fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Bartłomiej Nowotarski: Wybory fair lub całkiem nie

Fotorzepa/ Robert Gardziński
Zmanipulowana rywalizacja nie nobilituje zwycięzcy.

Słowo „fair" weszło do polskiego słownictwa już dawno, w dużej mierze za sprawą sportu. Tam rywalizacja fair play wydaje się nam oczywistą wartością i intuicyjnie wyczuwamy, o co chodzi. Już starożytne zawody w Olimpii miały przecież być „szlachetnym współzawodnictwem". Przesłanie stało się jasne: cel (zwycięstwo) nie może uświęcać wszystkich środków, bo to nie nobilituje, nie uszlachetnia (łac. nobilis – szlachetny).

Fair do polityki (ale także i do prawa) weszło na dobre wraz z doświadczeniami tzw. trzeciej fali demokratyzacji (1974–2012), a dokładnie w roku 1990. W Nikaragui odbywały się pierwsze w historii tego państwa demokratyczne wybory. Obserwatorzy Narodów Zjednoczonych mieli obawy, że rządzący do tej pory absolutnie dyktatorsko ruch sandinistów będzie chciał wykrzywić warunki rywalizacji. Wtedy zalecono obserwatorom przyjrzenie się nie tylko, co się dzieje w dniu wyborów, ale także jak wyglądał proces wyborczy na kilka miesięcy przed. I ujawniono m.in., w jak szerokiej mierze rządzący korzystają z pieniędzy i infrastruktury państwa.

Magiczna formuła, że wybory odbywają się – lub nie – jako „wolne i fair" (free and fair) zaczęła pojawiać się w raportach z wyborów w: Mongolii (1992), Płd. Afryce, Tanzanii, Ugandzie (1994). I nie dotyczyła już tylko samego dnia wyborów, ale także okresu przed, jak i po. Powstające w tamtych latach różne tzw. wyborcze dyktatury (czyli takie, w których odbywają się wybory, tyle że manipulowane) ujawniły brak konieczności fałszowania wyników wyborów, a to z powodu umiejętności wywalczenia sobie nieuczciwej przewagi jeszcze przed wyborami.

W ONZ w 1994 roku podpisano deklarację obejmującą 50 kryteriów oceny wyborów w formule „fair". Zaczęto odmawiać więc pieczętowania tą klauzulą wyborów w przypadkach np.: niepublikowania lub częściowego publikowania rejestrów wyborców, blokad w komunikacji, tendencyjnego rozmieszczania lokali wyborczych itp.

Awans do rangi pierwszorzędnych wartości klauzula fair zawdzięcza pełnym nadużyć wyborom w Bośni i Hercegowinie (1996), uznanych jednak ze względu na konieczność powojennej stabilizacji, wyborom w Płd. Afryce (1994), które ujawniły druzgocącą dla demokracji moc dławienia przez rządzących, jeszcze przed dniem wyborów, zasady tzw. równego pola gry (był to pierwszy raport, który wprost wpisał tę zasadę).

Idzie tu o bezstronność procesu wyborczego, czyli o równe szanse kandydatów, a dokładnie o nietworzenie przewagi żadnej ze stron w sposób nieuzasadniony i niewykorzystywanie w tym celu żadnych zasobów państwa, np. mediów publicznych (po doświadczeniach z Rumunii 1990 i Kenii 1992, gdzie relacjonowały prawie wyłącznie aktywność jednej strony).

Z perspektywy naszego podwórka można to ująć następująco: urzędujący prezydent (też premier itp.) jako kandydat musi respektować „równe pole gry" względem innych kandydatów, ale z faktu sprawowania urzędu może czerpać uzasadnioną przewagę. Z tym się trzeba zgodzić. Pod warunkiem jednak, że wykonuje kompetencje tylko te wyraźnie przeznaczone mu w konstytucji. Ta i tylko ta okoliczność może budować jego przewagę. Zatem koronawirus też nie, ponieważ epidemia wymusza ograniczenia na konkurentach.

Manipulacja diametralnie zmienia sytuację właśnie kategorii „uzasadnionej przewagi" urzędujących funkcjonariuszy władzy. Pieniądze z budżetu państwa na zdominowane przez rząd media, akcje propagandowe czy wykraczające poza konstytucyjne prerogatywy zachowania sprawujących urzędy kandydatów rzucają zupełnie inne światło na to, co wydawać by się mogło w innej sytuacji uzasadnione zajmowaniem danego państwowego stanowiska. Wtedy przewaga urzędującego prezydenta czy innego polityka przestaje być już grą fair.

Fair ma jeszcze jeden poważny wymiar. Wytyczne ONZ mówią, aby nie koncentrować się wyłącznie na pojedynczych kryteriach uczciwości wyborów, trzeba umieć wychwycić prawdziwą intencję rządzących i to, czy naprawdę są demokratami. Dlatego jako „fair lub nie" ma być oceniany cały proces. Ponieważ np. równy dostęp rywalizujących ze sobą stron do różnych zasobów, takich jak media, niezależne sądownictwo (orzeka przecież o protestach wyborczych i ważności wyborów), środki państwowe jest wyznacznikiem jakości demokracji w danym kraju, a manipulacje wykrzywiające pole gry wyborczej są już składnikiem autokracji lub sugerują co najmniej autokratyczną tendencję danego kraju. A taka zmanipulowana (stąd nie-fair) rywalizacja zwycięzcy już nie nobilituje, nie uszlachetnia.

Autor jest prawnikiem konstytucjonalistą, politologiem, prof. UE we Wrocławiu

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA