fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Roman Kuźniar: Autokraci, radujcie się!

Fotorzepa, Rafał Guz
Donald Trump nie naruszy suwerenności” Polski PiS pytaniem o Trybunał Konstytucyjny – pisze były doradca prezydenta RP Bronisława Komorowskiego

Chmury nad Ameryką zbierały się od dawna. Coś podobnego do zwycięstwa Donalda Trumpa musiało się w końcu zdarzyć. Pogłębiający się kryzys środka Ameryki był od dłuższego czasu widoczny, a mimo to nie potrafiono temu zaradzić, w porę rozbroić tej bomby. Szkoda, że ruch „Oburzonych" okazał się tak rachityczny i nazbyt „studencki" w formie, aby mógł być potraktowany poważnie przez klasę rządzącą. Wielki kapitał, nie zwracał uwagi na takie „drobiazgi", bo przecież politycy i tak byli na jego usługach.

Lekarstwem na chorą Amerykę miał być Barack Obama. W 2008 roku, stała się rzecz – jak mogło się wydawać – przełomowa. Po nieprawościach, błędach, arogancji republikańskiej administracji G.W. Busha, Amerykanie wybrali prezydenta o czarnym kolorze skóry. Owszem, wniósł on do Białego Domu uczciwość, a do polityki zagranicznej umiarkowanie, ale nie potrafił zmienić amerykańskiej polityki. Był prezydentem z uniwersytetu, a nie politycznym fighterem. Przegrał z Kongresem, lobbystami, plutokracją. Być może hamował go syndrom 22 listopada (dzień zamachu na JFK). Za głęboki kryzys z lat 2007-2009, największy od przełomu lat 20. i 30. poprzedniego wieku zapłacili i nadal płacą podatnicy, a nie winowajcy – Wall Street i przyległości.

Wygrana hochsztaplera

Szkoda, że odpowiedzią na problemy amerykańskiego świata pracy (bo to on zdecydował o zwycięstwie Trumpa) nie było pojawienie się amerykańskiego Wałęsy lub bodaj Leppera. Skądinąd Lepper przy Trumpie to polityczny intelektualista, a przy tym prawdziwie reprezentował tych, którzy na niego głosowali. Jednak ani Wałęsa, ani Lepper tam się nie mógł zdarzyć.

W Ameryce, aby wygrać wybory prezydenckie, trzeba bardzo dużo pieniędzy; w wyborach do Kongresu wystarczą duże. To jeden z paradoksów zwycięstwa Trumpa. Dzięki wielkim pieniądzom oraz zręcznemu manipulowaniu mediami wygrał gość, który jest emblematycznym przedstawicielem klasy odpowiadającej za obecną sytuację Ameryki. Amerykanie, rozgoryczeni poczuciem beznadziei, głosowali na człowieka, który przyłożył rękę do stworzenia stanu, z którego wyrasta ich frustracja i gniew. Zamiast Wałęsy wybrali hollywoodzką wersję Grobelnego.

Procesy degeneracji nie ograniczały się do Stanów Zjednoczonych, do rozsypywania się infrastruktury, niskiego poziomu usług socjalnych, braku stabilnej, choćby nisko płatnej pracy, miejscowości z wyglądu przypominających indiańskie rezerwaty. One również – jak przestrzegał Zbigniew Brzeziński – miały objąć politykę zagraniczną.

W publikacjach z ostatnich lat Brzeziński wskazywał na dwie nakładające się na siebie tendencje. Po pierwsze, coraz niższego poziomu powszechnej edukacji, czyli tej dla biedniejszych i ubożejącej klasie średniej, która kiedyś była siłą Ameryki. Po drugie, podobnie niskiego poziomu mediów, zwłaszcza lokalnych (one wzywały do głosowania na Trumpa), które porzuciły funkcje informacyjno-edukacyjne na rzecz funkcji rozrywkowo-reklamowej, a ze względu na sposób działania ogłupiającej odbiorców. Efekt: rosnąca rzesza Amerykanów nie rozumiejących Ameryki i świata, a co za tym idzie bezbronnych wobec politycznego hochsztaplerstwa i demagogii, które uosabia Donald Trump. Tylko w takich warunkach wygrać mógł ktoś o tak tandetnej mentalności i osobowości.

To wszystko zostanie teraz przeniesione do polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych. I nie tylko to, także inne cechy, które zdaniem przyszłego prezydenta są kluczem do sukcesu: tupet, prostactwo, skłonność do chodzenia na skróty, podziw dla silnych i bogatych, a nade wszystko egoizm. Groźny będzie też brak wiedzy i doświadczenia.

Pamiętam słowa Thomasa Friedmana z jego artykułu w październiku 2008: „Żaden system nie jest wystarczająco inteligentny, aby przetrwać ten stopień lekkomyślności i niekompetencji, który wykazują ludzi dzisiaj zań odpowiedzialni". To było o administracji G.W. Busha. U Trumpa poziom niekompetencji będzie zapewne nieporównanie wyższy, w odniesieniu do polityki zagranicznej także.

Gdyby prezydent elekt chciał realizować swój program stosunków ze światem zewnętrznym groziłaby nam katastrofa. Należy założyć, że tak nie będzie, więc Ameryce i jej sojusznikom grozi „jedynie" zła prezydentura. Otoczenie Trumpa będzie go zapewne trochę cywilizować, on sam – jako urodzony cynik – uprawiał w kampanii ostrą demagogię, aby wygrać, ale wie, że teraz będzie musiał spuścić z tonu. Jednak jego światopogląd (choć to słowo jest w w tym wypadku nadużyciem) się nie zmieni, więc idą gorsze czasy w stosunkach USA ze światem i w stosunkach międzynarodowych w ogóle.

Twarz złej Ameryki

Sporo już napisano o tym, co może się dziać w relacjach Ameryki z Chinami, Europą czy Meksykiem. Zapewne znajdzie tu zastosowanie stare powiedzenie, że potrawa na stole nigdy nie jest tak gorąca, jak wtedy, gdy się ją gotuje. W stosunkach transatlantyckich czeka nas jednak okres nieporozumień i napięć. Szkoda, że Europa (UE) nadal pozostaje w kryzysie, a do tego nie mówi jednym głosem. To będzie ją osłabiać zarówno w relacji z USA oraz w Sojuszu Atlantyckim. Przez to będzie mieć mniejszą zdolność wpływania na politykę administracji Trumpa wobec Europy, w tym politykę bezpieczeństwa na Starym Kontynencie.

Zaniknie też zapewne przywództwo Stanów Zjednoczonych w świecie. Ono osłabło już po ekscesach administracji Busha, choć Obama dzięki swej wiarygodności, umiarkowaniu, empatii oraz zdolności do dialogu potrafił je częściowo odbudować. W ciągu ostatnich 8 lat świat mocno się zmienił. Zmieniła się pozycja Chin i Rosji, pojawiły się liczne mocarstwa regionalne wagi średniej, spadło zapotrzebowanie na globalnego policjanta. Porządek międzynarodowy uległ decentralizacji i pluralizacji. Jednak Waszyngton był nadal postrzegany jako ostateczna instancja. Obama podtrzymywał zresztą aspiracje do odnowionego przywództwa, nadal przez wielu respektowanego i oczekiwanego.

Prezydent Trump nie ma na to ochoty, a może tego nie rozumie. Z jego wypowiedzi nie wynika nic, co wskazywałoby na możliwość pełnienia przez USA przywódczej roli nie tylko w świecie, ale nawet jedynie w wolnym świecie. Jego osobiste listy uwierzytelniające są zresztą w tym względzie słabiutkie. On będzie twarzą złej Ameryki – niemoralnej, pazernej, bufonowatej.

Ale też, a nawet przede wszystkim, przywództwo wymaga gotowości do ponoszenia kosztów, do dbania o różne interesy tych, którym chce się przewodzić, łącznie z potrzebą bezpieczeństwa. Ono na dłuższą metę opłaca się przywódcy, ale najpierw trzeba zainwestować. Wiadomo, że Trump był słabym inwestorem, a jego bogactwo brało się nie z produkcji dóbr, lecz z bycia medialnym celebrytą i z kasyn gry. Przywódca globalny musi dbać o tak zwane dobra globalne, w tym o bezpieczeństwo, ochronę środowiska, stabilność handlu, pewność zasad, o które opiera się porządek międzynarodowy. W ostatnich dekadach, to także troska o prawa człowieka czy demokrację. Jeśli Trump nie porzuci swego egoizmu, jeśli nie przyswoi sobie zasad, które czyniły Amerykę wielką, o jej przywództwie możemy zapomnieć.

Z podobnego powodu, czyli braku przywiązania do wartości demokracji i praw człowieka wynika rzecz druga. Jest nią dobra nowina dla tych na świecie, którzy tymi wartościami otwarcie pogardzają lub wręcz je depczą. Dobra nowina brzmi: Ameryka Trumpa nie będzie się nimi zajmować, więc autokraci w swoich krajach: radujcie się! Ameryka nie będzie wam patrzeć na ręce. Dzięki Trumpowi traci zresztą do tego prawo. A jeśli Ameryka odwraca się od demokracji i praw człowieka, to znaczy, że czeka nas globalny regres w tej sferze.

Specjalne względy dla Putina

Nie może w tej sytuacji dziwić radość obozu rządzącego w Polsce. Nareszcie w Waszyngtonie jest ktoś, kto podziela tego obozu stosunek do wartości. Ważna jest władza i bezwstydny marketing fałszywych opowieści. Trump „nie naruszy suwerenności" Polski PiS pytaniem o Trybunał Konstytucyjny. A przecież suwerenność dla autokratów rzecz święta. Gdyby tylko Trump zechciał utworzyć nowy pakt antykominternowski, w wersji skierowanej przeciw demokracji, podstawowym wolnościom i prawo człowieka, rządzący w Warszawie chętnie by się do takiej osi zapisali. Zwłaszcza, gdy był skierowany przeciwko chwiejącej się Unii Europejskiej

Jednak PiS powinien być ostrożny. Owszem, Trump nie będzie pytać o demokrację nad Wisłą i nie uszkodzi zapewne NATO, ale logika power politics, którą będzie się posługiwać, nie będzie nam służyć. Specjalne względy może mieć u niego Rosja Władimira Putina. Polska może się wprawdzie ustrojowo do Rosji upodobnić, ale mocarstwem nawet pod wodzą Jarosława Kaczyńskiego się nie stanie. Wrogości rządzących wobec UE oraz wewnętrzne zmiany ustrojowe, mogą nawet – pomimo adresów z wyrazami miłości do Trumpa – doprowadzić nas do „suwerennego" osamotnienia między Rosją a Niemcami.

Zwycięstwo Trumpa, choć polityka musi nauczyć się z tym żyć, może być powodem do radości tylko dla ludzi pozbawionych wyobraźni, ale też chyba i poczucia odpowiedzialności.

Plutokrata doskonały

Co się tyczy wpływu Ameryki Trumpa na świat, to można byłoby sobie wyobrazić przynajmniej jedną pozytywną stronę. Otóż o jego zwycięstwie zdecydowała reakcja wielu milionów Amerykanów na negatywne konsekwencje globalizacji. One wzięły się z nadzwyczajnego wzrostu potęgi i wpływów egoistycznych interesów świata finansów. Finanse (anonimowe „rynki finansowe") nie tylko zdominowały procesy gospodarcze, co profesor Paul Dembiński trafnie analizuje i nazywa finansjalizacją realnej gospodarki. One również zdominowały politykę państw, które neoliberałowie odsyłali do lamusa.

Całe życie społeczne miało zostać poddane logice rynku i zysku. Być może wybór Trumpa mógłby być początkiem przywracania prymatu rządów oraz instytucji mających demokratyczny mandat i odpowiedzialność przed swymi społeczeństwami nad władzą pieniądza, często spekulacyjnego.

Problem w tym, że sam Trump jest plutokratą doskonałym i nie będzie chciał demontować systemu, który wbrew przedwyborczej retoryce sam reprezentuje. Władzy finansów korumpujących demokrację Trump nie zaszkodzi.

Co gorsza, jest plutokratą, który otrzymał władzę ze względu na inną niedoskonałość systemu wyborczego w USA, to znaczy pomimo tego, że jego rywalka otrzymała więcej głosów. Można się obawiać, że choć demokracja oznacza rządy większości szanujące prawa mniejszości, w Ameryce i na świecie zacznie być odwrotnie: rządy mniejszości nie szanujące praw większości. W Polsce już to mamy.

Autor jest politologiem, profesorem nauk humanistycznych, dyplomatą. Od 2010 do 2015 roku był doradcą prezydenta RP Bronisława Komorowskiego ds. międzynarodowych.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA