fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Strasburger: Wiara w solidarność

AFP
Niepodległość zawsze pozostaje względna. Politycy katalońscy, hiszpańscy, ale też ci z każdego innego kraju doskonale o tym wiedzą. Jeśli twierdzą coś przeciwnego, najzwyczajniej kłamią – pisze publicysta.

Jest słoneczne, niedzielne popołudnie, pierwszy października. Kiedy w Katalonii odbywa się referendum niepodległościowe, siedzę na trybunach areny w andaluzyjskiej Granadzie. Okazja jest wyjątkowa. Dziś uroczyste zakończenie roku szkolnego: garstka absolwentów w kolorowych wdziankach niecierpliwie czekała na ten dzień. Wreszcie pokażą, czego się nauczyli.

Uroczyste wręczenie świadectw wypada skromnie. Na rozległym placu ledwo widać stojący z boku niewielki karton, z którego pani w szpilkach wyciąga kolejne dyplomy. Laury odbiera też kilku starszych panów. Z ich grubymi brzuchami ledwo przeciskują się przez drewniane bramki, za którymi w czasie korridy chowają się torreadorzy. Jeden z panów biegnie kawałek po piaszczystej nawierzchni, jakby nie mógł się doczekać uścisku pani w szpilkach. Poza rodzinami i znajomymi wyróżnionych, ceremonia nie bardzo interesuje publiczność. Zaproszenia były za darmo, oto zajęcie na niedzielne popołudnie, dobre, jak każde inne.

Nagle wszystko się zmienia. Na arenę wbiega młody byk. Nieporadność zwierzęcia widoczna jest od pierwszej chwili. Oszołomione nadmiarem wrażeń (przecież do tej pory prowadziło bezstresowe życie na tak zwanym łonie natury), raz po raz ślizga się na świeżo zagrabionym piasku. Rozjeżdżające się kopyta przypominają nogi dziecka, które pierwszy raz jedzie na łyżwach. Publiczność buczy, śmieje się. Co do mnie, chcę wyjść. Ale czas nie stoi w miejscu. Do akcji wchodzą banderillerzy.

Ozdobiony kolorowymi wstążkami rodzaj krótkich lanc zakończony jest stalowym hakiem z ząbkiem. Wbity w kłąb zwierzęcia hak nie tylko uszkadza mięśnie między łopatkami, powoduje silne krwawienie i stopniowe osłabienie ciała, ale zmusza także do charakterystycznego pochylenia głowy. Każdy ruch tułowia powoduje drobne przemieszczenia haków i nowe rany. Zgodnie z tradycją banderillerzy są piesi. Ich zadanie polega na jednoczesnym wbiciu dwóch lanc, trzymanych po jednej w każdym ręku. Pierwsza próba zawodzi. Haki ranią zwierze, ale nie tkwią dostatecznie głęboko i banderille spadają na piasek. Udaje się dopiero za trzecim podejściem. Zwierzę rozpaczliwie próbuje sięgnąć pyskiem banderilli i uwolnić się od bólu.

Na arenę wychodzi wreszcie świeżo upieczony matador. Jego zadanie polega na wbiciu szpady w kark byka tak, aby przebić rdzeń kręgowy, albo przynajmniej sięgnąć narządów wewnętrznych (płuc) i przebić aortę. Aby mógł to zrobić, zwierze musi być nie tylko skrajnie wyczerpane, ale na tyle oszołomione, aby niemal przestać reagować. Tymczasem kolejne podejścia młodego matadora spełzają na niczym. Wreszcie udaje się wbić szpadę, ale tylko na pół długości. Byk nieruchomieje, zaczyna się chwiać, pluje strumieniem krwi i opada na ziemię. Pozbawiony władzy w kończynach, nadal groźnie potrząsa głową. Do ostatniego ciosu służy nóż. Czas ciągnie się w nieskończoność. Kolejne pchnięcia i obracanie ostrzem tkwiącym w potylicy. Wreszcie pysk zwierzęcia opada. Człowiek wyciera zakrwawioną klingę w sierść.

Korrida fascynowała Goyę, Hemingwaya, Picassa i wielu innych. Miała być głęboką metaforą sztuki, może nawet samego życia. Tymczasem współcześni mieszkańcy Katalonii mają nieco inne zdanie. W roku 2010 parlament Katalońskiej Wspólnoty Autonomicznej uchwalił zakaz organizowania korridy, w której miałyby cierpieć zwierzęta.

W zeszłym roku zakaz unieważnił hiszpański trybunał konstytucyjny. W swoim uzasadnieniu sędziowie przychylili się do stanowiska rządu centralnego w Madrycie, który uznaje korridę za narodowe dobro kultury. Tymczasem jak podaje portal Eldiario, tylko co dziesiąty obywatel Hiszpanii kiedykolwiek zasiadł na trybunach areny i oglądał walkę byków. Regularnych widzów korridy jest jeszcze mniej.

Spór wokół Korridy to doskonały przykład tego, jak ważne dla mieszkańców danego regionu inicjatywy zamienione zostają przez politykę narodową w zbiorowe, upokarzające doświadczenie obcej dominacji. Przy czym cele tej dominacji są co najmniej wątpliwe. Bo jaką korzyść osiąga Madryt narzucając w sprawie korridy swoją wizję „dobra kultury"?

Nieroby z południa

Minione lata to dla ludzi w Katalonii doświadczenia wielu podobnych upokorzeń. Niezależnie od przedmiotu sporu, z upodobaniem przekładano je na język tożsamości narodowej. A przecież możliwy jest inny dyskurs. Hiszpańskie prawo gwarantuje poszczególnym wspólnotom-regionom sporą autonomię. Niestety, negocjowanie zakresu samostanowienia, tak aby odpowiadał regionalnym wrażliwościom choćby w zakresie „dóbr kultury", zastanawiająco często schodziło na dalszy plan.

Wieczorne orędzie telewizyjne Mariano Rajoya z niedzieli 1 października – dnia referendum – potwierdzało tę prawidłowość. „Zwracam się do państwa jako premier rządu Hiszpanii", mówił polityk, „Hiszpanie są wielkim narodem. Są jednym z najstarszych narodów Europy, jednym z najlepiej rozwiniętych na świecie (...). Jesteśmy Hiszpanami". Jak gdyby tego było mało, Rajoy zdawał się pluć w twarz tym wszystkim, którzy od rana nieraz godzinami stali w kolejkach przed katalońskimi lokalami do głosowania, aby wziąć udział w referendum: „żadnego referendum dzisiaj nie było", oświadczył premier.

Oczywiście, drugiej stronie również daleko do ideału. Kilka dni po referendum rozmawiam z nauczycielem szkoły średniej w Granadzie. „Nigdy nie byłem żadnym hiszpańskim nacjonalistą", mówi z przekonaniem, „ale nie pozwolę, aby jako Andaluzyjczyka traktowano mnie jako patentowanego lenia, który rzekomo cały dzień grzeje tyłek w słońcu i pije wino za katalońskie pieniądze".

Jak Europa długa i szeroka (a także poza jej granicami) nacjonaliści odwołują się do podobnego schematu myślenia. Mówią mniej więcej tak: my jesteśmy silnym narodem, pracowitym i kulturalnym. Naszym zagrożeniem są obcy. Musimy się bronić przed ich napływem, bo zależy im głównie na tym, aby podczepić się do naszego bogactwa, bezprawnie skorzystać z efektów naszej pracy i prowadzić wygodne życie na naszych plecach.

Andaluzja to dla katalońskich niepodległościowców przysłowiowy chłopiec do bicia. Gdyby się odłączyć od Hiszpanii, można by wreszcie przestać płacić na tych nierobów z południa – twierdzą. Taki argument robi oczywiście wrażenie. Ale mój rozmówca z Granady też ma swoje argumenty.

„Nie bardzo mamy wpływ na sytuację", twierdzi opowiadając o długiej tradycji walki miejscowych rolników o ziemię, o niesprawiedliwościach społecznych na wsi, gdzie wielcy posiadacze ziemscy są w stanie zniszczyć każde gospodarstwo rodzinne. Na dodatek korzystają na korupcji i wątpliwie skonstruowanych systemach subwencji, które trafiają do kieszeni najbogatszych. „Nie potrzebujemy pieniędzy z Katalonii", mówi mój znajomy. „Nie potrzebujemy także z Brukseli. Niech ktoś wreszcie przeprowadzi reformę rolną z prawdziwego zdarzenia!"

Jak bardzo zwodnicza może być nadzieja na korzyści gospodarcze płynące z niepodległości, pokazuje odpływ firm z Katalonii. W miesiąc od referendum swoje siedziby przeniosło w inne rejony Hiszpanii lub za granicę już prawie 1,9 tys. podmiotów, w tym duże banki, zakłady produkcyjne i firmy usługowe.

Względność niepodległości

„Pojęcie niepodległości wyrządziło na świecie wiele szkód. Tak jak żaden człowiek nie jest całkowicie niezależny, tak żaden naród nigdy nie jest w pełni niepodległy. Natomiast wszyscy jesteśmy solidarni", pisał w połowie dwudziestego wieku hiszpańskojęzyczny pisarz Max Aub. Może to banał, ale przypomnę: każdy z nas uwikłany jest w różnorakie zależności, jako jednostka, jako członek różnych zbiorowości i w ramach dowolnego organizmu politycznego – niezależnie od tego, jak przebiegają granice państw.

Choć w Europie Środkowej brzmi to jak herezja, niepodległość zawsze pozostaje względna. Politycy katalońscy, hiszpańscy, ale też w każdym innym kraju doskonale o tym wiedzą. Jeśli twierdzą coś przeciwnego, najzwyczajniej kłamią. Zarówno premier Rajoy, apelując do narodu hiszpańskiego, jak i katalońscy niepodległościowcy są siebie warci: tak samo zakłamują rzeczywistość.

Ale obok tradycji niepodległościowej istnieje w Europie tradycja solidarności. Może więc warto oderwać się na chwilę od kolejnych odcinków katalońskiej socjodramy i zapytać: co stoi na przeszkodzie, aby politycy obu stron usiedli do stołu i podjęli negocjacje co do warunków owej solidarności, od której przecież nie ma ucieczki?

Tym bardziej, że Katalonia nie leży na Marsie. Z pewnością nikt jej też tam nie wyekspediuje. Co najwyżej na Marsa ucieknie pan Puigdemont, jeśli Belgowie uznają, że nie chcą go dłużej gościć. Tymczasem opuszczeni przez niego mieszkańcy Katalonii, którzy dali się uwieść iluzji niepodległości bez solidarności, będą nadal żyli wśród sąsiadów, którzy być może mają inny pomysł na region. Będą robić zakupy w tych samych sklepach i wysyłać dzieci do tych samych szkół. Ich ojczyzną będzie niewielki obszar w basenie Morza Śródziemnego na styku Hiszpanii i Francji. Solidarność jest w ich interesie.

Wydarzenia w Katalonii z perspektywy sporu wobec korridy warto negocjować w regionach. Polityczna niezależność pozbawiona idei solidarności to puste słowo. To bajka, którą łatwo manipulować i za jej pomocą sprowadzać nieszczęścia.

Wiara w Europę to wiara w ponadnarodową strukturę, choćby w postaci republiki europejskiej. Wraz z nią jest szansa na reprezentację polityczną, która z jednej strony wreszcie odpowie na owe rzeczywiste, solidarnościowe współzależności ponad narodami, a z drugiej da mieszkańcom kontynentu możliwość współdecydowania o ich własnym losie możliwie najbliżej codzienności, czyli właśnie w regionach.

Podobno idea republiki europejskiej przeczy politycznemu realizmowi. Raz po raz przekonuję się jednak, że intuicja wielu mieszkańców kontynentu jest bliższa tej idei, niż się wydaje. Niedawno rozmawiałem ze starszym właścicielem osiedlowej knajpki na przedmieściach Granady. Zapytałem go, co sądzi o wydarzeniach w Katalonii.

„Jeszcze trochę pokrzyczą, a potem wszystko wróci do normy. Zostanie po staremu", stwierdził mężczyzna. Kiedy dowiedział się, że mieszkam w Berlinie, dodał z melancholią: „Koniec końców i tak o wszystkim decyduje wasza pani kanclerz Merkel. Z tym tylko, że ty możesz ją wybierać, a ja nie".

Śródtytuły pochodzą od redakcji

Stanisław Strasburger jest pisarzem i menadżerem kultury. Zajmuje się wielokulturowością, pamięcią zbiorową oraz EU-topią. Jest autorem książek „Opętanie. Liban" i „Handlarz wspomnień". Mieszka na przemian w Berlinie, Warszawie i wybranych miastach śródziemnomorskich. Jest członkiem rady programowej stowarzyszenia „Humanismo Solidario".

Krótsza wersja niniejszego artykułu ukazała się w Deutsche Welle World (po niemiecku).

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA