na czas wyborów, nieco szerzej rozpostrzeć chce polityczne skrzydła. A politycy obozu władzy, prawem kampanii, zrobią zapewne wiele, by takie wątpliwości w elektoracie opozycji wzmacniać i utrwalać.

Dlatego na przykład, choć możliwe jest samoograniczenie się partii opozycyjnych w poszczególnych tematach czy wyborczych okręgach, tak by nieco zracjonalizować ich rywalizację i dać szanse partiom najmniejszym, to już ryzykowny wydaje się pomysł jednej wspólnej listy do Senatu.

Nowe szanse

Ryzyk tych żadną miarą nie ignorując, dostrzec trzeba także polityczne szanse, jakie nowe polityczne rozdanie daje i opozycyjnym środowiskom, i opozycji jako takiej, i wreszcie nam, wyborcom, niezależnie od naszych politycznych preferencji.

Z punktu widzenia poszczególnych opozycyjnych środowisk, od Razem, SLD czy Wiosny po lewej stronie, po PSL, K'15 (nie mówiąc już o Konfederacji) po stronie prawej, oczywistością wydaje się, że pójście do wyborów pod wyrazistymi sztandarami daje większości z nich większą szansę na dotarcie do wyborcy bardziej wymagającego, który nie potrafi zaakceptować ideowej letniości czy tym bardziej sprzeczności szerokich koalicji, ale także tego nowego, dopiero szukającego ciekawych politycznych ofert. Samodzielność to także większa przestrzeń dla sprawdzenia się własnych liderów, co może mieć spore znaczenie w kontekście wiosennych wyborów prezydenckich.

Całej opozycji jako takiej polityczna dywersyfikacja daje z kolei szanse, że wyborczą kampanię trudniej będzie skupić na jednym tylko, wybranym przez obóz „dobrej zmiany" wygodnym dla niego temacie czy skryć ją w cieniu jednej tylko emocji. Idąc w wyborach w różnych blokach, partie opozycji skuteczniej będą mogły – w imieniu swych różnych wyborców – podejmować niezbyt wygodne dla obozu władzy, a dość różne przecież kwestie sytuacji na wsi, wzrostu cen, szkolnictwa, służby zdrowia, praworządności czy efektów polityki zagranicznej. Co więcej, formuła politycznej dywersyfikacji, inaczej niż model koalicji, otwiera też opozycję na wyborcę wielkomiejskiego i liberalnego, ale też tworzy ofertę dla wyborcy konserwatywnego, którzy obawia się w Polsce zarówno rewolucji ustrojowej, jak i obyczajowej.

Na tym nowym otwarciu opozycji skorzystać możemy wreszcie wszyscy, niezależnie od tego, czy nasze polityczne serca są dziś po jej stronie, czy biją w rytm „dobrej zmiany". Formuła politycznej dywersyfikacji opozycji daje bowiem szanse, że jesienią, inaczej niż wiosną, zamiast na czarno-biały plebiscyt, gdzie głosuje się głównie „przeciw", pójdziemy na prawdziwe, pełne politycznych barw i dobrych pomysłów, demokratyczne wybory.

Trudny egzamin

Co w tym pobieżnie tu przywołanym bilansie ryzyk oraz szans opozycji przeważy? Dziś powiedzieć możemy jedynie, że kluczową dla opozycji sprawą wydaje się jakość czy też model jej wewnętrznej rywalizacji.

Idąc bowiem do różnych wyborców, w różnych sprawach i pod różnymi sztandarami, partie opozycji muszą wyraźne się odróżnić, a to znaczy także spierać się i ze sobą rywalizować. Taka jest cena wyborczej wiarygodności, bez której nowe otwarcie opozycji wyglądać może – jak powiedzieliśmy wyżej – na niemoc, fikcję lub polityczny fotomontaż.

Z politycznego doświadczenia wiadomo zaś, że polityczna rywalizacja może wyborców zniechęcać czy nużyć, zwłaszcza gdy twardo i ambicjonalnie walczą między sobą o wpływy politycy z tej samej politycznej strony, reprezentujący ten sam elektorat i głoszący podobne polityczne hasła. Dobrze pokazuje to lekcja prawicowej AWS z lat 1997–2001 czy polskiej lewicy po roku 2005. Ale polityczna rywalizacja może mieć też charakter funkcjonalny, oddający faktyczne społeczne różnice, wychodzący naprzeciw prawdziwym politycznym emocjom i wnoszący do debaty realne społeczne kwestie. A wtedy przyciąga ona życzliwe zainteresowanie różnych elektoratów i premiuje politycznie wszystkich uczestników sporu. Tu z kolei jakiejś ilustracji szukać możemy w zdominowaniu sceny politycznej po roku 2005 przez PO i PiS.

Polaryzacja wydaje się dziś zatem dla opozycji nie tylko istotnym ryzykiem, ale także potencjalnym źródłem, tak potrzebnej w czasie wyborów, politycznej energii. Umiejętnie poprowadzona przyciągnąć może szersze zainteresowanie i emocje wyborców, przekonując ich, że nie tylko obóz dobrej zmiany rozumie różne społeczne emocje Polaków, umie czytać ich aspiracje, dostrzega dzielące ich różnice i potrafi wyjść im naprzeciw. Co więcej, zdając ten niezwykle trudny egzamin z funkcjonalności politycznej rywalizacji, opozycja przekonać też może, część przynajmniej wyborców, że spór polityczny, ekonomiczny oraz światopoglądowy, na jaki zapewne jesteśmy skazani, toczyć można efektywnie, z szacunkiem dla oponenta i respektem dla losu politycznej wspólnoty. A w kontekście doświadczeń z ostatnich czterech lat to naprawdę niemało.

O co walczy opozycja?

Nowa sytuacja na politycznej szachownicy wymaga więc od liderów opozycji, szczególnie od Grzegorza Schetyny i polityków PO, nadzwyczajnej zręczności, wyobraźni i wyczucia społecznych nastrojów. Nie mniej jednak, inaczej niż formuła szerokiej koalicji, daje ona opozycji szansę nie tylko na walkę o wielkość opozycyjnego klubu w przyszłym parlamencie czy przywództwo nad nim, ale otwiera także na rywalizację, o którą w każdych demokratycznych wyborach chodzić powinno przede wszystkim. Na zmaganie o władzę.

Autor jest dr. hab., pracownikiem Instytutu Politologii UKSW

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA