fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Referendalne błędy prezydenta Dudy

Marginalizowany dotąd prezydent Andrzej Duda próbuje zaistnieć w polskiej polityce.
Fotorzepa, Jerzy Dudek
Narzucenie konstytucyjnej narracji w kampanii samorządowej spowoduje dezorientację

Prezydent Andrzej Duda ogłosił, że zainicjuje dwa referenda. Pierwsze, dotyczące zmiany konstytucji, ma się odbyć równolegle z wyborami samorządowymi jesienią 2018 r. Drugie, na temat uchodźców, przy okazji wyborów parlamentarnych w 2019 r. W przypadku pierwszego chodzi mu o to, by nową konstytucję pisał lud, a nie elity. W przypadku drugiego – kompletnie nie wiem, o co chodzi, natomiast doskonale rozumiem potencjalne ryzyka, jakie drzemią w tym zgoła absurdalnym pomyśle.

Wynalazki i ciasny garnitur

Ale zacznijmy od początku. Trudno nie mieć wrażenia, że marginalizowany na wszelkie sposoby prezydent próbuje ostatnio w polskiej polityce jakoś zaistnieć. A nawet przejąć inicjatywę. Nie wykorzystuje przy tym ścieżek, jakie daje mu aktualny system konstytucyjny, tylko szuka jakichś spraw nadzwyczajnych, które polityczny żargon określa jako „wynalazki". Jakie są naturalne ścieżki konstytucyjne? Kreśli je przede wszystkim zasada koabitacji, która mimo że w konstytucji nienazwana, wydaje się mieć w ustawie zasadniczej z 1997 roku wyjątkowe znaczenie. Prezydent jest od tego, by bronić ducha konstytucjonalizmu poprzez kontrolę stanowionego i wykonywanego prawa. Ma do tego instrumenty, choćby takie jak weto. Może również kierować sprawy do Trybunału Konstytucyjnego. W tej roli jednak Andrzej Duda kompletnie się nie sprawdza. Jest powszechnie uważany za notariusza rządzącej partii. Mimo że miał niemal dwa lata na emancypację, nie uczynił nawet jednego kroku, by odciąć polityczną pępowinę łączącą go z macierzystą partią. Zapewne ma tego głęboką świadomość, więc ima się innych metod, by zasymulować niezależność. Ostatnio pożalił się publicznie, że nazywanie prezydenta RP zwierzchnikiem Sił Zbrojnych nie ma sensu, skoro w czasie pokoju głowa państwa wykonuje swoje uprawnienia za pośrednictwem ministra obrony narodowej. W tle tej konstatacji pobrzmiewa refleksja o potrzebie zmiany konstytucji i logika, w myśl której należy zerwać z fikcją albo przekazać w ręce prezydenta faktyczne kompetencje. W przypadku Andrzeja Dudy wygląda to na narzekanie na za ciasny garnitur, który krępuje kompetencyjnie głowę państwa. Prawda jest jednak inna. Prezydent niezmiernie rzadko wykorzystywał dotąd uprawnienia, które już posiada, a w przypadku MON był regularnie ignorowany przez urzędującego ministra. Mamy więc problem nie tyle przyciasnego garnituru, ile jego właściciela.

Szał referendalny

Najnowszym (i niespodziewanym) wynalazkiem prezydenta Andrzeja Dudy są pomysły referendalne. Pomijając problem sposobu ogłoszenia pierwszego z nich, który wprawił w osłupienie całą klasę polityczną, trudno go zakwalifikować inaczej niż jako ekstremalną formę populizmu. Według Andrzeja Dudy wizja konstytucji powinna wyjść od suwerena, a nie od elit. To lud – zdaniem prezydenta – powinien rozstrzygnąć, czy winniśmy mieć w Polsce system prezydencki czy np. parlamentarno-gabinetowy. Z Senatem czy bez. Czy głowa państwa winna być wybierana w wyborach bezpośrednich czy przez Sejm, etc. Gdzie i kiedy – pozwolę sobie spytać pana prezydenta – głowa państwa widziała konstytucję pisaną przez lud? I skąd wiara, że lud w tych sprawach ma, bądź kiedykolwiek mieć będzie wyrobione zdanie? Bałamutność pomysłu polega również na tym, że to nikt inny, tylko elity zapewniają o potrzebie delegowania takiej kompetencji na lud i elity będą narzucały ton debacie. Ergo, tworzymy szeroką sferę dla manipulacji politycznej w wykonaniu dysponentów władzy przy użyciu posłusznych im mediów. To sfera otwarta również dla opozycji, która będzie musiała się przebijać ze swoim komunikatem. Rzecz jasna to przebijanie się będzie możliwe wyłącznie przy użyciu nadzwyczaj uproszczonych schematów, a to nie posłuży ani edukacji, ani wysublimowaniu debaty. Jeśli do tego jeszcze dodamy narzucenie narracji konstytucyjnej w trakcie kampanii samorządowej, wyjdzie bełkot i masowa dezorientacja. Zamiast koncentrować się na tematyce samorządowej, suweren będzie musiał słuchać o wyższości modelu kanclerskiego nad prezydenckim.

Jeszcze gorzej oceniam pomysł na referendum w sprawie uchodźców. Po pierwsze, przeprowadzenie go równolegle z wyborami parlamentarnymi jednoznacznie sprofiluje merytorykę debaty wyborczej. Przy prawdopodobnym poziomie jej agresywności (miejmy nadzieję, że tylko retorycznej) boję się, by nie stała się witryną dla eksplozji polskiej ksenofobii. Łatwo sobie wyobrazić, że skrajne partie zastosują retorykę bardzo radykalną. Partie środka będą musiały się do niej dostosować. Emocje mogą, a pewnie i muszą sięgnąć zenitu. Nie wyjdzie to na dobre polskiej polityce ani nie przysłuży się polskiemu wizerunkowi. A jeśli na fali społecznych emocji dojdzie do jakichś brutalnych zdarzeń, wina będzie obciążała wyłącznie inicjatora debaty, czyli pana prezydenta.

Mizeria referendów

Czy głowa państwa nie boi się odpowiedzialności? Osobną sprawą jest, że zapowiedź referendum w sprawie przyjmowania uchodźców może się stać swoistym alibi dla rządzących, którzy otrzymują argument, by wstrzymać wszelkie działania w tej kwestii do czasu referendum. Taki pretekst jest im bardzo na rękę. Mogą się zasłonić oczekiwaniem na rzekomą wolę ludu, a w praktyce (tak wynika z kalendarza) przerzucić problem na kolejną ekipę rządową, która wyłoni się po wyborach. Tylko czy Europa wykaże tyle cierpliwości? Tego nie jestem pewien.

Nie jestem, o czym wielokrotnie na tych łamach pisałem, wielbicielem referendów. W systemie demokracji pośredniej, który ma w Polsce dominującą tradycję, odwoływanie się do referendów to najczęściej ucieczka klasy politycznej przed odpowiedzialnością za rozwiązywanie trudnych kwestii. Na dodatek są sprawy, których nie powinno się testować w referendach. To kwestie głęboko osadzone w systemie przyjętych wartości. Solidarność europejska do nich właśnie należy. Pomóc w kwestii relokacji uchodźców po prostu musimy. Podobnie jak nie unikniemy konieczności wypracowania narodowej strategii dotyczącej kwestii migracyjnych. To elementarny obowiązek rządu i nikt go z niego nie zwolni.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA