fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Merkozy 2.0, czyli nic nowego

Nicolas Sarkozy i Angela Merkel, Paryż, 6 lutego 2012 r.
AFP
Zamiast powtarzać narrację o francusko-niemieckim spisku ponad głowami Polski i regionu, warto aktywnie włączyć się w poważną i być może historyczną debatę na temat przyszłości Europy po Brexicie – pisze publicysta.

Gdy w 2007 roku Nicolas Sarkozy objął urząd prezydenta V Republiki, a w Berlinie od prawie dwóch lat rządziła kanclerz Angela Merkel, dziennikarze i obserwatorzy polityki europejskiej szybko ukuli bynajmniej nie ironiczny termin „Merkozy". Dobitnie wskazywał on dwójkę polityków, których aktywność i decyzje były kluczowe dla funkcjonowania Unii Europejskiej. Nie oznacza to oczywiście, że dopiero poprzedni prezydent Francji i wywodząca się z szeregów CDU niemiecka kanclerz stali się wewnętrznie zgranym i skonsolidowanym duetem z sąsiednich krajów narzucającym tematykę debaty politycznej reszcie UE.

Duet, który stracił moc

Sojusz Niemiec i Francji, rodzący się w bólach, z licznymi obciążeniami historycznymi i obustronnymi lękami, od momentu podpisania traktatów rzymskich w marcu 1957 roku stanowił motor wszelkich zjednoczeniowych dążeń na Starym Kontynencie. Przez dekady obydwa kraje potrafiły tej wspólnej polityce nadać kształt, który zaowocował niespotykanym wcześniej w historii rozwojem gospodarczym i społecznym oraz wzrostem znaczenia Europy w świecie. Pomimo bliskich więzów transatlantyckich z USA, którym na dłuższą metę nie zaszkodziło nawet jednostronne wycofanie się Francji ze struktur wojskowych NATO w 1966 roku, ścisła współpraca Niemców i Francuzów sprawiła, że Europa Zachodnia nie stała się tylko biernym klientem Waszyngtonu, ale także istotnym podmiotem globalnej równowagi sił.

Tandem francusko-niemiecki, jak każdy byt polityczny, popełniał na przestrzeni lat błędy, grzeszył pychą lub nawet arogancją wobec młodszych członków UE (słynne wypowiedzi prezydenta Jacques'a Chiraca pod adresem krajów Europy Środkowej popierających amerykańskie uderzenie na Irak w 2003 roku). Niemniej przez cały niemal czas jego polityce przyświecała idea, którą w języku dyplomacji określono mianem „ever closer union": jeszcze więcej integracji europejskiej, jeszcze ściślejsza współpraca pomiędzy krajami członkowskimi, zakładająca integrację monetarną, podatkową, w dziedzinie bezpieczeństwa oraz w relacjach ze światem poza Unią.

Duet „Merkozy" w pierwszej połowie bieżącej dekady, po dojściu do władzy François Hollande'a, zaczął jednak wyraźnie tracić swój impet, a Europa coraz częściej mogła się przekonać, że jedyną i niepodzielną „cesarzową" kontynentu stała się kanclerz Merkel. Słabnącą pozycję Francji w dotychczas wszechwładnym małżeństwie tłumaczono na różnorakie sposoby. Najpierw zwracano uwagę, że prosocjalna i krytykująca wielkie banki (najczęściej z kapitałem niemieckim) retoryka Hollande'a w czasie kampanii wyborczej w 2012 roku sprowokowała trwałą niechęć berlińskiej kanclerz do nowego przywódcy zza miedzy. Już w czasie kadencji wywodzącego się z Partii Socjalistycznej prezydenta, gdy niewiele z przedwyborczych obietnic zostało zrealizowanych, analitycy znad Sekwany i Renu usprawiedliwiali coraz wyraźniejszą bierność Francji cechami osobowościowymi samego Hollande'a.

Tak czy inaczej, najbardziej ewidentnym dowodem słabości Paryża w europejskiej orkiestrze były kryzysy wokół zadłużenia Grecji i napływających na Stary Kontynent uchodźców. W obydwu przypadkach stanowisko Francji, a nawet jej aktywność dyplomatyczna były niemal niezauważalne. Gwoli sprawiedliwości przyznać trzeba, że w tym czasie francuski premier Manuel Valls publicznie krytykował kanclerz Merkel za jednostronne działania w sprawie uchodźców oraz nieumiejętną politykę w kwestii rozwiązania konfliktu w Syrii. Jeszcze za czasów Sarkozy'ego tego typu retoryka byłaby nad Sekwaną wręcz zadziwiająca i miałaby posmak skandalu. Pod koniec bieżącego roku premier Włoch Matteo Renzi coraz mocniej sprzeciwiający się oszczędnościowej i faworyzującej krajowy sektor bankowy polityce Niemiec wprost stwierdził, że jest zdziwiony, iż potężna niegdyś Francja została przez Berlin sprowadzona do roli politycznego statysty, którego głosu Europa nie słyszy.

Dobra zmiana przy Quai d'Orsay?

W lutym br. niewielu analityków zwróciło uwagę na odwołanie ze stanowiska szefa francuskiej dyplomacji Laurenta Fabiusa, kierującego paryskim MSZ od początku prezydentury Hollande'a. Zastąpił go Jean-Marc Ayrault, premier w latach 2012–2014. Polityk ten, z wykształcenia lektor języka niemieckiego, od dawna pozostawał symbolem „starych dobrych czasów" epoki Sarkozy'ego, a nawet Chiraca, kiedy kanclerz Merkel i ministrowie federalni byli pierwszymi i najbliższymi rozmówcami swoich francuskich partnerów. Już pierwsze wypowiedzi nowego ministra spraw zagranicznych w mediach nie pozostawiały jednak wątpliwości: Europa powinna w oparciu o współpracę Francji i Niemiec, wzmocnionej dodatkowo przez Belgię, Holandię, Luksemburg i Włochy, wypracować jedną, zdecydowaną i skuteczną odpowiedź w kwestii uchodźców oraz przyszłości Starego Kontynentu zagrożonej widmem Brexitu. Kilka dni po objęciu stanowiska Ayrault zwołał w Rzymie spotkanie ministrów „szóstki", z którego wspólny komunikat niemal dosłownie przytaczał tezy medialnego „expose" nowego szefa dyplomacji Francji.

Według podobnego klucza odczytać można sekwencję wydarzeń, które nastąpiły tuż po ogłoszeniu wyników brytyjskiego referendum, a więc spotkanie ministrów spraw zagranicznych „szóstki" zorganizowane 25 czerwca i ogłoszony dzień później wspólny dokument ministrów Ayraulta i Franka-Waltera Steinmeiera. Paryż chce znów odgrywać podmiotową rolę w sojuszu z Berlinem, a Berlin wydaje się rozumieć, że prowadząc dalej bliską posunięciom unilateralnym politykę, więcej zyska, niż straci.

Podobnie jest z samym memorandum szefów dyplomacji Francji i Niemiec – pomimo quasi-sensacyjnego tonu, jaki nadały mu media w Polsce, nie zawiera on w swoich postulatach praktyczne niczego, czego wcześniej nie usłyszelibyśmy z ust polityków niemieckich i francuskich. Postulat Europejskiego Pakietu Bezpieczeństwa (European Security Compact), wskazujący, że UE, aby działać sprawnie, musi dysponować narzędziami militarnymi oraz mieć możliwość prowadzenia operacji wojskowych, nie jest przecież nowością i stanowi dalsze, twórcze rozwinięcie znanego od prawie dwóch dekad pomysłu tworzenia europejskich sił zbrojnych. W sytuacji kryzysu uchodźczego, zagrożeń terrorystycznych oraz nieszczelności granic UE trudno podważać sensowność koordynacji pracy europejskich służb, zwiększenia efektywności działań agencji Frontex lub kwestionować propozycję bliskiej współpracy wywiadowczej – w pełni szanującej jednak prerogatywy państw narodowych, co Ayrault i Steinmeier wyraźnie potwierdzili w dokumencie.

Potrzeba wspólnej polityki

Na wspólnie wypracowaną politykę UE wobec uchodźców czekamy już ponad rok. Rozwiązania prowadzące do jednolitej polityki azylowej i migracyjnej, w tym stworzenia pierwszej na świecie wielonarodowej granicy, oraz uporządkowanie kwestii przyjmowania migrantów z krajów, z którymi UE łączy system bezwizowy, mogą tylko do tego rozwiązania przybliżyć. W kontekście globalizacji działań terrorystycznych oraz przestępstw finansowych również pozytywnie można ocenić pomysł utworzenia europejskiej prokuratury, która – jak zaznaczają ministrowie – zajmowałaby się tylko przestępstwami wobec mieszkańców kilku krajów unijnych. Trudno też, niezależnie od tego, jak ocenialibyśmy praktyczne wypełnianie zapisów porozumień pokojowych w Mińsku czy też długotrwałe skutki wynegocjowania w ubiegłym roku porozumienia atomowego z Iranem, nie przyznać racji, że główną rolę w ich osiągnięciu odegrała dyplomacja europejska. W końcu – problemy ujednolicenia systemów podatkowych oraz unii monetarnej, o której piszą ministrowie Francji i Niemiec, również znajdowały się od lat w unijnej agendzie. Fakt, że zagadnienia te zostały w ostatnich dwóch, trzech latach zepchnięte na dalszy plan przez inne palące kwestie, nie oznacza wcale, że nie należy się nimi w ogóle zajmować.

W interesie dyplomatów z naszego regionu Europy, w tym szczególnie Grupy Wyszehradzkiej, leży więc nie tyle wyrażanie werbalnego oburzenia z powodu niezaproszenia ich na spotkanie w formacie „2+4", podczas którego zapewne uzgodniono zasadnicze tezy tekstu Ayraulta i Steinmeiera, ile poważne przeanalizowanie propozycji zgłaszanych przez „jądro UE" i wysunięcie w związku z nimi własnych, autorskich propozycji.

Powściągliwa reakcja ministra Witolda Waszczykowskiego, zwracająca uwagę, że w samej treści posłania zarówno francuskiego, jak i niemieckiego szefa dyplomacji są propozycje sensowne i godne rozwinięcia, jak chociażby stworzenie jednolitej i wspólnej Europejskiej Straży Granicznej, jest w tym wypadku krokiem we właściwym kierunku. Zamiast powtarzać narrację o spisku ponad głowami Polski i regionu, warto aktywnie włączyć się w rozpoczętą pismem ministrów spraw zagranicznych Francji i Niemiec poważną i być może historyczną debatę na temat przyszłości Europy po Brexicie.

Autor jest filozofem i publicystą. Współpracuje z Polskim Radiem 24 oraz portalami Rebelya.pl i Christianitas.pl

 

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA