fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Zuzanna Dąbrowska: W Sejmie już nie rosną poziomki

Jeszcze nigdy nie pracowało się tak trudno z władzą nad sprawami społecznymi
Fotorzepa/ Jerzy Dudek
Obóz PiS jest bardzo nieufny wobec inicjatyw zgłaszanych z zewnątrz.

Kiedyś, kiedy jeszcze Sejm był miejscem różnych gorących sporów w wielu sprawach, a nie tylko jednego – o to, kto ma władzę, między posłami dochodziło do tworzenia się poziomek. To nazwa pochodząca z czasów PRL, kiedy w PZPR zaczęło kiełkować „nowe” i działacze z różnych regionów zaczęli dowiadywać się „poziomo” między podstawowymi organizacjami partyjnymi, z pominięciem towarzyszy na „linii pionowej”, czyli na szczeblu np. województwa. Nazywano ich „poziomkami kwitnącymi na betonie”. Ruch ten był oczywiście dla partii zabójczy, groził bowiem niekontrolowanym sformułowaniem jakichś idei, które mogłyby być niezgodne z linią. „Poziomki” powołały nawet własną strukturę – Komitet Porozumiewawczy Podstawowych Organizacji Partyjnych. W stanie wojennym całe to partyjne liberalizujące środowisko oczywiście zrównano z ziemią.

Sejmowe poziomki z lat 90. były tylko instrumentem przeprowadzania różnych pomysłów legislacyjnych, których np. nie dało się przeforsować we własnym klubie parlamentarnym albo które były niewygodne dla rządu, którego było się koalicjantem. Jeśli sprawa była ważna ze społecznego punktu widzenia – zwykle znajdował się ktoś w obozie przeciwnym, kto także uważał ją za ważną. A wtedy budował poparcie wśród swoich, najczęściej na gruncie komisji sejmowych, w których sejmowi pracoholicy, czyli posłowie „zakręceni” w merytorycznych tematach, dokonywali cudów, by jakiś zasiłek, wyrównanie, nabyte prawo czy refundacja zostały uchwalone, nawet jeśli nie były zgodne z linią partii – najczęściej własnej.

Często też w Sejmie za konkretnymi rozwiązaniami lobbowały organizacje społeczne albo wyborcy z danego rejonu, powiatu czy regionu. A posłowie czujący lokalnie oddech wyborców na plecach, mimo różnic partyjnych zgodnie głosowali za pieniędzmi na regionalne inwestycje.

Te czasy minęły. – Nie ma sensu w ogóle wchodzić do Sejmu – opowiada mi jeden z działaczy pozarządowych. – Jak nie upchniesz danego rozwiązania, nowelizacji czy ustawy na poziomie rządu, to nie ma po co chodzić na komisje. Bo przechodzi wyłącznie to, co zgłasza rząd, albo na co się oficjalnie zgadza.

Posłowie pamiętający kadencje końca lat 90. wspominają, że ówczesne rządy – czy to AWS-u, czy SLD-PSL – zostawiały parlamentarzystom minimum swobody w zgłaszaniu własnych inicjatyw. Wiadomo było, że rządząca większość nie pozwoli na dużą niesubordynację, ale działanie na rzecz jakiejś grupy czy okręgu wyborczego było możliwe. Obecnie żadne rozwiązanie, które nie pochodzi ze środka obozu dobrej zmiany, nie ma szans, choćby było ze szczerego złota.

Doświadczyła tego np. w poprzedniej kadencji posłanka (wtedy) Kukiz'15 Agnieszka Ścigaj, która zgłaszała poprawkę do nowelizacji ustawy o spółdzielniach socjalnych. Poprawka dotyczyła sprawy drobnej i dość oczywistej. Ale Sejm ją bez wahania odrzucił – tylko po to, by w krótkim czasie identyczną przyjął Senat, w którym PiS miało wtedy większość. – Teraz tylko promotor ustawy jest ważny, a nie jej treść – komentuje mój rozmówca z sektora NGO.

I podkreśla, że jeszcze nigdy tak ciężko się nie pracowało nad sprawami społecznymi. – Oni są strasznie czujni na świat zewnętrzny – komentuje. – I jak coś przychodzi nie od swoich, to nawet się przez chwilę nie zastanowią. Ściana. Nawet jak się nie narusza przy tym polityki rządu.

W trakcie panicznego przygotowywania ustaw chroniących przed koronawirusem posłowie Razem przyjęli strategię zasypywania PiS różnymi niewygodnymi ze społecznego punktu widzenia pomysłami. Do mediów rzadko to się jednak przebijało, choć co najmniej raz lewicową propozycję przyjęto. Może przez pomyłkę?

Dla szeregowych posłów opozycji ta sytuacja stawia pod znakiem zapytania sens bycia parlamentarzystą. W komisjach brać udział trzeba, bo za absencje obcinane są diety, ale nie bardzo jest po co. Jeśli nie ma się na nic wpływu, jedyne co pozostaje, to nadzieja, że będzie można nagrać setkę przed kamerą w sprawie np. rekonstrukcji rządu, albo o tym, co powiedział bp. Jędraszewski. A i to tylko wtedy, jeśli liderzy o znanych nazwiskach akurat są zajęci.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA