fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Warzecha: PiS na wojnie ze strzelcami

Fotorzepa, Tomasz Jodłowski
W środowisku strzeleckim wrze, a najłagodniejsze komentarze to „kpiny", „bezczelność". MSWiA w przepisach przejściowych przemyciło kompletną zmianę obecnej ustawy o broni i amunicji – pisze publicysta.

Prawo i Sprawiedliwość miało słuchać wyborców. Zamiast tego jest duża szansa, że zrazi do siebie kolejną grupę, która naiwnie oczekiwała, że zostanie potraktowana poważnie. Tym razem chodzi o szeroko pojęte środowisko strzeleckie, któremu Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji zgotowało właśnie bardzo przykrą niespodziankę.

Zanim o samej niespodziance – trzeba zarysować sytuację po 2015 r. Obecna ustawa o broni i amunicji ma głęboko peerelowski rodowód, choć była wielokrotnie nowelizowana. Razi dziwacznymi rozwiązaniami, np. powodującą mnóstwo problemów, skrajnie nielogiczną klasyfikacją pozwoleń według celu, jakiemu broń ma służyć, a nie według rodzaju broni. Zawiera wiele luk – nie gwarantuje np., że dysponująca bronią osoba, która nabawiła się choroby psychicznej, straci natychmiast pozwolenie.

Po nowelizacji z 2011 r. policja straciła szczęśliwie możliwość uznaniowego odmawiania wydawania pozwoleń na broń do celów sportowych, co sprawiło, że liczba strzelców sportowych powoli, ale wyraźnie rośnie. Ogólnie jednak ustawa jest zła, niekonsekwentna, nielogiczna, wbrew pozorom wcale niegwarantująca szczelności systemu, a poza tym – niedostosowana do wymogów unijnej dyrektywy o broni, do implementacji której Polska jest zobowiązana.

Hoplofobia

Dlatego w 2017 r. do Sejmu trafił projekt całkowicie nowej ustawy, wniesiony przez grupę posłów, głównie z ugrupowania Kukiz'15, a przygotowany merytorycznie w kręgach Ruchu Obywatelskiego Miłośników Broni (ROMB). Projekt był zgodny z dyrektywą, porządkował nomenklaturę, wprowadzał do przepisów zdrowy rozsądek, usuwał uznaniowość policji, uszczelniał system (a więc gwarantował większe bezpieczeństwo) i otwierał drogę do rozwoju strzelectwa. Nie był jednak projektem PiS, więc w Sejmie utkwił na dobre. Partia rządząca, jak wiadomo, z zasady cudzych projektów nie akceptuje.

Jednocześnie ważni politycy PiS, gdy pytano ich o problematykę dostępu do broni, w odpowiedzi powielali jeden z najpaskudniejszych mitów, rozpowszechnianych przez hoplofobów (obsesyjnych przeciwników dostępu do broni): że Polacy do posiadania broni „nie dojrzeli". A trzeba tu przypomnieć, że jesteśmy jednym z najbardziej rozbrojonych narodów w Europie, ustępując Niemcom, Czechom, Francuzom. Na sto osób w Polsce przypada 2,5 sztuki broni, w Czechach – 12,5 sztuki, w Niemczech i Francji – 19,6. O Stanach Zjednoczonych nie ma co wspominać, bo to całkowicie inny system, którego nie sposób odnosić do europejskich warunków.

„Polacy do broni nie dojrzeli" oraz przewidywania krwawych rzezi na ulicach, gdyby choć trochę poluzować gorset przepisów – to od zawsze była linia argumentacji lewicy, w dużej mierze zaakceptowana przez PiS. Tymczasem od lat można w Polsce kupić bez pozwolenia ani rejestracji broń czarnoprochową, trudniejszą w ładowaniu, ale równie śmiercionośną, co współczesna broń palna – a jednak przestępstwa z jej użyciem można policzyć na palcach jednej ręki.

Projekt widmo

Niedawno pojawiły się pogłoski, że w MSWiA w całkowitej tajemnicy trwają prace nad nową ustawą o broni i amunicji. To niestety brzmiało prawdopodobnie. Wielokrotnie bywało tak, że ludzie zajmujący się w policji bronią usiłowali ominąć środowiska strzeleckie, skłaniając do swojej skrajnie restrykcyjnej, antyobywatelskiej wizji polityków i urzędników ministerstwa. Policja bowiem jest najpotężniejszym lobbystą, sprzeciwiającym się z zasady wszelkim ruchom na rzecz nawet nie liberalizacji, ale choćby racjonalizacji przepisów. Do owego opracowywanego w tajemnicy projektu udało się dotrzeć. Na swojej stronie opublikował go mecenas Andrzej Turczyn z ROMB, uprzednio otrzymawszy z MSWiA oficjalne dementi, że resort nad żadną nową ustawą o broni i amunicji nie pracuje. Był to więc projekt, którego oficjalnie nie było.

Trwały też prace nad ustawą dotyczącą obrotu gospodarczego bronią (regulującą m.in. handel nią, pracę rusznikarzy itp.). Pierwszy projekt ustawy pojawił się na stronach MSWiA jeszcze we wrześniu 2017 r. Ale dopiero w ostatniej wersji, datowanej na 3 sierpnia, a opublikowanej 9 sierpnia, ni stąd ni zowąd MSWiA w przepisach przejściowych umieściło kompletną zmianę obecnej ustawy o broni i amunicji. Zmianę absolutnie fatalną, świadczącą o dyletanctwie osób tworzących projekt, idącą w ograniczeniach znacznie dalej, niż wymaga tego unijna dyrektywa. Zmianę nielogiczną, za to pozostawiającą największe wady obecnej ustawy, w tym wspomniany już podział broni pod względem celu, a nie rodzaju broni.

Nie miejsce tu na szczegółowe omawianie projektu, więc tylko kilka przykładów. Przewiduje się wprowadzenie rejestracji dotychczas swobodnie sprzedawanej broni czarnoprochowej – mimo że żadne dane nie wskazują, aby było to celowe i konieczne. Ustawa przewiduje, formalnie rzecz biorąc, wywłaszczenie bez odszkodowania, każe bowiem „zwrócić [...] do organu właściwego do wydania pozwolenia na broń" dotychczas całkowicie legalne magazynki o większej pojemności. Zabrania noszenia broni załadowanej wszystkim jej posiadaczom poza tymi, którym przyznano pozwolenie do ochrony osobistej (a tu policja ma wciąż pełną uznaniowość). Oznacza to zaproszenie dla bandytów, którym dziecinnie łatwo będzie napaść na osoby wychodzące choćby ze strzelnicy – z rozładowaną bronią (dziś tę kwestię reguluje nie ustawa, ale rozporządzenie ministra).

Zmiany na wakacje

W tym wszystkim szczególnie oburzający jest jednak głównie tryb pracy nad ustawą i sposób traktowania obywateli, przypominający dokonywanie zmian choćby w prawie łowieckim. Rządzący doskonale wiedzą, że mają do czynienia z grupą mocno zaangażowaną i dobrze zorganizowaną, która jest w stanie przedstawić dobrze umotywowane uwagi, opinie, a nawet własne propozycje kompletnych rozwiązań legislacyjnych – o ile wciągnie się ją do rozmowy. Mimo to prace nad rewolucyjną zmianą prawa są prowadzone w ukryciu, w gronie urzędników, chroniących własną wygodę lub interes (czy to ministerialnych, czy policyjnych). Na koniec zaś projekt, wołający o pomstę do nieba, przedstawia się w środku wakacji, przyczepiony do całkiem innej ustawy. Trudno się dziwić, że w środowisku strzeleckim wrze, a najłagodniejsze komentarze to „kpiny", „bezczelność" czy zapowiedzi, że już nigdy nie postawi się znaczka na karcie wyborczej przy logo PiS. Nic dziwnego, skoro tyle zostało z zapowiadanego szumnie w 2015 r. „słuchania obywateli".

Autor jest publicystą tygodnika „Do Rzeczy"

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA